6 marca, jedziemy do Kuala Lumpur.



Góry żegnają nas deszczem i pięknymi widokami pól herbacianych. Podziwiamy też niesamowicie wyglądające lasy. Korony drzew kojarzą mi się z brokułami. Będzie brakować tego widoku w zatłoczonym pełnym spalin wielkim mieście. Kręta droga pełna serpentyn i "odświeżający" zapach z klimatyzacji wywołały u mnie chorobę lokomocyjną. Ból głowy i mdłości. Zakupiony jeszcze w Polsce aviomarin jest gdzieś na dnie plecaka w luku bagażowym, zatem nie pozostaje mi nic innego jak cierpliwie odliczać kolejne zakręty. W tylnej kieszonce siedzenia przede mną (jak i wszystkich innych) jest woreczek foliowy - hm może przewidzieli, że ta trasa wywołuje częsty objaw blee.

Poznaliśmy też dziś kolejnych turystów. A właśnie, bo o tym jeszcze nie wspominałam. Codziennie poznajemy tu nowych ludzi, którzy jak my podróżują po Azji. Byli Francuzi a w zasadzie Francuzki, Angielka, Polak z Tajlandii, niemiecki Włoch, a dziś Holendrzy. Standardowo już każdy opowiada skąd jest, gdzie zaczął podróż, gdzie już był i gdzie jedzie dalej. Z niemieckim Włochem jechaliśmy autobusem z Penang do Cameron, a potem jeszcze mieszkaliśmy w tym samym pensjonacie na tym samym piętrze!
Bilet na autobus kupiliśmy dzień wcześniej za 33 myr od osoby. Planowany odjazd godzina 13.00. Był jeszcze wcześniejszy autobus o 8.00 rano i 11.00, ale celowo wybraliśmy ten popołudniowy, aby jeszcze po śniadaniu pospacerować po jakże pięknej pełnej świeżego powietrza i zielonej okolicy. Przed wyjazdem czytałam wiele porad tych co już tu byli, że Cameron jest fajne na dzień, parę godzin, wziąć taksówkę objechać co ciekawsze pola herbat i można wracać.
Nie zgodzę się, jeżeli lubicie naturę, przyrodę, las i spokój to jest to idealne miejsce aby zaszyć się w nim nawet na tydzień. Żałowałam nawet, że cykałam się wędrówki przez las, aby dojść do pola herbaty i że nie zrobiliśmy rezerwacji na jedną noc dłużej.

A, to co warte jest tu jeszcze obejrzenia to Mossy Forest. Las w którym drzewa pokryte są mchem. Byliśmy nawet wczoraj dość blisko, bo zaledwie 5 km dzieliło nas od tego polecanego przez wszystkich turystów miejsca. Raz, że deszcz, a dwa, że akurat od 1 marca wprowadzona została opłata za wejście do lasu - 30 myr od osoby! Nie powiem zasmuciło mnie to bardzo i zrezygnowaliśmy z wędrówki. 
Kuala Lumpur przywiatało nas 35 stopniami ciepła w twarz. Po chłodzie i orzeźwieniu w Tanah Rata lekko ścięło mnie z nóg. Kolejną rzeczą był ruch aut największy i najgłośniejszy jaki widziałam w życiu. Chyba będąc w centrum będziemy do siebie pisać, bo jak nawet krzyczymy to i tak nic nie słychać.
Temperatura podpowiedziała mi aby skorzystać czym prędzej z aplikacji Grab i za 7 myr w ciągu 10 minut byliśmy już w samym centrum China Town gdzie mamy hostel.

China Town - tu śpimy

Żółta kamienica, pierwsze piętro - światło na tarasie to
nasz dom na kolejne 8 dni.  


















Pokój ma okno ! A nawet spory balkon z małym okrągłym stoliczkiem i dwoma hokerami. 
Jest też szafa, ogromne łóżko, stolik z dwoma krzesłami, toaletka i nowa łazienka. Myślę, że w hostelu w George Town zrobiliby z tego pokoju 2 albo nawet 3. Pierwsze wrażenie bardzo pozytywne, oby nie ujawniły się żadne robale, a pokój ten będzie hitem Azji. 

Osiem noclegów w Grocer's Inn Backpackers Guesthouse kosztowało nas 537 zł. Prawda, budżet przekroczony o 57 zł - to w sumie 7,12 za dzień -  ale tak się kończy szukanie spania dzień przed przyjazdem jeżeli chce się mieć łazienkę i klime w pokoju i być w dobrej lokalizacji.
Szybki prysznic, rozpakowanie plecaków i zrobiliśmy krótki spacer w koło domu w celu zapoznania się z terenem i zjedzenia kolacji. Powiem szczerze, że było trzeba przyjechać tu prosto z George Town, może szok byłby mniejszy ☺ Tryliard ludzi, wielkie wieżowce i pierdyliard samochodów. Pierwszy punkt to sklep gdzie zakupiliśmy maseczki. Płuca płaczą. Dalej metro i karty Touch'n go z którymi znacznie prościej i wygodniej poruszać się po mieście. Działają one w metrze i autobusach. Nie potrzeba zawsze mieć przy sobie drobnych czy za każdym razem kupować biletu na metro. Dotykamy przy wejściu i wyjściu z pojazdu i automatycznie ściąga nam z konta kasę. Na stacjach i w drogeriach Watsons można je w każdej chwili za darmo doładować.  Trafiliśmy też na meczet Jamek. Jest to ponad stu letni meczet, najstarszy w Kuala Lumpur. Akurat imam głosił kazanie co słychać było przez znaczny odcinek drogi. W nocnej scenerii w blasku różnych świateł i fontanny prezentował się naprawdę pięknie.
To co najbardziej rzuciło mi się w oczy na tak krótkim odcinku w tak krótkim czasie to spora liczba bezdomnych.
Kolację zjedliśmy u Chińczyka na końcu naszej ulicy. Krystian ramen z kurczakiem, a ja wege pierożki. Wszystko było fajnie dopóki jako ozdoba lokalu nie ukazały się dwie papugi. Na łańcuchach :( Nerwowo gryzły je nie tracąc nadziei na wolność. Już tam nie wrócimy ! A karma do nich bankowo. Jutro ruszamy na podbój Kuala Lumpur, myślę, że nam się spodoba.                                                                   
                                  
Meczet Jamek





w tle Menara KL



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Sa Pa miasteczko w górach niedaleko granicy z Chinami

Jedziemy do Chin!

Świątynia Świtu, straszne muzeum medyczne i food court w centrum handlowym.