23 marca, Adam's Peak zdobyty!




Dwie godziny przed odjazdem pociągu nasz gospodarz podrzucił nas na stację. Mimo, że kasa miała być otwarta godzinę przed odjazdem, bilety sprzedawali już, a kolejka była dość spora. Wszyscy czekali do okienka 2 klasy, nam dzień wcześniej powiedziano to samo, jednakże poszliśmy do okienka, gdzie wszyscy miejscowi i zakupiliśmy dwa bilety w klasie 3 za 170 rupii bez gwarancji miejsc siedzących.
W międzyczasie poznaliśmy dwie szalone dziewczyny z Holandii podróżujące po Sri Lance. Czas oczekiwania mijał w przyjemnej atmosferze pełnej śmiechu i opowieści o doświadczeniach w podróży. Wystąpił też mały akcent polski, pociąg miał opóźnienie ☺ Podobno pierwszy raz w historii (ale nie chce nam się w to wierzyć), zatem kolejne 30 minut oczekiwania. 

Nadeszła upragniona chwila - wjeżdża błękitna strzała. Na peronie zrobiło się gwarno i ciemno od spragnionych miejsca siedzącego turystów, lekki ścisk, niepokój i jesteśmy w środku. 
Klasa trzecia ma ten plus, że nie tylko jest najtańsza, ale podróżują nią sami lokalsi, zatem zawsze jakieś miejsce się znajdzie. No i się znalazło. Siedzimy obok dwóch miłych Lankijek licząc, że wysiądą zanim pociąg dojedzie do odcinka gdzie zaczynają się najpiękniejsze widoki.

Atmosfera jest bardzo luźna. Z jednej strony młodzi chłopcy grają w karty. Z tyłu matka z dwójką dzieci, co chwila mija nas jakiś sprzedawca, a to pieczywa, samos, orzeszków, napojów, owoców, kawy. Jak będziecie jechali pociągiem na Sri Lance nie bierzcie kanapek ☺

Trasa jaką mieliśmy do pokonania do Hatton to 72 km - 3 godziny jazdy!
Początkowo mijaliśmy niezbyt ciekawe zabudowania, konstrukcje mieszkalne i obrzeża miasta. Po około godzinie krajobraz zmienił się na leśny, zielony, coraz piękniejszy, aż w końcu jechaliśmy wśród pół herbat. Nasze sąsiadki zamiast wysiadać i zwolnić nam miejsce koło okna w celu zrobienia paru zdjęć, zasnęły. Niedługo po nich zmieniła się też pogoda i zaczęła się ulewa której towarzyszyła burza. Zatem walka o miejsce przy oknie przestała mieć znaczenie. 

Z Hatton zaraz pod dworcem złapaliśmy autobus do Nallathanniya. To wioska położona 2 km od góry Sri Pada czyli Adam's Peak, która dziś była naszym celem. 
Wspomnę tylko jeszcze o jeździe autobusem. Wąska droga, serpentyna pod górę, kręta i mega niebezpieczna. Takie oszukać przeznaczenie, jednakże dla kierowcy nie było problemem przez ponad godzinę udawanie Kubicy i zafundowanie nam niezapomnianych doznań.
Krystian wysiadł zielony z autobusu, obydwoje nie do końca byliśmy pewni, czy dojedziemy w całości do celu.  



dworzec w Kandy






widok za oknem


za oknem


po prawej za napisem Subash zejście w dół do pokoi, a tu wejście do restauracji


zaraz obok hotelu ścieżki między herbatą, aż proszące się o spacer


herbata 


Nallathanniya










Nallathanniya


Nallathanniya




curry bezapelacyjny mistrz świata! 

Wracając do Adama. Szczyt mierzy 2243 m.n.p.m. i jest ważnym miejscem pielgrzymek dla wyznawców, hinduizmu, islamu, buddyzmu oraz chrześcijan, wierzą, że wgłębienie w skale jest odciskiem stopy Śiwy, Adama, Buddy, Św Tomasza. Jest to też piąty co do wielkości szczyt Sri Lanki.
Większość turystów wspina się na Adama w nocy, aby być na szczycie o wschodzie słońca. My jednak zrezygnowaliśmy z tłumów i zimna i wystartowaliśmy o 7.30 rano.  

