6 kwietnia, Galle!




Po Mirissie dalej wybrzeżem dotarliśmy do Galle.
Co to była za podróż! 30 km pokonane trzema autobusami!!! Generalnie jak zauważyliście często podkreślam, że autobusy tu to mordercy. Jeżdżą za szybko, wymijają się jak szalone, hamują gwałtownie, a kiedy się wsiada lub wysiada często robi się to w biegu, ponieważ autobus prawie nigdy zupełnie się nie zatrzymuje. Jak pytaliśmy miejscowych o wypadki to wszyscy zdecydowanie odpowiadali "tak, codziennie jakiś". Czasami miałam wrażenie, że jest to tak oczywiste, że ośmieszam się pytając.


Zastanawialiśmy się zatem kiedy w końcu coś się wydarzy czego będziemy świadkami, skoro jeździmy nimi prawie codziennie statystycznie ujmując musi na nas paść.
No i padło. Nic co prawda spektakularnego, ale byłam główną ofiarą! Autobus nasz, jadący oczywiście zbyt szybko, minął się z autobusem z naprzeciwka jadącym równie zbyt szybko na tyle blisko, że straciliśmy lusterko. Szkło z niego wpadło do środka, dwa siedzenia za kierowcą trafiając mnie w policzek dosłownie centymetr od oka. W pierwszej chwili myślałam, że ktoś rzucił czymś i zbił szybę przy której siedziałam, a jej odłamki pocięły mi pół twarzy, ale szybko okazało się, że to tylko lekkie draśniecie i poza lekkim bólem nic mi nie było😊 Natomiast sytuacja ta spowodowała, że po chwili musieliśmy przesiąść się do innego autobusu, a po dłużej chwili do kolejnego! W rezultacie z luźnego autobusu i miejsc siedzących znaleźliśmy się w zatłoczonym, stojąc i będąc mocno zdegustowanymi.
Po półtorej godzinie w końcu dotarliśmy do pięknego Galle. Wymęczeni, zaczepiani co chwila pytaniem o tuk tuka po 20 minutach marszu byliśmy u progu domu nowego gospodarza. Dam, bo tak miał na imię, był najcieplejszą i najwspanialszą osobą jaką mieliśmy okazję spotkać na Sri lance, a w zasadzie to w trakciej całej naszej obecnej podróży po Azji. Niesamowicie przyjazny, miły i pomocny. 



Apartament który mieliśmy do dyspozycji też przeszedł nasze oczekiwania. W White House Apartment mieliśmy do dyspozycji całe mieszkanie z osobnym wejściem, klimatyzacją, łazienką, kuchnią i sypialnią z ogromnym łóżkiem. Dużo miejsca, czysto i bardzo ładnie. Autobus do centrum spod domu za dwie osoby to koszt zaledwie 40 rupii (0,80 gr), ewentualnie 2 km spacerkiem. Bardzo nam to miejsce przypadło do gustu. 
I takie też było całe Galle. Bardzo żałowałam, że byliśmy tu tylko 2 noce. 



Atmosfera była super, spędzaliśmy każdą wolną chwilę na rozmowach z naszym gospodarzem. Naprawdę fajnie spotkać tu kogoś mądrego, wykształconego z perfekcyjnym angielskim. Sporo nam o sobie opowiadał, o wyspie, jej mieszkańcach i życiu tu. 
Poznanie miejsca po którym się podróżuje z perspektywy wieloletniego jej mieszkańca potrafi zweryfikować nakreślony już przez nas obraz. I to cieszy.   
Za dwie noce z pysznymi śniadaniami zapłaciliśmy 136 zł.






Miasto Galle dzieli się na część starą zabytkową, w skład której wchodzi przepiękny fort zbudowany w XVII w przez Holendrów, latarnia morska z 1938 roku, zabytkowe domy i budynki kolonialne. Naprawdę można spacerować godzinami, robiąc sobie tylko przerwę na jedzenie w pobliskich knajpach i kawiarniach lub odpoczynek obserwując morze. Mega klimat i miejsce mocno różniące się od typowej codzienności wyspy z jaką mieliśmy styczność do tej pory.
Jednym z naszych spacerowych celów była latarnia morska. Okazało się jednak, że jest ona zamknięta i nie można jak np. w Polsce wejść do środka, wspiąć się na górę i podziwiać widoki. Ale, że mamy paszport latarnika i rowerowo po Polsce zbieramy w nim pieczątki i robimy obowiązkową fotkę, nie mogliśmy odpuścić pieczątki i tu. Chwilę zastanawialiśmy się, jak to zrobić, aby dostać się do środka i wtedy zauważyliśmy, że obok latarni starszy Lankijczyk sprzedaje pamiątki 😉  
Wytłumaczyliśmy o co nam chodzi i czy mógłby zawołać Pana latarnika, aby wpuścił nas on do środka. Szczęśliwie tak też się stało.
W środku zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie, dostaliśmy wpis do naszego paszportu - jak się okazało pieczątki nie są tu praktykowane - i posłuchaliśmy o latarniach morskich na Sri Lance. Pan latarnik był mega podekscytowany, że znalazł się jakiś turysta i to z odległej Polski! zainteresowany tym tematem. Zabawnie było.

