21 marca, Kandy


Kandy. Miasto 120 tysięczne, którego centrum wpisane jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO, położone jest w centralnej części wyspy, uznawane za kulturalną stolicę Sri Lanki.
Powiem szczerze, że bałam się po doświadczeniu Negombo, że zaczadzimy się i ogłuchniemy od klaksonów.
Nie jest jednak tak źle i zaryzykuję stwierdzeniem, że nam się podoba. 😊


Przyjechaliśmy tu dwoma autobusami i tuk tukiem. Miejsce, gdzie nocujemy u bardzo sympatycznej i młodej lankijskiej rodziny znajduje się na wzgórzu, jakieś 2 km od głośnego, pełnego spalin centrum.
Jest tu piękny widok na całe miasto, cisza, spokój i wrażenie bycia na wsi.
Za 3 noce wraz ze śniadaniami, 2 kolacjami, praniem i trzykrotnym przewiezieniem nas tuk tukiem przez pana domu zapłaciliśmy 243 zł. Bardzo miło.
Mieliśmy do dyspozycji spory pokój z łazienką i wielkim balkonem. Do tego spore lobby po wejściu do domu, gdzie jedliśmy posiłki. Wspomnę jeszcze tylko, że pani domu była niesamowicie ciekawą osobą. Sympatyczną, ale też gaduła, ciekawa nas, naszego kraju, życia w Polsce, w pozytywnym znaczeniu oczywiście. Jak przyjechaliśmy zanim pokazała nam nasz pokój trzymała na kawie chyba z godzinę jak nie półtorej rozmawiając o wszystkim i niczym. Od razu miałam skojarzenie z filmami Tarantino, gdzie zawsze w początkowej scenie oglądamy nieco przydługi dialog. Tu było dokładnie tak samo!
Aż zaczęliśmy się zastanawiać czy nie pomyliliśmy domów. Nature's Nest Kandy polecamy bezapelacyjnie! 

Przez dwa dni poznawaliśmy miasto - spacerując, zaglądając we wszelkie zakamarki, zwiedzając świątynie, kościoły, dzielnice muzułmańską i obserwując miejscowych w ich codziennym życiu: na targu, w świątyni, czy w akcji na ulicy, kiedy to doszło do stłuczki. Zamieniła się ona w przepychankę słowną, a następnie rękoczyn tzw. plaskacz, a w sumie to plaskacz stereo.
Towarzyszył temu całkiem imponujący tłum gapiów w tym wszyscy pracownicy znajdującej się tuż obok poczty z działu sortowni. Na oko jakieś 20 osób wyszło i w milczeniu, bez emocji jakby oglądali teatr uliczny przyglądali się dalszym scenom.

Zwiedzanie zaczęliśmy od chyba najbardziej znanego miejsca w Kandy czyli Świątyni Zęba, będącą kiedyś częścią Pałacu Królewskiego.
Jest to bardzo ważne miejsce dla wyznawców buddyzmu, gdyż znajduje się tam - jak twierdzą - ząb Buddy. Trzy razy dziennie odbywa się ceremonia, w trakcie której można oglądać obrzędy związane ze składaniem ofiary w postaci kwiatów, pieniędzy i innych gadżetów.
My trafiliśmy tam akurat na święto z racji pełni księżyca.
Co miesiąc buddyści na Sri Lance w czasie pełni obchodzą święto Poya. Zatem świątynia była pełna od lokalnych mieszkańców ubranych w śnieżnobiałe ubrania i mogliśmy obserwować całą ceremonię, modlitwy i momenty zadumy.
Nawet - w zasadzie to z przypadku - uczestniczyliśmy w składaniu ofiary w miejscu, gdzie w złotych pudełkach ząb ten się znajduje. Otóż tłum był tak spory, że szliśmy razem z nim. Nie było zbytniej opcji aby iść swoją drogą. Po wejściu do świątyni do której prowadzi krótki tunel z pięknymi zdobieniami na suficie i ścianach, weszliśmy na piętro. Tam posuwaliśmy się razem z resztą, tym bardziej, że panowie porządkowi bardzo wszystkich poganiali. Wynikało to chyba z dużej ilości wiernych, a z tego co powiedział nam chłopak idący obok "drzwi zaraz zamykają", chodziło zapewne o drzwi za którymi znajduje się ząb.
Zatem nie wyłamywaliśmy się, tylko równie sprawnym tempem szliśmy. Wtedy podeszła do nas starsza pani, uśmiechnęła się i dała nam kwiat lotosu cudnie pachnący. Wzięliśmy jego płatki dziękując, aczkolwiek czułam się trochę zaskoczona tym gestem i niepewna czy powinniśmy uczestniczyć tak mocno, w tak ważnym dla ludzi wokół święcie. Kiedy przyszła nasza kolej dołożyliśmy do sterty innych płatków i kwiatów nasze i szybko rzuciliśmy okiem na magiczne miejsce. Zęba widać nie było, jedyne co, to małe złote pudełeczka w których jest ukryty.
Następnie obeszliśmy dwa kolejne sekretne pokoje, gdzie znajdują się figury Buddy i każdy po kolei składa mu ofiarę modląc się i kłaniając.
Teren świątyni jest naprawdę spory. Spędziliśmy w niej jakieś 3 godziny jak nie dłużej. Znajduje się tam też muzeum gdzie obejrzeć można zdjęcia ze zniszczenia fragmentu świątyni po ataku terrorystycznym, przeprowadzonym przez tamilskie tygrysy w 2007 roku. Zresztą ataków tych było wiele w całym kraju przez 27 lat walki rządu z ugrupowaniem chcącym oddzielić część Sri Lanki i utworzyć niepodległy region tamilski. Zginęło łącznie przez te lata kilkadziesiąt tysięcy ludzi. 

