8 marca, moglibyśmy tu zamieszkać :D



Od dwóch dni buszujemy po Kuala Lumpur.
Łącznie zrobiliśmy jakieś 40 km w tym ponad 30 km piechotą poznając miasto. Dziś już mamy dość, a w zasadzie to nasze nogi. Oczywiście ruch, auta, wielopasmowe ulice i hałas - to może odpychać, ale piękno architektury, jedzenie (stoiska z przekąskami są wszędzie☺) piękne meczety i buddyjskie świątynie powodują, że równowaga jest zachowana. Jak na tak duże miasto, w którym cały czas coś się buduje jest też sporo terenów zielonych.

Wczoraj byliśmy w KL City Gallery gdzie poznaliśmy historię miasta i w multimedialnych pokazach dowiedzieliśmy się różnych ciekawostek np. że w ciągu 5 lat zbudowano 300 wieżowców i budują dalej. Były też fotografie pokazujące Kuala Lumpur przed atakiem drapaczy, w trakcie powodzi czy dawnych meczach piłki nożnej. Znajduje się tam też wielka makieta miasta, która w trakcie multimedialnej prezentacji w zależności od obiektu czy fragmentu miasta o którym akurat mowa podświetla go. Wstęp do galerii jest darmowy. Zdecydowanie polecam odwiedzić.
Następnie widzieliśmy meczet Jamek tym razem za dnia, plac Dataran Merdeka - tu w 1957 roku 31 sierpnia ogłoszono niepodległość od Brytyjczyków, wciągnięto też na 100 metrowy maszt flagę malajską. Aktualnie flaga Malezji. W koło placu znajduje się wiele zabytkowych budynków, muzea oraz poczta. Na przeciwko placu Merdeka widać Sultan Abdul Samad Building, niesamowicie piękny wybudowany w 1897 roku.


meczet Jamek









Plac Niepodległości - Merdeka


w tle Sultan Abdul Samad Building


Sultan Abdul Samad Building


Dayabumi Complex


Fontanna Królowej Victorii 


Narodowe Muzeum Tekstyliów


Narodowe Muzeum Muzyki


obowiązkowa fotka pod KL City Gallery

Dalej poniosło nas do KL Forest Eco Park, gdzie przeszliśmy po moście linowym (Krystian się bał wysokości jak ja robaków ☺ w końcu był rewanż), minęliśmy wieżę telewizyjną Menara Kuala Lumpur - najwyższa w Azji południowo-wschodniej i 7 najwyższa na świecie 421 m. Następnie ogromne wieżowce w dzielnicy biznesowej, by finalnie dotrzeć do Patronas Towers. Dwie bliźniacze wieże mające 451 m wysokości i 88 pięter. Do 2014 roku czyniły honory być najwyższymi na świecie. Ledwo zdążyliśmy zrobić sobie pod nimi pamiątkowe fotki, a deszcz i burza z piorunami przegoniła wszystkich do Suria KLCC największego domu handlowego Malezji znajdującego się w Petronasach. Chcąc nie chcąc zrobiliśmy sobie po nim spacer. Ociekający luksusem to mało powiedziane.
Sklepy najdroższych marek świata ulokowane na 4 piętrach.

Niestety deszcz ani burza nie odpuszczały. Kiedy stojąc na zewnątrz i kombinując jak zacząć się przemieszczać dalej, najlepiej w kierunku stacji metra, podeszła do nas grupa studentów pytając czy mogę udzielić im wywiadu. Próbowałam wrobić Krystiana, ale się nie dał ( w Melace udzielał on wywiadu youtuberom) zatem stanęłam na wysokości zadania i dałam z siebie wszystko. Nie wiem na ile moje odpowiedzi posłużą młodym ludziom do ich pracy w szkole, ale żywo zareagowali na mój kraj pochodzenia, zatem chyba nikogo z Polski jeszcze nie spotkali.
Niestety deszcz nie odpuścił i kompletnie mokrzy dotarliśmy do stacji metra, które jeździ nad ziemią. I tu zaskoczenie. Podjeżdża mający zaledwie dwa wagoniki pociąg pełen (!!!) a wszyscy czekający na peronie jak my zaczynają wsiadać. W zasadzie to wsiadać jest złym określeniem, oni się na siebie kładli, popychali, łączyli w jedną masę. Zanim wyszliśmy z szoku drzwi się zamknęły, a jedna wielka masa ludzka pojechała. Ok, czekamy na kolejny kurs. Po jakiś 12 minutach podjeżdża i sytuacja dokładnie taka sama! No cóż dołączamy do grupowego przytulania, zlewania się w jeden organizm. Uczucie dość specyficzne, szczególnie kiedy się nie lubi dotyku obcych. Po chwili wysiedliśmy na stacji gdzie czekała nas przesiadka na kolejne metro. Tym razem kolejka była podziemna. I miała większą ilość wagoników zatem swobodnie i bez kontaktu z innymi dojechaliśmy do naszej stacji.










