31 marca - 3 kwietnia; Mirissa, Matara




Po leniwym czasie w Tangalle ruszyliśmy do oddalonej o 48 km Mirissy. Tradycyjnie już autobus morderca nierespektujący żadnych przepisów drogowych - o ile takie w ogóle tu istnieją - szalejąc na drodze i nadużywając klaksonu, za 160 rupii dowiózł nas do celu. Mieszkaliśmy u bardzo sympatycznej rodziny lankijskiej. Damitha i jego żony Nadiki w Damith Tourist Inn
Mieliśmy do dyspozycji w zasadzie cały dom, gdyż na czas naszego pobytu nasi gospodarze przenieśli się do domku obok. Zatem oprócz pokoju z łazienką i klimatyzacją korzystaliśmy z kuchni 😀 Fajnie móc coś samemu ugotować.
Za 3 noce ze śniadaniami zapłaciliśmy 176 zł. Bardzo dobra cena. Blisko domu przystanek autobusowy i dojście do plaży.

Mirissa znacznie bardziej przypadła mi do gustu, może przez to, że mieszkaliśmy na uboczu, a nie w centrum. Plaża do której mieliśmy dosłownie 3 minuty była praktycznie pusta, w koło domu poza ruchliwą ulicą były małe sklepiki dla okolicznych mieszkańców i parę domów. Spokojnie i kameralnie.


































curry oczywiście, opcja jajko i ryba

Jednego dnia odwiedziliśmy Matare. Miasto oddalone o 13 km gdzie zobaczyć można fort wybudowany przez Portugalczyków w 1560 roku, a następnie przebudowany przez Holendrów w 1640 i inne elementy architektury z tamtego okresu. Są kościoły, meczet, świątynie, targ oraz tablice mówiące o tsunami które w 2004 zabiło tu 1200 mieszkańców. Na całej Sri Lance było to około 40 tysięcy osób. Jest też świątynia buddyjska Parey Dewa znajdująca się na maleńkiej wyspie. Dojść do niej można mostem od brzegu morza, ale niestety był on zamknięty. 
W Matarze spędziliśmy cały dzień, spacerując po mieście, zaglądając w zakamarki, poznając chociaż w mikroskopijnym fragmencie codzienność żyjących tu ludzi.   
Zahaczyliśmy też o Polhena Beach, gdzie za 150 rupii można wypożyczyć maski do snorkelingu i obserwować żółwie.
Jeżeli lubicie chodzić po nowych miejscach, odkrywać i poznawać jego historię, obserwować ludzi, architekturę, Matara powinna wam się spodobać - mi się podobała bardzo.  
 








wejście do Parevi Duwa










St. Mary's Convent








Świeży sok z limonek z solą, lodem, cukrem cena 70 rupii i można iść dalej :) 


auto przewożące więźniów, a obok sąd i biura prawników. W Matarze znajduje się więzienie. 




biura prawników


w środku


































markowy tuk - tuk ☺










jak widać pieseczki też lubią cień. Rozwaliły się centralnie w koło naszego siedziska na plaży 



Kolejnego dnia zdecydowaliśmy się wypłynąć w morze w poszukiwaniu wielorybów. Powiem szczerze, że wszelkie atrakcje turystyczne z udziałem zwierząt omijam i nimi gardzę. Te wieloryby też jakoś nie do końca mnie przekonywały, ale dałam się namówić.
5.00 rano budzik, szósta wyjazd do portu, gdzie na dwupiętrowej łódce wraz z innymi niewyspanymi turystami zasiedliśmy i cierpliwie czekaliśmy na odpalenie silników. 

Po około 30 minutach ukazały się pierwsi mieszkańcy oceanu - delfiny. Cała rodzina wesoło płynąca, zatem poruszenie wśród pasażerów było ogromne. W ruch poszły aparaty, kamery no i okrzyki zachwytu. W międzyczasie zostaliśmy poczęstowani kawą na której widok dwa razy zapytałam Pana: "czy to, przypadkiem nie herbata?" i bułkami do wyboru w wersji wege z jajkiem lub nie wege z kiełbaską.
No i przyszedł czas na wisienki na torcie. Łącznie udało nam się zobaczyć 4 walenie. I może uznałabym to za fajny pomysł, gdyby nie forma w jakiej wyprawa jest przeprowadzona.
Oprócz naszego stateczku naliczyłam w szczytowym momencie 11 innych. Jedenaście!!!
Statek który wypatrzył tego największego ssaka zaczynał płynąć w jego stronę, a zanim reszta. Wyglądało to trochę jak bieganie za biednymi zwierzakami, które na widok dymiących maszyn pokazywały się - i tu znowu pojawiał się zachwyt i głośne okrzyki zgromadzonych na statku - i dawały nura pod wodę zostawiając po sobie tylko wielki ślad.
Po 3 godzinach wracaliśmy do portu. W drodze powrotnej dostaliśmy ciasto czekoladowe, arbuza i banana. I właściwie nakarmienie nas było największym plusem tej wyprawy.
Jakbym miała brać udział w czymś takim ponownie, mówię stanowcze nie i wam też nie polecam. Chyba, że będziecie mieli szczęście mieć prywatną łódkę, która zabierze was na morze, wyłączy silnik i cierpliwie będziecie czekać na olbrzyma w wodzie. To jeszcze bym mogła zaakceptować, ale atrakcja kosztująca 15 tyś rupii (315zł) polegająca na dwugodzinnym ganianiu zwierzaków, które i tak mają nas gdzieś, a przy okazji srogo trujemy im dom, jest słaba. Zresztą podobnie ma się rzecz z safari. Dlatego nie byliśmy na żadnym. Jest to jedna z największych atrakcji Sri Lanki. Jednak zdjęcia stojących jeepów w kolejce do wjazdu do parku nas lekko zszokowały. Myślę, że zwierzaki tam mają już srogo dość codziennych odwiedzin od 6 rano do zachodu słońca spragnionych zdjęcia słonia turystów. 













delfiny


inni wielorybi polowacze


wieloryb chowający się przed ludźmi 






Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Sa Pa miasteczko w górach niedaleko granicy z Chinami

Jedziemy do Chin!

Świątynia Świtu, straszne muzeum medyczne i food court w centrum handlowym.