Szczęśliwie udało nam się złapać stopa, który podrzucił nas 2 km dalej do miejsca, gdzie rozpoczyna się wędrówka na szczyt.
Początkowo witały nas z dwóch stron stragany ze wszystkim. Jedzenie, napoje, czapki, biżuteria, zabawki, misz masz po całości. Z jednej strony mijali nas wracający z nocnej wspinaczki umęczeni turyści i mieszkańcy, z drugiej po której szliśmy towarzyszyli uśmiechający się i często pytający skąd jesteśmy Lankijczycy, a nawet ich całe rodziny. Ponieważ dziś sobota obchodzą święto i wspinają się, aby złożyć na szczycie ofiarę Buddzie. Z tego też powodu ruch na drodze był dość spory, ale za to weselej i raźniej ☺

Dochodzimy w końcu do bramy za którą znajduje się leżący Budda, jest też tabliczka oficjalnie rozpoczynająca wspinaczkę z numerem 21. Tabliczki te rozstawione były całą trasę i kończyły się nr 1 na samym szczycie. Powiem szczerze, że bardzo to motywujące było móc odliczać drogę do kolejnego numerku, który przybliżał nas ku celowi. Jak już o motywacji mowa to lokalni mieszkańcy wspierali się pieśniami. Bardzo widowiskowo to wyglądało. Zazwyczaj jedna osoba śpiewała wers, a reszta na niego odpowiadała. Jak pod ręką były jakieś rekwizyty np. butelka z wodą to stukała nią o ziemię, dając wrażenie grania na instrumencie. 

Cała droga była przepiękna i malownicza. Lasy, wodospady, strome skaliste wzniesienia, a im byliśmy wyżej, tym bardziej odsłaniała się przed nami cała okolica. Mega! 
Po drodze było też sporo stoisk z jedzeniem, napojami, toalety i ławeczki. Zatem warunki wchodzenia super, tylko skala trudności no powiem szczerze dość wymagająca, tym bardziej, że szerokie początkowo schody im wyżej tym bardziej zamieniały się w wąskie, wysokie, a przy końcu już było trzeba iść gęsiego.
Wejście zajęło nam jakieś 4 godziny, zejście połowę tego czasu. Znacznie sprawniej się idzie w dół niż 5200 stopni w górę. Schody były też nierówne zatem jedne małe i krótkie, a następnie 100 m w górę wysokie i duże. To dawało się odczuć najbardziej.

Duży podziw miałam dla panów wnoszących różne ciężary na górę, jak wodę, butle z gazem czy prowiant. Byli też młodzi żołnierze wnoszący worki z materiałami budowlanymi w celu budowy świątyni. Starsze panie, panowie, młode mamy z bąbelkami na rękach czy ojcowie niosący nieco już większe bobasy. Mega szacun! Droga ta naprawdę łatwa nie była i wymagała całkiem dobrej kondycji. Krystian całą drogę walczył o życie, ale zwyciężył! 

Na szczycie okrutnych tłumów nie było, jak bywa to na wschodzie słońca. W połowie drogi mijaliśmy poznane wczoraj Holenderki to mówiły, że stały 3 godziny przed wejściem na szczyt, na ostatniej już prostej zanim udało im się dostać na samą górę. Na szczycie mogliśmy odpocząć delektując się widokami, co prawda częściowo chmury je momentami zasłaniały, ale i tak było pięknie.
Słychać było bicia dzwonu i modlitwy. Do pomieszczenia uznawanego za święte nie wchodziliśmy, była znaczna kolejka to raz, a dwa, że każdy składał tam ofiarę oraz modły i stwierdziliśmy, że będzie to nietaktowne, przechodzić przez nie tylko dla ciekawości. Wchodziło się tam też gęsiego i atmosfera była bardzo podniosła.
Na szczycie podobnie jak na samym dole znajduje się dzwon w który uderza się taką ilość razy ile weszło się na szczyt. 


