Tysiąc kilometrów do Królestwa Bagan.






czwartek 19 września, 

Opuszczamy dziś nasz mały raj.  
Wyjeżdżamy z mega dobrym nastawieniem, pełni pozytywnej energii i emocji do innych. 
Spotkało nas tu tyle uśmiechów i ciepłych powitań, że nie sposób wykorzystać tego inaczej jak przekazać dalej.   

Z Hostelu wymeldowaliśmy się dopiero przed 17, mimo, że check out był o 12.00, pozwolono pozostać nam w pokoju dłużej. 

Jak powiedziała nasza pani - której nigdy nie spytałam o imię - byliśmy tu tak długo, że jesteśmy już jak rodzina 😊

Za hotel za 6 nocy wraz ze śniadaniami i 3 razy wypożyczenie skutera zapłaciliśmy 150 tys. MMK czyli 387 zł. 
Za skuter zamiast 8 tys. kiatów policzono nas 7 😉
Za bilety autobusowe do Mandalay 31 tys. za dwie osoby tj. 80 zł. 

O 16.45 pod hostel podjechał tuk tuk z napisem Galaxy Hotel Taxi i zabrał nas oraz parę Niemców na przystanek gdzie o 17:00
miał przyjechać autobus. 
W ramach grzeczności i dobrego wrażenia, kiedy zapytali nas z którego miasta Polski jesteśmy Krystian nie omieszkał powiedzieć, że z miasta które kiedyś było niemieckie 😂
Szybko zmienili temat na Azję z powrotem.  
Czasami mamy wrażenie, że nasze poczucie humoru nie jest do końca rozumiane tak jak byśmy tego chcieli.... 

Tematy podróżnicze i Azja były zdecydowanie bardziej komfortowe, wymieniliśmy się wrażeniami, spostrzeżeniami, radami. Anita i jej partner również jadą do Bagan, zatem mamy wspólną drogę i dzielimy wspólny trud przez kolejne 20 h. 
O 5 rano czyli za 12 godzin powinniśmy być w Mandalay. Dzieli nas od niego 740 km, tu musimy znaleźć kolejny transport do Bagan, podobno na przeciw dworca stoją busiki, a o 7 rano odjeżdża pierwszy z nich. Droga powinna mu zając 5 godzin, zatem o 12:00 w południe powinniśmy być na miejscu. 
Prawie tysiąc kilometrów - za tyle będziemy u celu.  

A co powiem podsumowując Hpa-an?
Nie spodziewałam się nawet połowy tego co otrzymałam.
Z jednej strony natura i przyroda, która jest tu niewiarygodnie piękna. 

Góry, zielone, ogromne piękne góry, pola ryżowe, lasy, wąskie ścieżki między nimi, można na skuterze jeździć w nieskończoność. 
Gdzie głowy nie obracasz piękno Matki Ziemi zachwyca. 
Wszystko jest naturalne, prawdziwe, nie ma w tym nawet grama ingerencji człowieka ani zmiany tego doskonałego dzieła. 
Dziewiczość i prawdziwość tej przyrody onieśmielała nas z każdym dniem.   
Ruch na drogach w stosunku do innych krajów azjatyckich, w których byliśmy, znacząco mniejszy. Można bez problemu kierować.
W mieście początkowo lekkie obawy mogą wystąpić, ale po jego opuszczeniu szybko znikają i dyskomfort mija.  

Owszem uczciwie napisać trzeba, że zasad na tych drogach raczej nie ma. 
Znaków drogowych nie widzieliśmy, jazdę pod prąd już tak, wymijanie na ciągłej też, no i na drogach jeździ wszystko od autobusu, po auta, rowery, skutery, tuk tuki i inne kosiarko podobne samoróby. 
Ale bez obaw. Jeżeli macie doświadczenie w grach komputerowych to poradzicie sobie bez problemu! 😉Zatem wypożyczenie skutera w Hpa-an zdecydowanie polecam. 
Daje on wam też niezależność poruszania się, skręcania gdzie chcecie, posiedzenia w danym miejscu jak długo chcecie. Nikt was nie goni i nie popędza. 
Litr benzyny kosztował nas 1000 kiatów czyli 2,5 zł.  
Inną opcją zwiedzania terenów w koło jest taksówka.
W postaci samochodu, tuk tuka albo motocykla. Nie znam niestety cen, ale myślę, że w przypadku tuk tuka nie powinna być ona jakaś kosmiczna. Zatem jeżeli nie czujecie się do prowadzenia pojazdu samodzielnie, możecie wynająć kierowcę na cały dzień.
W Galaxy Motel przesympatyczna Pani wszystko dla Was zorganizuje. 


