5 marca, 20 km piechotą na plantację herbaty BOH


Pijąc poranną kawkę i słuchając odgłosów lasu opracowaliśmy na dziś dwie możliwe trasy, obie miały finalnie doprowadzić nas na pola herbaty.
Trasa pierwsza na południe przez dżunglę, trasa druga na północ przez teren komercyjny.
Przed wyjściem skonsultowaliśmy nasze pomysły z panią w recepcji na co odrzekła, że odradza nam opcję pierwszą ze względu na dzicz i słabo uczęszczany szlak, zatem może być zbyt niebezpiecznie. Nie było mi trzeba dwa razy powtarzać, myślę, że w jej rodowitym języku bym też zrozumiała, aby wybrać opcję nr 2.
Nie, nie jestem komandosem. Zgadza się, moja robako fobia wzięła górę. 
Zatem wyruszyliśmy. Droga początkowo nawet dość zielona, troszkę lasem. Las piękny, zupełnie inna flora niż u nas. Wielkie paprocie, cieńka i długa roślinność. Gęsty. Nie umiem jej nawet nazwać. I te odgłosy. Słyszysz, że Cię widzi.
Wszystko się rusza i wszystko wydaje dźwięki. Nic nie zarejestrujesz okiem, tylko co chwila coś przemyka za tobą.
Po drodze zahaczyliśmy o wodospad. Krajobraz piękny gdyby nie śmieci :( Śmieci w wodospadzie, kręcące się w koło??!!! 
Cała trasa to w zasadzie mijane po kolei plantacje truskawek, kwiatów, lawendy, motyli, targ owocowo-warzywny i stragany ze wszystkim co dało się zrobić w truskawki ☺ Naprawdę jestem pod wrażeniem jaki potencjał turystyczny wyciągnęli z tego owocu. Oprócz wszelkich możliwych opcji kulinarnych, łącznie z narodową potrawą Malezji Nasi Lemak (ryż gotowany w mleku kokosowym) czy teh tarikiem (herbata z mlekiem skondensowanym) w wersjach strawberry, można zakupić niemal wszystko.
Ubrania, torby, zabawki, długopisy i wszelkie inne pierdoły.
Krajobraz w koło nas pięknie zielony co chwila był zaburzony paskudnymi szklarniami pokrytymi brzydką folią. Jakoś tak estetyka nasza nie umiała sobie z tym poradzić. Do tego ruch samochodowy i ogólne nasze wrażenia nie były zbyt pozytywne. Próbowaliśmy też odskoczyć gdzieś na bok w las, ale nawet jak dało się wejść to po kilkunastu metrach droga się kończyła, a roślinność była tak gęsta, że bez maczety nie podchodź.
Było trzeba wybrać tą dzicz i szlak południowy :/



poranna kawka i rozkmina trasy


widok za oknem z pokoju








mijane po drodze pole golfowe


śniadanko, ryż z warzywami i omletem

















Do plantacji herbaty Boh dotarliśmy po 17 km marszu. Warto było. Wygląda dokładnie tak, jak oglądałam w domu kiedy wpisałam w Google Cameron Higlands. Intensywny zielony kolor maleńkich listków, które układają się w pięknie pachnące dywany herbaty. Cudownie ❤
Ach chwilo trwaj! Niestety również i tu śmieci wszechobecne (nawet między krzaczkami!!!!) i ruch aut odbierał pełne poczucie raju. 
Krystian mówi, że nie spojrzy na herbatę przez kolejne 3 lata, w zasadzie nie wiem czy to przez te kilometry, czy nasycenie widokiem, czy właśnie otoczkę samochodowo - śmieciową?
Na mecie plantacji znajdował się punkt widokowy i miejsce gdzie można skosztować herbaty.
Ja wypiłam zieloną z jaśminem, a Krystian w ramach orzeźwienia teh tarika z lodem. 
Nie powiem smaczna, ale żeby jakiś wybitny smak czy aromat był, to nie. No i z torebki.






































W drodze powrotnej złapał nas deszcz, a burza i wielkie czarne chmury zapowiadające srogą ulewę deptały po piętach. I wtedy zatrzymał się biały pick'up a Pan Chińczyk w białym kapeluszu pokazał kiwnięciem głowy abyśmy wskakiwali na pakę. Jak moglibyśmy odmówić. Kawałek dalej zgarnął też inną parę, w ramach uprzejmości zrobiliśmy sobie wzajemnie po zdjęciu. 
Po chwili byliśmy o jakieś 9 km bliżej hotelu.

Łącznie przeszliśmy dziś ponad 20 km ☺





wege zupka


wołowinka z ryżem

Jutro mieliśmy jechać do Taman Negara, ale niestety odwołaliśmy rezerwację i jedziemy do stolicy Malezji. Bilety okazały się zbyt drogie i cały transport do Parku Narodowego, a następnie do Kuala Lumpur kosztowałby nas 300 myr.
Zatem ostatni tydzień w Malezji spędzimy w stolicy. Trochę żal, bo myślę, że niezapomnianym przeżyciem jest zobaczyć i usłyszeć las deszczowy (on to dopiero musi przemawiać!), ale walory przyrodnicze nadrobimy na Sri Lance.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Sa Pa miasteczko w górach niedaleko granicy z Chinami

Jedziemy do Chin!

Świątynia Świtu, straszne muzeum medyczne i food court w centrum handlowym.