Petronans Towers


ulewa czas start




miasto buduje ;)








wieża telewizyjna Menara





Dziś wybraliśmy się do byłego pałacu króla w którym obecnie mieści się muzeum. No nie powiem fajnie mieszkał ;) Pokoje dla gości, sypialnie, jadalnie, biblioteka, łazienki, pralnia i finalnie ogromna sypialnia główna robiło wrażenie. Nie odnotowałam zbytniego przepychu, owszem złote kurki w łazience czy klamki jakieś tam były, ale złoto nie wylewało się drzwiami i oknami. No chyba, że je zabrali do nowego Pałacu wybudowanego w 2011 roku do którego można pojechać, ale co najwyżej zrobić sobie zdjęcie pod bramą.
Następnie udaliśmy się na starą stację kolejową. Budynek z 1911 roku będący pamiątką po Anglikach wciąż działa, ale aby wejść na perony zależy kupić bilet. Obejrzeliśmy zatem tylko tyle ile legalnie się dało. Będziemy jechać do Batu Caves to nadrobimy.
Na przeciw niego natomiast znajduje się ogromna i przepiękna budowla w której mieści się siedziba główna Kolei Malajskich.






były Pałac Króla, obecnie muzeum












dworzec kolejowy Kuala Lumpur


główna siedziba kolei malajskich




Z racji, że dziś piątek odbywają się różne nocne markety, pokazy, występy jednym słowem ulica żyje. Zatem niebawem idziemy to sprawdzić.


Parę godzin później .....



Sprawdziliśmy!
Wysiedliśmy ze stacji metra na Bukit Bintang wprost na kolorową od świateł i błyskających bilbordów ulicę wzdłuż której były same restauracje i sklepy. Ludzi po horyzont. Z każdej strony dobiegająca muzyka. Fajny klimat! Przeszliśmy część ulicy która sprawiała wrażenie nie mieć końca i skręciliśmy w prawo, w kolejną, na której z obydwu stron znajdowały się stragany z jedzeniem. Nie ma słów aby to opisać. Długa, że oko nie obejmuje, jednostek ludzkich setki a może i tysiące??? Zapachy i aromaty od owoców w tym duriana zaczynając po smażone bbq zwierzęce kończąc.
Posmakowaliśmy pieczonych bananów, spring rollsów (ryż z warzywami zwinięty w papier ryżowy), makaron smażony z warzywami ( tym razem lekko słodki i ostry, pokropiony limonką) a Krystian krewety. Niestety chilli oni tu nie żałują, ledwo poradziłam sobie ze swoim daniem. Krystian w pewnym momencie miał minę "mogłem zamówić kebaba", ale dzielnie wspomagając się litrem płynów przebrnął do końca. Do tego świeżo wyciskane soki z ananasa i pomarańczy. Mojego hitu czyli arbuza nie było (pewnie na którymś stoisku był...).
Soki świeże robią tu niesamowitą robotę. Oprócz aspektu orzeźwienia i ochłodzenia oddają najlepsze co w danym owocu. Smak mega wyraźny i soczysty, naturalnie słodki, idealny! Jak wrócimy do domu pierwsze co robimy to kupujemy wyciskarkę!

Fajowy klimat ulicy, mega atmosfera. Na głównym planie jedzenie, muzyka i uśmiechnięci ludzie ❤
Atmosfera nas tak pochłonęła, że zrobiliśmy tylko parę zdjęć. Następnym razem może uda się coś lepiej uwiecznić.

















ostre :D






Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Sa Pa miasteczko w górach niedaleko granicy z Chinami

Jedziemy do Chin!

Świątynia Świtu, straszne muzeum medyczne i food court w centrum handlowym.