No i wisienka na torcie tego miasteczka czyli ludzie. Oni tworzą to miejsce i dzięki nim jest ono tak magiczne. Dzięki nim też nasza przygoda z Birmą rozpoczęła się tak miło i ciepło. Naładowali nas tak dobrą energią, że już wiemy i czujemy, że kraj ten długo pozostanie w naszych sercach. 
Mili, uśmiechający się, witający z nami i bezinteresownie rozmawiający. 
Nic nie chcąc w zamian. 
Nie chcą one dollar, nie chcą nam nic na siłę sprzedać, pokazać, podwieźć czy zaprowadzić gdzieś. 
Są mili tak po prostu.  
Niestety mamy obawy, że stanie się tu tak jak np. na Sri Lance, czyli wraz z rozwojem turystyki ta bezinteresowność i chęć poznania drugiego człowieka tak po prostu bez ukrytego w tym pejoratywnego zamiaru zniknie. A miejsce to zajmie $. 
Pieniądze psują, a w miejscu gdzie jest biednie i prosto, myślę, że mogą psuć jeszcze mocniej. 
Zatem odwiedzajcie Birmę jak najszybciej dacie radę, bo straci ona swój urok na pewno.
Oczywiście życzę z całego serca, aby nigdy nic się tu nie zmieniło i aby ludziom tym żyło się coraz lepiej dzięki turystyce, a serca ich pozostały niezmienne.  

Hpa-an póki co ma jeszcze urok w postaci małej liczby turystów. 

Spotkaliśmy ich tu naprawdę niewielu, a Ci którzy stanęli na naszej drodze to typowi podróżnicy, doceniający tą prostotę i piękno tego wiejskiego klimatu. Nie wymagający wiele i nie narzekający na braki komfortu czy luksusów jakich tu nie ma.

No i dzięki słabo rozwiniętej turystyce wiele miejsc zwiedzać tu można za darmo lub niewielką opłatę.
Z czasem na pewno ceny te wzrosną i to kilkukrotnie.  
 

Punktualnie o 17:00 nasz autokar wyruszył wzdłuż promenady o pięknym jak zawsze zachodzącym słońcu.  Te zachody to będę zawsze pamiętać 😍 
W cenie biletu dostaliśmy butelkę wody, kocyk, energetyka i pastę do zębów oraz jednorazową szczoteczkę.  
W autobusie jest też pani stewardessa w eleganckiej niebieskiej garsonce. 
To co zapadło mi w pamięć szczególnie to wzięcie od nas paszportów, zrobienie ich kopii i danie za jakieś kilkanaście minut policjantowi, który zatrzymał nasz autobus. 
Pełna kontrola i czujne oko systemu. Systemu, który niby od paru lat jest na emeryturze. 

Droga mijała nam spokojnie. Płynnie i bezpiecznie pokonywaliśmy kolejne kilometry. 


Koło 22:00 postój na kolację. Przy wielkim food courcie stało kilkanaście wielkich autokarów i setki podróżnych jedzących, czekających, palących papierosy i rozmawiających. 
Nie pogardziliśmy okazją aby zjeść ryż z warzywami i napić się herbaty. 
Jakieś pół godziny później kontynuowaliśmy podróż.  


autokar Hpa-an - Mandalay

ryż w warzywami w trakcie postoju 

Do Mandalay dojechaliśmy z 40 minutowym opóźnieniem. 

Jakie było nasze zdziwienie kiedy miejsce za oknem okazało się być dworcem na którym wysiadamy!
Nie wyglądał specjalnie ładnie, w zasadzie to w ogóle nie wyglądał jak dworzec, a bardziej przypadkowo ustawione rozpadające się budki w które ktoś wrzucił granat. No i te psy... wszędzie. 
Całe szczęście, że było już widno, myślę, że w ciemnościach mogłabym się bać w ogóle wyjść z tego autobusu. 
  