Zejście było znacznie prostsze i łatwiejsze, ale po drodze złapał nas deszcz i burza. Tu chyba codziennie jest deszcz jak w Cameron Higlands w Malezji. Taki klimat ;)

Podsumowując wejście na święty szczyt Sri Pada bardzo się opłacało. Wizualnie oczywiście, ale też to co ja lubię najbardziej czyli pokonanie siebie, praca nad umysłem, że kiedy ciało mówi że dość, umysł wie, że da się radę i chwilę później stoi się na szczycie. Super to jest ❤
Do tego atmosfera dzielenia swojego trudu z innymi, którzy tak jak my ostatkiem sił stawiają kolejny krok. Wymiana uśmiechów, zagadywanie skąd jesteśmy, jak nam się podoba i który raz wchodzimy na Adama.

Jutro rano łapiemy autobus mordercę i wracamy na stację kolejową do Hatton. Tam będziemy walczyć najpierw o wejście do pociągu, a następnie o miejsce przy oknie po prawej stronie. Trasa Hatton - Ella to podobno najpiękniejsza trasa kolejowa, która prowadzi przez pola herbat. Powinniśmy w 4 godziny dojechać na miejsce. W Ella jest nasz kolejny postój. Trzydniowy i dużo do zobaczenia.
A ! Na końcu jeszcze słów parę o naszym miejscu noclegowym
.
Spaliśmy w Subash HotelBardzo fajne miejsce i zdecydowanie polecam. Ładnie, dość nowa łazienka i to z ciepłą wodą! To było wydarzenie, ta ciepła woda ☺ Właściciel bardzo miły i pomocny, i jedliśmy tu mega pyszne niesamowite curry! Jak traficie do Subash koniecznie zamówicie. Warto! Czas oczekiwanie na posiłki jest dość długi, ale to z racji przyrządzania ich przez kobiety domu, zatem najlepiej umówić się na konkretną godzinę. 
Codziennie rano 6:15 ze świątyni znajdującej się zaraz obok budziły nas piękne śpiewy, co myślę, że na dłuższą metę może być denerwujące, ale dla nas było dodatkową atrakcją ;) 
Odległość do miejsca rozpoczęcia wspinaczki nie jest jednak tak super bliska jak początkowo mi się wydawało, bo wynosi 2 km, ale można złapać autobus przejeżdżający obok hotelu, lub jak my złapać stopa. Autobus w jedną stronę kosztował nas 15 czy 20 rupii czyli około 40 groszy.
Za pobyt tu zapłaciliśmy 216 zł - jest to cena bez kolacji, same noclegi. Zatem najtaniej nie było, ale kiedy szukałam dzień przed przyjazdem spania booking niespecjalnie sypał dobrymi ofertami. Jak macie niski budżet, warto poszukać spania na miejscu. 

Co jeszcze uważam za istotne to, następnym razem zostałabym tam o noc dłużej. Mianowicie oprócz Adama jest tu sporo fajnych ścieżek trekkingowych i miejsc, gdzie można zapuścić się na całodniową wyprawę. Zatem jak będziecie w Nallathanniya i będziecie dysponować czasem polecam zostać dłużej. A i co jeszcze ważne jest tam chłodniej ☺ Miły odpoczynek od zabójczych temperatur panujących na wyspie.  
   






darmowa kawa, fakt wyglądająca jak herbata, ale to kawa:) 




pierwsza tabliczka, jeszcze 20 i jesteśmy na szczycie




oficjalny start








do tej pory nie wiem, czy to usługa płatna - wniesienie i zniesienie - 
czy po prostu ktoś zasłabł..... ? 


początkowe schodki, niskie i niepozorne




"to my tam idziemy?!" 












poznane w Kandy Holenderki













te uśmiechy to pozory - tak naprawdę ledwo żyliśmy :P 













meta!!! 






























Japońska Świątynia Pokoju







Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Sa Pa miasteczko w górach niedaleko granicy z Chinami

Jedziemy do Chin!

Świątynia Świtu, straszne muzeum medyczne i food court w centrum handlowym.