Spacerując po klimatycznym starym mieście mijaliśmy piękne sklepiki i galerie z rękodziełem, obrazami, biżuterią, i innymi pamiątkami, ale ceny niestety potrafią zwalić z nóg! Tanio nie jest.
Było też miejsce które najbardziej przypadało mi do gustu, mianowicie sklep fundacji
 Embark wspierający bezdomne psy Sri Lanki. Robią naprawdę super robotę i okazuje się, że jednak Budda czuwa nad tymi biednymi czworonogami. Zatem jak będziecie w Galle koniecznie tam zajrzyjcie i zostawcie trochę drobniaków. Ceny są bardzo przystępne.  
Poza zabytkowym centrum jest tu też oczywiście nowa część miasta - głośna, zakurzona i trąbiąca bez większego powodu. 
Ja osobiście lubię taką Azję, mniej urodziwą i mniej atrakcyjną. Można rzec tą brzydszą siostrę. 
To co zwróciło też naszą uwagę w Galle to zdecydowanie częstsze przerwy w dostawie prądu niż doświadczyliśmy dotychczas. Nawet raz wracając porą późno wieczorową do domu na samym środku ulicy dopadł nas totalny blackout. Jedyne co widzieliśmy to świecące oczy bezdomnych psów, na które staraliśmy się nie nadepnąć, oraz jak mijał nas tuk tuk to przez parę sekund nierówny pełen dziur trotuar.      




































latarnicy 



































To co warto będąc w Galle jeszcze obadać to oddalone 5 kilometrów na wschód Unawatuna i Rumassala Sanctuary.
Dostaliśmy się tam autobusem z dworca głównego - naprzeciw boiska do krykieta - za jakieś śmieszne grosze. Pan sprzedający bilety dał nam znać kiedy wysiąść i znajdującą się od razu obok przystanku ulicą pod stromą górę, w mega upale udaliśmy się w poszukiwaniu świątyni buddyjskiej ukrytej w lesie między drzewami pełnymi małp, japońskiej świątyni pokoju, oraz malutkiej i urokliwej Jungle Beach.
Droga do nich prowadziła lasem w pięknej scenerii w otoczeniu waranów i ton śmieci. Widoki im wspinaliśmy się wyżej stawały się piękniejsze, a plaża i jej rajskość wynagrodziła wędrówkę w upale.  
Wycieczka zdecydowanie warta poświęcenia paru godzin o ile jesteście fanami natury, ciszy, spokoju i zrobienia paru dobrych kilometrów w ponad 30 stopniowej temperaturze. 

































Dam, który tak jak już wspomniałam był najlepszym gospodarzem na świecie, jednego wieczoru zaprowadził nas do swojego sąsiada trudniącego się rękodziełem. To co zobaczyliśmy spowodowało szok i niedowierzanie! 

Facet robił wszystko sam, za pomocą rąk i dłuta! Niestety nie wzięłam ani telefonu ani aparatu i nie mam żadnego zdjęcia. Ale dzieła które spod jego ręki wyszły były niesamowite. Oczywiście posągi Buddy, słonie, żółwie, maski, wszystko różnej wielkości i z różnych materiałów. Od kokosa zaczynając na hebanie kończąc. Cała jedna sala domu wypełniona była figurami tak pięknymi, że najchętniej kupilibyśmy wszystko. Mega i ogromny szacunek!

Czas w Galle minął nam nadzwyczaj szybko i jutro z samego rana łapiemy pociąg i jedziemy do Kolombo. 









Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Sa Pa miasteczko w górach niedaleko granicy z Chinami

Jedziemy do Chin!

Świątynia Świtu, straszne muzeum medyczne i food court w centrum handlowym.