Momentalnie zostaliśmy otoczeni przez 10 może 12 osób krzyczących coś czego nie zrozumieliśmy kompletnie, za to podbiło to negatywne wrażenie jeszcze bardziej. 
Zabraliśmy nasze plecaki z luku bagażowego i wraz z parą sąsiadów z zachodniej granicy zaczęliśmy szukać autobusu do Baganu. 
Zbytnio wysilać się nie musieliśmy. 
Za momencik stał obok nas chłopaczek i wskazał skąd odjeżdżają i gdzie kupuje się bilet. 

Powiedział też, że w innym miejscu możemy również zakupić bilety i jedzie inny autobus, ale cena jest ta sama, odgórna ustawowa 9000 MMK - 23 zł, zatem nie kombinowaliśmy tylko zgodnie wszyscy stwierdziliśmy, że kupujemy i za 40 minut czyli 6.30 jedziemy dalej. 
W międzyczasie skoczyliśmy na kawę. Usiedliśmy przy stoliczku dla lalek i zamówiliśmy napój kawopodobny i herbatę. 
Krajobraz w koło nas był tak strasznie brzydki i paskudny, że cały czas nie mogę pojąć jakim cudem jest to główny dworzec autobusowy i to w tak dużym mieście!

6.15 siedzieliśmy już w eleganckim klimatyzowanym busie.

Nie wiemy czy wszystkie te autobusy/busy tu tak wyglądają, ale rozklekotanych pozbawionych okien z naturalną klimatyzacją nie widzieliśmy.


dworzec w Mandalay

dworzec w Mandalay

autobus do Bagan


gazowana kawa ;) 

Droga do Bagan była różna. Momentami jechaliśmy jak na koniku. Podskakując. 

Momentami była to szeroka wielopasmowa droga zupełnie pusta. Jakby zbudowali ją tylko dla nas. Niewiarygodne to było. Tak szerokich autostrad zupełnie puściutkich to chyba w życiu nie widziałam. Aż można się było zastanawiać czy dobrze jedziemy, skoro nikt inny w tym kierunku nie podąża.   

180 km tyle jest dokładnie z Mandalay do Bagan, ale droga która właśnie się rozpoczęła dała mi odpowiedź na pytanie, skoro to tylko 180 km dlaczego jedziemy aż 5 godzin. 
Ano dlatego, że ilość dziur i brak asfaltu nie pozwalają nam osiągnąć więcej niż jakieś 30km/h. 

Kiedy byliśmy na miejscu okazało się, że autobus wysadził nas jakieś 10 km od Nyaung-U czyli miasteczka gdzie znajduje się nasz hotel. 
Ech.... jedyna opcja jaka była możliwa to taksówka. 
Wkurzyliśmy się wszyscy konkretnie, a zmęczenie i temperatura tylko podbiły tą emocję. 
Dobrze, że byliśmy w czwórkę zatem mogliśmy rozłożyć koszta tego przejazdu. Ani nam ani Niemcom wydawanie kolejnych kiatów na dostanie się do Bagan nie przypadło do gustu, ale wyjścia nie było.
Odległość za duża aby iść, no i kilogramy na plecach, a z nieba jakieś 30 stopni w naszą stronę. 

3 tysiące od osoby tyle chciał od nas początkowo dobrze wyglądający birmański taksówkarz, ale stargowaliśmy na 2, czyli 8 tys MMK za całą naszą zdegustowaną i zmęczoną czwórkę.
20 złotych. 
Ruszyliśmy. Po paru minutach dojechaliśmy do punktu zakupu biletów wjazdu do miasta. Panie zrobiły nam zdjęcie i poinformowały, że bilet 5 dniowy kosztuje 19$ lub 25 000 MMK. Krystian szybko obliczył, że płacąc w kiatach wychodzi mniej. 
Zatem pozbywając się kolejnych monet, tym razem 128 zł za dwie osoby, dostaliśmy bilet wstępu do strefy archeologicznej, do dawnego Wielkiego Imperium Birmańskiego. 
Przy okazji muszę powiedzieć, że miałam nosa rezerwując tu pobyt akurat na 5 dni. Wygląda na to, że jakbyśmy mieli być tu dłużej należałoby wykupić kolejne pozwolenie. Jednakże zastanawiam się, jak to działa jeżeli nie zwiedzalibyśmy terenów archeologicznych, tylko czas spędzali w miasteczku? 
Bilet ten jest o tyle wygodny, że zwiedzając cały ogromny kompleks, nie płacimy już za żadne wstępy, tylko swobodnie można wszędzie wejść, wjechać, ale pamiętać należy aby mieć go zawsze przy sobie, gdyż można zostać skontrolowanym. 

