25 lutego, lecimy na Penang !





Czasami brak planu jest najlepszym planem :)
Postanowiliśmy trochę zaszaleć i kupiliśmy bilety na samolot. Okazało się bowiem, że w Melace jest lotnisko. Zatem przylecieliśmy na wyspę Penang, a dokładnie do miasta George Town. Miejsce to w planach naszych było od początku, tyle że drogą autobusową. Temperatura, przesiadki i czas były argumentami nie do zbicia w celu nadwyrężenia budżetu i za 188 Myr dość spontanicznie zakupiliśmy bilety.
Lotnisko malutkie, ale czyste, nowoczesne, widać, że nowe. Na liście odlotów dwa kursy dziennie do Penang i Pekanbaru. Mimo, że lotnisko mieści się zaledwie 10 km od dworca głównego - do którego dojechaliśmy miejskim autobusem nr 17 za 4 myr. Dalszą podróż kontynuowaliśmy używając pierwszy raz aplikacji Grab. Bardzo fajny wynalazek. 10 minut później siedzieliśmy już w klimatyzowanym wnętrzu.
Dlaczego Grab? Autobus jeżdżący na lotnisko pokonuje tą samą odległość 2 godziny. Jak? Nie mamy pojęcia.
Lot był bardzo przyjemny. Mały samolot (na 72 pasażerów) delikatnie wystartował, a my raczyliśmy się widokami za oknem. 45 minut później lądowaliśmy.



Bez problemu znaleźliśmy miejsce skąd odjeżdżają autobusy do miasta i za 5.40 myr jechaliśmy w stronę centrum. Ważne ! Kierowca w autobusie nie wydaje reszty, zatem zbierajcie drobne, aby zawsze mieć odliczoną kasę, lub kupcie sobie kartę Touch'n go.
Atmosfera w autobusie nastroiła nas optymistycznie. Poznawaliśmy miasto tupiąc nóżką w rytm arabskiego popu wybrzmiewającego z radia kierowcy. Bardzo zresztą miłego, mającego na tylnej ścianie kabiny w ramce swoje zdjęcie w żółtej koszulce i podpisem kapitan autobusu oraz imię i nazwisko, ale byłam bez szans aby je przeczytać, a co dopiero zapamiętać? :)

Po ok 50 minutach drogi dotarliśmy do naszego przystanku - Komtar. I czar prysł. Wielki chaos, głośno, multum wielkich autobusów, samochody, motocykle, smog (nie wawelski), tragedia. Szliśmy w tym gwarze, wielką ulicą bez chodnika jakieś 10 minut wdychając taką ilość spalin, że nie oczyszczę płuc do końca życia. Krajobraz w koło też nie zachwycał. Rozwalające się zabudowania niskie, w których znajdowały się różnej maści zakłady, mieszkania, warsztaty.... I wtedy okazało się, że pośrodku tego chaosu drogowego znajduje się nasz hostel Korzystając z tego linku ja i wy dostajemy prowizję od booking.com. Sim City Stay  - między warsztatem samochodowym, a miejscem do tej pory mi nie zidentyfikowanym. Wchodzimy.
W recepcji bardzo miła Wietnamka przywitała nas, wytłumaczyła wszystko, poznaliśmy przy okazji równie sympatyczną Angielkę pijącą przy barze kawę (kawa i herbata w recepcji do bólu za free) ponarzekaliśmy na pierwsze wrażenia - pani z Anglii również chaos ulicy, gorąc i pierwsze obcowanie z George Town odebrało mowę. Ruszamy do pokoju. Nasz poziom to 3 piętro i nazywa się Pink. I wszystko jest Pink :D Pokój maleńki z wielkim łóżkiem i łazienką. Czysto i jest klima. To najważniejsze. Ale nie ma okna!!!??? Znaczy jest, ale malutkie i na korytarz, za to z firanką :D Doznaliśmy lekkiego szoku. Jak połączyć to z ostatnimi 10 minutami drogi, nasze nastroje jak u Simsów zjechały momentalnie w dół.
Na dachu mamy podobno taras z mega widokiem - mieszkamy praktycznie nad samą wodą - dziś tam jed
nak nie dotarliśmy. Nie wiele myśląc ruszyliśmy, aby rzucić okiem na okolice.













George Town się obroniło. Kilkanaście uliczek i mega klimat. Wszędzie jedzenie, stragany, knajpki, sklepy, zapach przypraw, muzyka punjabi, świątynie i sztuka uliczna. Niesamowicie przesympatyczni wszędzie ludzie. Mili, uśmiechający się. Sporo białych. Widać, że internet nie kłamał - jest to punkt obowiązkowy dla każdego kto odwiedza Malezję.

Jutro ruszamy zwiedzać :)
Georgetown podobnie jak Melaka w 2008 roku zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jest też określane stolicą kulinarną Malezji. Wg różnej maści rankingów, blogów dotyczących Azji bezapelacyjnie wygrywa jako miejsce gdzie każdy kto kocha jeść musi być. No to jesteśmy ☺
Zostajemy tu tydzień. W tym czasie mamy w planie objechanie co ciekawszych miejsc wyspy, a kolejnym przystankiem będzie Tonah Rata i znane pola herbaty Cameron Higlands.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Sa Pa miasteczko w górach niedaleko granicy z Chinami

Jedziemy do Chin!

Świątynia Świtu, straszne muzeum medyczne i food court w centrum handlowym.