Na terenie świątyni znajduje się również Muzeum Archeologiczne, słonia Raja ( słoń ten zmumifikowany stoi za szybą, przez 50 lat służył w ceremoniach, jest bardzo ważny i cieszy się dużym szacunkiem), a także co zrobiło chyba na nas największe wrażenie, to znajdujące się obok muzeum Narodowego - Muzeum Buddyzmu.
Podzielone na kraje, można poznać w nim historię buddyzmu w Azji, następnie w danym państwie, zobaczyć najważniejsze świątynie, posągi. A także obejrzeć ogrom rekwizytów i artefaktów. O ilościach Buddy nie powiem, bo były ich tysiące. Muzeum to zawdzięcza swe istnienie 17 krajom które łącząc swe zasoby wiedzy i finansów stworzyło coś naprawdę wartego poświęcenia czasu i uwagi. Bardzo trafione miejsce.
Wstęp do Świątyni kosztuje 1500 rupii od osoby, bilet wstępu obejmuje również Muzeum Buddyzmu.

Za namową naszych bardzo gościnnych gospodarzy udaliśmy się też na pokaz tańca tradycyjnego. Bilet kosztował nas 900 rupii od osoby -19 zł.
Można uznać za dość udany ten 60 minutowy występ.
W sali wyglądającej trochę jak duża świetlica czy dom kultury z lat 90, na dużej scenie nad którą wisiały gigantyczne pajęczyny, młodzi ludzie prezentowali tradycyjny taniec kandyjski.
Był też taniec w maskach, elementy akrobacji, piękne panie, momenty żywsze i spokojniejsze. Do tego barwne tradycyjne stroje. Akompaniament tworzyli stojący w tle bębniarze, którym co jakiś czas towarzyszyli panowie z instrumentami wyglądającymi i brzmiącymi jak flet i tamburyn.
Po zakończeniu części w pomieszczeniu, wszyscy udaliśmy się na zewnątrz, gdzie odbył się trochę chaotyczny i krótki fire dance czy fire show. Panowie dotykali się pochodniami w różne części ciała, przechodzili przez rozżarzone węgle i buchali ogniem.
Widać, że show typowy pod turystów, ale kultury liznęliśmy 😉


W drodze powrotnej okrążając jezioro Bogambara mijaliśmy drzewa całe pokryte nietoperzami! Niesamowity widok, staliśmy chyba z 20 minut obserwując wyglądające jak smoki wielkie osobniki.

Ogólnie Kandy nam się podoba. Są elementy architektury kolonialnej, niestety w większości w opłakanym stanie, dość mocno zaniedbane. Są prowizoryczne budynki mieszkalne i piękne wille, jest zielono, są uśmiechnięci ludzie, są też naciągacze i nieprawdopodobny smog. Ilością spalin jaką emitują tu pojazdy można by obdzielić całą Polskę. Benzyna na stacji to PB 88 lub w najlepszym wypadku 92 oktany.
Jutro mamy wyzwanie z samego rana, ponieważ w planach mamy pociąg z Kandy do Hatton, a następnie autobus do Nallathanniya, gdzie będziemy wspinać się na szczyt Adam's Peak.
Problem jaki nas napotkał to zakup biletu na pociąg. Kiedy pytaliśmy wczoraj w kasie na dworcu, pan powiedział, że wszystkie są wyprzedane (zawsze tak podobno mówią) i aby przyjść godzinę przed odjazdem, może uda się kupić.
W rzeczywistości często lokalsi wykupują bilety i sprzedają turystom kilkakrotnie drożej. Nasi gospodarze zapewnili nas, że przed odjazdem bilety w kasie zakupić nam się powinno udać, ale czy tak będzie okaże się jutro.
Jak nam się nie uda weźmiemy autobus, ale pociąg na tej trasie to jedno z must see na Sri Lance.
 

Trzymajcie kciuki!


śniadanko: hoppers - naleśniki po prawej, roti - naleśniki z mąki kokosowej po lewej. Omlet - któego nie ma na zdjęciu, sambol po lewej w miseczce - ostre ! dżem i owoce. 


nasz domek


widok z naszego domku


dosai masala, mój ulubiony :) 250 rupii = 4,50zł 



ryż z warzywami 160 rupii - 2,50 zł 


dziewczynki przed wieczorną ceremonią przed Świątynią Zęba 










Central Market  












Queen's Hotel 








wejście na teren Świątyni Zęba


























Słoń Raja




osobne wejście dla pań i panów 
























To co wyróżnia autobusy Sri Lanki to ich barwne kolory







cieżarówki ❤ można się zakochać


szczególnie jak zajrzy się do środka ! 
























w drodze powrotnej do domu mijaliśmy ceremonię ślubu


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Sa Pa miasteczko w górach niedaleko granicy z Chinami

Jedziemy do Chin!

Świątynia Świtu, straszne muzeum medyczne i food court w centrum handlowym.