Pan taksówkarz podwiózł nas pod sam Inna Wa Motel
Pożegnaliśmy się z naszymi towarzyszami drogi i wysiedliśmy.
W tym samym czasie obsługa hotelu już wynosiła nasze bagaże i z wielkim uśmiechem witała nas.

         
Hotel okazał się być bardzo przyjemny i czysty. Owszem pokój nasz w konkursie na metraż by nie wygrał, ale to co najważniejsze czyli klima i łazienka w nim były. 
Za pobyt tu zapłaciliśmy za dwie osoby wraz ze śniadaniami 110 tys. MMK czyli 280 zł.
nasz pokój

łazienka, jest jeszcze umywalka, ale nie widać ;)

balkon obok naszego pokoju


widok z dachu
dach


oferta wycieczek z naszego hotelu

Po odświeżeniu, rozpakowaniu i odpoczynku udaliśmy się na obchód. 
Miasteczko to zdecydowanie różniło się od Hpa-an.
Po pierwsze ludzie.
Inni, nie byli tak otwarci i uśmiechnięci, widać, że turysta tu dotarł już dawno i nie robimy na nich żadnego wrażenia. 

No może poza tym, że mamy kasę. 
O czym przekonaliśmy się dość szybko. Idąc jedną z bocznych uliczek zostaliśmy zaczepieni przez dwie panie, jedna starsza, druga mniej. Krzyczały za nami, wołały, biegły więc się w końcu zatrzymaliśmy. No i to był błąd. Opcji wyrwania się z ich sideł już nie było. 
Zaczęły się w koło nas modlić, robiąc różne gesty i rytuały. Pokropiły mlekiem, obwachlowały gałązką, a na koniec wyciągnęły rękę po kasę. Ech .... nie było to przyjemne, a jeszcze bardziej nieprzyjemnie było, kiedy powiedzieliśmy, że kasy im nie damy i poszliśmy w swoją stronę.
Bagan przypomniał nam Sri Lankę i to, że kiedy ktoś Cię woła i zaczepia należy powiedzieć stanowcze "nie, dziękuję" i iść dalej.
Nie dajcie wciągnąć się w dyskusję czy pokazanie czegoś, zaprowadzenie. Ci mniej asertywni sięgną finalnie po portfel.  


Kolejna rzecz rzucająca się w oczy to mix tego co tu było i tego co jest obecnie.

Świątynie, stare pagody, duch historii, a między nimi małe mieszkalne domki, wisi pranie, pieje kogut, rozstawione jest wesołe miasteczko, a w koło biegają dzieciaki. 
Dziwnie się na to patrzy.  
Jest tu też dużo mniszków i mniszątek. Co chwila jakiś pomarańczowy szkrab przebiega koło nas. 

Są tu też lokale typowe dla turystów, a cenami powalają na kolana. 

Omlet z serem 4 tys MMK czyli 10 zł, spaghetti od 7 tys MMK - od 18 zł. 
Możecie zjeść tu w zasadzie wszystko od pizzy po hamburgery i popić czym zechcecie. 
My wybraliśmy lokal gdzie siedzieli miejscowi i był to strzał w dziesiątkę. 
Owszem zainteresowanie wzbudziliśmy. Jak weszliśmy obejrzeli się za nami wszyscy. 
Ale zjedliśmy smacznie i tanio. Moje danie, kalafior z pomidorami i jajkiem, ryż i sałatka z liśćmi herbaty 2300 MMK czyli 5,90! 
Lokal nazywa się Perfect. I tak też było.
Lokalny klimat dostaniecie w gratisie 😀

    
Jest też element wspólny z Hpa-an czyli psy 😢Obraz nędzy i rozpaczy, chociaż nie tak wielkiej jak tam.
Widać, że obecność mnichów i klasztorów w koło im służy. Dokarmiają te bezdomniaki. 


Od jutra zwiedzamy Stary Bagan.  









moja perfect kolacja 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Sa Pa miasteczko w górach niedaleko granicy z Chinami

Jedziemy do Chin!

Świątynia Świtu, straszne muzeum medyczne i food court w centrum handlowym.