15 marca, Witamy na Sri Lance!


Wczoraj po 21 dniach z lekkim żalem, wieczornym lotem Air Asia opuściliśmy Malezję.

Zanim udaliśmy się na lotnisko zrobiliśmy jeszcze ostatni spacer po mieście i odwiedziliśmy m.in. świątynię Sri Mahamariamman Temple. Jest to najstarsza hinduistyczna świątynia w KL. 
Odbywały się tam akurat modlitwy, śpiewy, zatem w mistycznej atmosferze posiedzieliśmy obserwując codzienność jej wyznawców.

Na lotnisko KLIA2 (Kuala Lumpur International Airport 2, obsługujący tanie linie w tym Air Asia, którą lecieliśmy, jest też KLIA port lotniczy główny, zatem dobrze sprawdźcie na bilecie, z którego lotniska macie wylot, jakby co odległość między nimi to jakieś 10 km ;)) udaliśmy się autobusem z UTC Pudu Sentral - terminalu autobusowego ze stanowiska nr 5 za 12 myr od osoby.
Pan sprzedający bilety siedzący na krzesełku przy stole zaraz obok miejsca gdzie autobus podjeżdża, był ekstremalnie niemiły i niekontaktowy i niepomocny i wszystko robiącym, aby zepsuć nam ostatnie godziny w KL.
Jest to zdecydowanie najtańsza opcja dostania się na lotnisko. Można jechać taksówką, ale tu szykujcie się na wydatek ok 120 myr lub pociągiem KLIA Express za około 50 myr od osoby. Autobus co prawda jedzie najdłużej ze wszystkich 3 opcji, bo od godziny do nawet godziny czterdzieści, w zależności od ruchu na drodze. Jeżeli będziecie po raz pierwszy na tym - dla mnie ogromnym - lotnisku radzę pojechać wcześniej, aby na spokojnie znaleźć swoje wejścia, odprawy i inne kontrole. 


























wielki Yoda na lotnisku ;) 


Posiłek w samolocie; ryż z warzywami i kurczak z puree ziemniaczanym. Smacznie dość, ale największy hit to potato salad, jednak ziemniaki z cebulą w majonezie to jest to :D Na deser babeczka.  

Wylecieliśmy o 21.00 i po 3.5 godzinach, o 22.00 lądowaliśmy w Colombo na Sri Lance. Dwie i pół godziny które były, przestały istnieć. Nie zapisały się. W ich miejsce nagrały się nowe.


Sri Lanka powitała nas pięknymi dziewczynami w ślicznych sukniach i bardzo miłym panem przy odprawie paszportowej. Im byliśmy bliżej wyjścia z lotniska natężenie ruchu i natręctwa rosło. Nie wiem ile pytań usłyszeliśmy z ofertą taxi, ale kierowcy usilnie próbujący nas zawieźć gdziekolwiek zepsuli pierwsze jakże piękne wrażenie. Natarczywość i oszukiwanie, aby tylko wymusić zgodę na skorzystanie z ich usług mocno nas zdegustowało. 

