4 marca, jedziemy do Cameron Higlands
Z żalem i niedosytem opuszczamy dziś Penang.
Mam nadzieję, że uda nam się tu jeszcze powrócić, bo miasto George Town potrafiło nas zaczarować.
Kolejny nasz przystanek na mapie Malezji to Cameron Higlands.
Dojechaliśmy tu autokarem za 39 myr od osoby, oczywiście nie bez przygód.
Bilet zakupiliśmy dzień wcześniej w biurze turystycznym u Chińczyków. Na pytanie czy autobus jedzie bezpośrednio otrzymaliśmy odpowiedź "tak" i mieliśmy stawić się 12.45 przed biurem i stąd 5 godzin jechać do naszego celu. Ok, wyśmienicie.
O 12.00 byliśmy pod biurem, zwarci i gotowi do długiej jazdy. 12.45, 13.00, 13.15 nic się nie dzieje. Wszyscy pasażerowie już odjechali w swoje strony, a my mamy czekać.... hm... lekki stres, niepokój, aż w końcu złość zaczęła dominować w naszych jakże dobrych dziś nastrojach. 13.20 podjeżdża mini busik. Pan zaprasza nas do środka i okazuje się, że nie jedziemy bezpośrednio do Cameron, a na główny dworzec autobusowy, gdzie mamy przesiąść się na duży autokar jadący już do naszego celu. Ach taki tam element zaskoczenia....
Autokar Scania (ciekawe czy ze Słupska :)) duży, przestronny, klimatyzowany. To jest coś dzięki czemu podróżowanie po Malezji jest ogromną przyjemnością.
Dużo miejsca na nogi, podnóżek, fotel rozkłada się niemal do pozycji leżącej i jest gniazdko USB do ładowania telefonu. Perfect!
Za oknem początkowo widok skradł most łączący wyspę z kontynentem. Penang Bridge o długości 13.5 km. Dalsza droga to niekończące się plantacje palm. Im wspinaliśmy się wyżej widoki zmieniały się na typowo górskie z bujną, gęsta zielenią. Tu muszę też wspomnieć o drogach po których się poruszamy. Autostrady i drogi szybkiego ruchu są naprawdę mega godne szacunku i podziwu. To też by nam się w Polsce przydało.
Cameron Higlands znajduje się 1600 m.n.p.m co od razu daje się zauważyć niższą temperaturą i zatykającymi się uszami. Oprócz pół herbat są tu plantacje kwiatów, truskawek, pola lawendy, ferma motyli, pasieki i uprawa wielu warzyw i owoców.
Dopóki nie zaczęliśmy zbliżać się do celu wszystko wyglądało pięknie, jednak kiedy byliśmy już niemalże na miejscu naszym oczom ukazały się paskudne, wręcz obrzydliwe szklarnie pokryte folią sięgające po sam horyzont. Jakby tego było mało, to wzdłuż drogi przez całe pobocze porozrzucane były śmieci ☹ widok łamał serce.
Tanah Rata gdzie w końcu udało nam się dotrzeć to mała wioska leżąca na wyżynie Cameron. Od razu zameldowaliśmy się w naszym pensjonacie i poszliśmy na zwiady. Mamy okno ! A za nim dżunglę. Co jest fajne dla oka i robi klimacik, ale odgłosy z niej dochodzące trochę mnie niepokoją. Wszystko się rusza i żyje. I słychać to jakby zaraz mieli wszyscy mniejsi i więksi jej mieszkańcy tu wejść do nas i się przywitać. Mamy w pokoju też drugie drzwi. Można wyjść na taki jakby mini taras i zza tych drzwi właśnie dobiegają najgorsze dźwięki. Well.... pojawiły się też wielkie robale, póki co latające, chodzące zapewne spotkam jutro jak udamy się na zwiedzanie.
Pensjonat położony w samym centrum, bardzo ładny, przestronny z przesympatyczną obsługą. Jest ciepła woda, aneks kuchenny i czyściutko. Zdecydowanie polecam, chociaż nie powiem budżet przekroczyliśmy, za dwie noce zapłaciliśmy 195 zł. Fathers Guesthouse Resort. Korzystając z tego linku ja i wy dostajemy prowizję od booking.com.
![]() |
| Tanah Rata |
![]() |
| makaron z warzywami - oczywiście za ostry - z fajną miętową nutą |
![]() |
| mięsiwo Krystiana |
Plan mamy jutro napięty z użyciem nóg. Niestety nie ma tu graba ani komunikacji miejskiej. Są taksówki - co odpada, bo zjedzą cały nasz budżet dzienny - oraz zorganizowane wycieczki. Niestety ich zakres niezbyt nam odpowiada. Nie interesuje nas zwiedzanie plantacji róż czy truskawek. Zatem postanowiliśmy działać na własną rękę. Co z tego wyniknie okaże się jutro ☺
A tymczasem dobranoc. Mam nadzieję, że nic mnie nie zje i uda się oko zmrużyć.














Komentarze
Prześlij komentarz