Żegnamy Hpa-An. Ostatnia wycieczka.
18 września środa,
Dziś nasz ostatni dzień w tym mega fajnym miasteczku.
Śniadanie już tradycyjnie wywołało uśmiechy na naszych twarzach.
Daal czyli ciecierzyca curry 😍, samosa, słodkie roti z kokosem i arbuz.
Mogłabym wykupić tu abonament i stołować się codziennie.
Do tego kawa. Lubimy siedzieć już po śniadaniu, z kawą na schodach i obserwować życie ulicy.
W zasadzie to moglibyśmy tak spędzać godziny, jak nie całe dnie.
Ulica tu jest bardzo bogata. Chociaż ktoś powie, że przecież biedna.
Dzieje się na niej sporo i sporo można zobaczyć.
Uśmiechnąć się, zdziwić czy zamyślić na dłuższą chwilę.
Kobiety z koszami arbuzów i innych owoców na głowie, dzieciaki śmigające na rowerach, mniszki zbierające jałmużnę, panie z torbami idące na zakupy czy panowie pchający wielkie wózki z kuponami na loterię. Muzyka różna i różne odgłosy dobiegają zewsząd, słońce pali, a czas zwalnia.
Jak zrzuci was kiedyś los w to miejsce to zróbcie to samo, usiądźcie na chwilę przed waszym hotelem z kubkiem kawy i oglądajcie ulicę, a potem weźcie skuter i po prostu śmigajcie w prawo, lewo, przed siebie, między wioskami, górami i chłońcie.
Tak też spędziliśmy nasz ostatni dzień w Hpa-An.
Zahaczyliśmy po drodze o Lumbini Park, gdzie rosną Buddy. Oczywiście to nasz żart w temacie wszechobecnych posągów tego oświeconego. Niestety do Parku nie wjechaliśmy, gdyż wstęp 8 tys. MMK nas zniechęcił. Trochę to dla nas za dużo, aby tylko wjechać i nagrać morze posągów.
Jest tu też wejście na górę Zwegabin, dziś nie planowaliśmy się na nią wdrapywać - Krystian zapowiedział od razu, że pasuje, raz, że pogoda i tu jestem w stanie go zrozumieć, a dwa, że nie da rady i tu już moje zrozumienie się osłabiło 😉
W każdym razie odpuściliśmy i tak. No i poza tym cała wyprawa to parę dobrych godzin.
Widok z góry z pewnością miażdży i zapiera wszystko co się da zatem jak będziecie w okolicy myślę, że warto parę godzin na wspinaczkę poświecić.
Jak byście próbowali, zaufajcie mi, nakrycie głowy i litry wody to absolutny niezbędnik.
Zatankowaliśmy zatem 2 litry za 2 tysiące kiatów czyli 5 zł i żegnaliśmy się z najpiękniejszymi widokami jakie kiedykolwiek było nam dane zobaczyć.
Zatrzymywaliśmy się przy świątyniach, cichych, spokojnych, pustych. Leniwie w oddali przemknął mnich albo pies przewrócił się na drugi bok.
Przy szkole gdzie dzieciaki wybiegały po zakończonych lekcjach krzycząc do nas głośne Mingalarbar i machając.
Przy polach ryżowych tak zielonych, że trudno było uwierzyć, że nie są czymś pomalowane. Obserwowaliśmy jak pracują w nich mężczyźni używając dziwnie skonstruowanych maszyn.
Dotarliśmy też nad kompleks basenów. Baseny te murowane położone w przepięknej scenerii gór, roślinności, posągów i stup. Chłopcy kąpią się osobno, osobno dziewczynki.
Nie korzystaliśmy z ochłody, ale myślę, że nie byłby to problem. Natomiast to na co zwrócę uwagę to ubiór. Ponieważ dziewczynki tu kąpią się w ubraniach, uważam, że należytym szacunkiem byłoby nie świecenie bikini czy odkrytymi fragmentami ciała.
Skorzystaliśmy natomiast ze znajdującej się obok lokalnej knajpki. Ja zjadłam wege ryż, Krystian ryż z kurczakiem.
Moje danie kosztowało 1500 MMK czyli 3,90 zł!
Porcja była ogromna, pyszna i świeża! To jest element, który w kuchni Azji kocham najbardziej. Zawsze jedząc w takich lokalnych miejscach jedzenie robione jest dopiero jak je ktoś zamówi. Możecie obserwować jak Pani czy Pan wrzuca do wielkiego woka na sporym ogniu warzywa, polewa je sosem sojowym i potrząsa, miesza aż będą chrupkie i gotowe.
| kompleks basenów |
| wege ryż |
| kurczak z ryżem |
Najedzeni ruszyliśmy dalej.
Często znajdują się tam uprawne ziemie, pasą się zwierzaki, a w małym domku pokrytym liśćmi palmy czy bambusa ktoś mieszka. Mijaliśmy dziś takich zakamarków sporo. O psy też się nie bójcie, owszem biega ich tam dość dużo, ale chyba są przyzwyczajone do mijających je skuterów, bo nie zwracają na nie zbytnio uwagi, wręcz trzeba trąbić żeby zeszły z drogi. No a poza tym im też jest gorąco.
Wracając do bazy zajechaliśmy na nocny market nad jeziorkiem po kolację na wynos. Roti czy dosa z warzywami, które tam robią są absolutnym mistrzostwem świata. Do tego samosy.... kurczę wiem, że za nimi będę tęsknić najbardziej.

Komentarze
Prześlij komentarz