Od razu na lotnisku wymieniliśmy dolary na rupie lankijskie i kupiliśmy kartę do telefonu z internetem. Czytałam, że kurs na lotnisku jest najkorzystniejszy, ewentualnie polecano jubilera w Negombo, zatem wymieniliśmy tylko 100 dolarów, aby mieć na transport z lotniska i nocleg. Karta z internetem Airtel na 30 dni, niestety nie pamiętam ile GB kosztowała nas ok 1300 rupii czyli 26 złotych. Jeżeli będziecie mieli problem z poruszaniem się po wyjściu z lotniska czy znalezieniem przystanku, tuk tuka itp pytajcie mundurowych. 
Właściciel hotelu który miał nas odebrać z lotniska zapomniał, na szczęście po wymianie informacji tekstowych podesłał kogoś innego i tuk tukiem przemierzaliśmy nocą Negombo. Opustoszałe miasto nie zrobiło dobrego wrażenia. Transport z lotniska kosztował nas 1000 rupii - 20 zł.   
Na szczęście po dotarciu na miejsce okazało się, że o pokoju naszym nie zapomniano i miła pani zameldowała nas, i zaprowadziła w miejsce odpoczynku. Prosty pokój z łazienką, ale z wielkim łóżkiem i akceptowalnie czysty. Niestety bez klimatyzacji :( Dzięki czemu noc mieliśmy z głowy. Potwornie gorąco, wiatrak który obracał się nad naszymi głowami lekkie poczucie ruchu powietrza sprawiał, ale nie wystarczyło to aby oddalić się do krainy snów. 
Śniadanie wliczone w cenę pokoju było nawet smaczne. Omlet, tosty, margaryna (nie cierpię :/), dżem i owoce. Do tego wybór między kawą i herbatą.
Za dwie noce za dwie osoby razem ze śniadaniami zapłaciliśmy 104 zł, zatem, mimo braku klimy jak jest się niskobudżetowcem warto się przemęczyć ;) A do plaży rzut beretem ☺ Aurora Knight Hostel. Korzystając z tego linku ja i wy dostajemy prowizję od booking.com.
Zaraz po tym ruszyliśmy na miasto. Ruch pojazdów zdecydowanie nieproporcjonalny do możliwości jego odbioru i strawienia (Krystian dość długo nie mógł dojść do siebie) smród spalin, brak chodników (ale dzięki Georgetown już mieliśmy wprawę w chodzeniu poboczem) śmieci, przerażająca ilość bezdomnych psów, chaos i wszystko rozpadające się :) To tak w skrócie. Aha i wszyscy trąbią! Cały czas. Nie wiemy jeszcze po co, ale się dowiemy. Obraz ten miesza się z pięknymi uśmiechającymi się ludźmi w kolorowych strojach, super autobusami i ciężarówkami - strasznie mi się te ciężarówki podobają ❤ - jest morze i palmy, boczne uliczki z niskimi domkami, świątynie buddyjskie i piękne kościoły katolickie no i super pogoda. Zgrywa się to. Pasuje do siebie. I może się podobać i skraść serce. Moje skradło ☺ 

Negombo gdzie jesteśmy jest miastem w którym prawie każdy przybywający na Cejlon zalicza pierwszy nocleg, oswaja się, odwiedza kantor, kupuje internet i jak najszybciej stąd ucieka. Co my też czynimy jutro z samego rana. Co do wymiany waluty u jubilera potwierdzam, kurs był lepszy niż na lotnisku i uzbrojeni w gotówkę jesteśmy gotowi do dalszej drogi.

Najpierw jedziemy do Dambulli, gdzie zwiedzać będziemy Złotą Świątynie buddyjską składająca się z 5 jaskiń. Jest ona wpisana na listę UNESCO. Finalnie dotrzeć musimy do Sigariya gdzie spędzimy 3 dni. W planach naszych są autobusy miejskie, zatem będzie wesoło. Transport na Sri Lance jest bardzo, ale to bardzo powolny. Prędkość z jaką poruszają się tu autobusy to max 40 km/h - oficjalnie i legalnie ;) Mamy jutro do pokonania łącznie jakieś 150 km co wg rozkładu zajmie nam ok 5 godzin :)


Podsumowując pierwszy dzień jest dobrze. 
Gdyby usunąć wszystkich nachalnych próbujących nam co chwila coś sprzedać lub podwieźć tuk tukiem Lankijczyków byłoby o niebo lepiej. Mam nadzieję, że im głębiej w wyspę będziemy się przemieszczać będzie to mniej intensywne zjawisko, no i te psy jeszcze domów szukające ...  :(





























chilli - zboczenie Azji :P 


rybki się suszą,a obok targ rybny - aromaty ....intensywne ;) 




tuńczyki


























curry po lankijsku - intensywniejsze smaki, lepiej doprawione niż te jedzone w Malezji, ale ostro!!! 


Mój największy przyjaciel w podróży po Azji. Niezawodny, 3 sekundy i karaluch odpływa do krainy wiecznych resztek jedzenia. Nie żeby był problem w miejscach gdzie nocujemy, ale moja robako fobia ma się lepiej, kiedy po wejściu do nowego pokoju zostaje on i łazienka zapoznany z moim najlepszym przyjacielem :)   


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Sa Pa miasteczko w górach niedaleko granicy z Chinami

Jedziemy do Chin!

Świątynia Świtu, straszne muzeum medyczne i food court w centrum handlowym.