Jedziemy do Chin!
9 października, środa
Obudziliśmy się z lekkim przeziębieniem, a Krystian dodatkowo z bolącą nogą. Nie jest bardzo źle, ale o trekkingu nie ma dziś mowy. Idziemy zatem na śniadanie, gdzie nasza gospodyni przygotowała dla nas omlet z bagietką w towarzystwie świeżego ogórka i małego dżemiku. A plan na kolejne minuty to wynająć skuter!
Pytamy naszą gospodynię czy istnieje taka opcja tu u niej na miejscu, ale okazuje się, że nie. Nie jest to jednak problemem. Podeszła do pierwszych drzwi na tarasie, zastukała. Otworzyła zaspana, wciąż w koszuli nocnej i mocno zaawansowanej ciąży kobieta i praktycznie bez słów wiedziała o co zostanie poproszona.
Zeszła z nami na dół i wskazała, który skuter możemy wziąć. Dostaliśmy też kaski.
Skuter Yamaha z bogatą powłoką kurzu został przez nią przetarty szmatą, która leżała opodal. Skasowała nas 100 tyś dongów i poszła na górę. 16 zł!
No dobra, nie będziemy wybrzydzać, do tego bak jest pełen! 😀
Celem naszym dziś jest granica wietnamsko-chińska! Jak absurdalnie i abstrakcyjnie to nie brzmi, jedziemy do Chin!
Jakbyście mi kiedyś powiedzieli, że na wycieczkę poznawczo-krajoznawczą skuterem wybiorę się na granicę wietnamsko-chińską w życiu bym nie uwierzyła!
Zabezpieczeni w kurtki, bluzy, a ja także w zimową czapkę - pamiętam minę Krystiana jak jeszcze w Polsce pakowałam ją do plecaka, wiedziałam, że będzie miała swoje pięć minut!
Ledwo wyjechaliśmy poza Sa Pę a nasz skuter okazał się ....... złomem! Dosłownie! Jeden hamulec nie działał, a drugi ledwo, kierunki nie działały, bak na paliwo miał uszkodzoną nakrętkę i jego ogólna kondycja nie była zbyt optymistyczna. Ale, że był już zalany do pełna, postanowiliśmy jechać dalej.
Serpentyną, którą tu przyjechaliśmy zjeżdżamy 33 km w dół.
Droga jest komfortowa, asfaltowa, ale natężenie ruchu połączone z prędkością niektórych pojazdów, wywołuje u mnie dreszczyk emocji, a jak do tego dołącza świadomość niepełnosprawnego jednośladu wyobraźnia szaleje!
Widoki są przepiękne! Zieleń nas otaczająca, tarasy ryżowe, w tle góry 💓 Ciężko oderwać wzrok. Cudownie!!!! Mijamy stragany z warzywami, małe wioski, lokalne mniejszości zamieszkujące ten region. Kolorowe stroje rzucają się w oczy już z daleka, podobnie jak przewożone na skuterach koguty, świnki i inne zwierzaki odbywające najprawdopodobniej ostatnią podróż w swoim życiu.
Nie obyło się też bez gleby! Naszej pierwszej. Krystian chciał zjechać na pobocze, a że było ono złudnie stabilne, skuter zamiast elegancko zaparkować, dosłownie wślizgnął się jak się okazało w błoto i elegancko przewrócił na bok, a my wraz z nim. Na szczęście upadek był nieinwazyjny.
| nasza gleba |
Kierujemy się w stronę granicy.
Z dwóch stron ulicy mijamy wąskie, kolorowe i mocno zaniedbane kamienice. W pajęczynie kabli niektóre balkony są ledwo widoczne, a farba odpada z nich wielkimi płatami.
Na ich parterach znajdują się knajpki, sklepy i apteka. Zachodzimy do niej po jakieś leki na przeziębienie. Wciąż nie czujemy się w pełni zdrowi. Dogadanie się z młodą Wietnamką do najprostszych nie należało, ale wspięliśmy się na wyżyny aktorskich zdolności pokazując katar, kaszel i lekką gorączkę. Za 25 tysięcy dongów zakupiliśmy Paracetamol i aspirynę. 4 zł.
Dalej niż budynek, w którym znajduje się kontrola graniczna, dojść nie możemy.
Gdyby pobyty w tych dwóch krajach były bezwizowe to owszem, moglibyśmy przekroczyć granicę, pozwiedzać i wrócić po paru godzinach.
Pomachaliśmy do Mateusza, naszego kuzyna mieszkającego w tym największym pod względem liczby ludności kraju świata, podziękowaliśmy Panu, który był przenośnym kantorem, że nie potrzebujemy jego pomocy i spacerkiem wracaliśmy do skutera.
Po drodze zatrzymaliśmy się na lunch. Uwielbiam te lokalne miejsca. Są tak bardzo inne od naszego wyobrażenia miejsc, gdzie spożywa się posiłki. Prostota wnętrza, a raczej urządzenie go z tego co mamy, niekoniecznie dbając o szczegóły i estetykę. Zamawiam cokolwiek wegetariańskie. Nie precyzuję na co mam ochotę, wiem, że koncert życzeń będzie nie do przejścia z powodu bariery językowej. Po chwili dostaję ryż, tofu, orzeszki i glony. Te glony są tu wszechobecne. Nie lubię. Do tego zupka.
Wracamy tą samą serpentyną pełną zieleni, zapierających dech widoków, tarasów ryżowych i lokalnego folkloru. Co jakiś czas zatrzymujemy się na poboczu i robimy zdjęcia. Zdumiewająca okolica!
Do Sa Py zupełnym przypadkiem wjeżdżamy od innej strony. Zatrzymujemy się przy lokalnym ryneczku.
Widać, że to inna część miasteczka. W koło nas sami Wietnamczycy. Zapewne tu lokalne knajpki zaopatrują się w produkty.
Rynek ma dwie części: zadaszoną i pod gołym niebem. Część zadaszona wygląda w środku jak dworzec. Bardzo ładnie i ..... pusto. W środku poza parą grającą w badmintona nie ma nikogo. Parę stoisk wciąż otwartych, ale widać, że jesteśmy już po godzinach kiedy miejsce to najbardziej tętni życiem.
Dostrzegamy też foodcourt! Zamawiam wegetariańskie sajgonki, a Krystian makaron z wieprzowiną. Idealnie. Sajgonki są przepyszne, a porcja ich naprawdę spora.
Po napełnieniu brzuchów zaglądamy na część otwartą. Potrzebujemy cytryn do herbaty. Zamiast nich napotykamy psy. Martwe psy. W pierwszej chwili doznaję szoku. Nigdy nie widziałam ich w postaci gastronomicznej. Po kilkudziesięciu sekundach skołowania szok jednak mija. Nie jem mięsa od jakiś 20 lat i nie różnicuję tego co ląduje na talerzach mięsożerców. Nie ma dla mnie różnicy między martwą świnką, cielaczkiem, sarną czy psem. Wszystkie one czują i tak jak my chcą żyć, a nie być pokarmem.
W Sa Pie zostały nam jeszcze dwa dni. Chcemy na pewno wybrać się na trekking i na Fan Si Pan, ale na razie w pierwszej kolejności musimy się wyleczyć z mocnego przeziębienia, bo jak rozłoży nas choroba niczego z powyższych nie zobaczymy.
Komentarze
Prześlij komentarz