Odkrywamy najpiękniejsze miejsce na Ziemi - Hpa-an.
15 września, niedziela,
Ciężko nam było wczoraj zasnąć.
Takiego wycia psów to nie znałam.
Fakt, w Ella na Sri Lance zdarzyło nam się raz słyszeć wieczorowo-nocną porą, ale to wczorajsze było intensywniejsze i dłuższe.
Dziwne myśli nabywasz z takim doświadczeniem, nie wiem czy wyły, bo ktoś je krzywdził, czy się nawoływały do watah - jak wilki - czy to skutek burzy i ulewy która nastąpiła zaraz po tym.
Grzmoty i błyski nie miały końca.
Przez moment wyładowania były tak blisko nas, że aż się szyby zatrzęsły od uderzenia i na parę minut zgasł prąd.
Bałam się.
Później już było słychać ją tylko z oddali. Straszyła gdzieś indziej.
Została tylko ulewa. Ciężka i obfita.
Śniadanie i powitanie naszej Pani wprawiło nas w cudowne nastroje.
Złapaliśmy wspólny język. Rozmawiamy angielsko-birmańsko-hiszpańsko 😀
Śmiesznie. Natomiast to co w tych rozmowach liczy się najbardziej to energia i dobre emocje jakie do siebie wysyłamy.
Polubiliśmy się.
Dziś na śniadanie oczywiście samosa, do tego pudding z fasoli, w liściu zawinięty kokos w cieście jakby twarogowo-pierogowym, roti z kokosem i arbuz.
Lepiej nie może już być.
Na dziś w planie mamy odwiedzenie jaskiń, opcje w jakich możemy to zrobić to taksówka w wersji: samochód, tuk tuk lub motor.
Tak moi mili jedną z form podwózek jest tu motocykl czy skuter. Widzimy codziennie z okna hostelu po przeciwnej stronie ulicy wydzielone miejsce gdzie stoi własnej roboty znak TAXI, a obok niego siedzi pan na motorze, w kamizelce z żarówiasto zielonym napisem na plecach taxi właśnie.
Inna opcją niż taksówka jest wynajęcie skutera.
Powiedzieliśmy naszej Pani, że ta forma zwiedzania interesuje nas najbardziej, ale nie jesteśmy pewni czy odnajdziemy się na drodze, zatem najpierw próbnie chcemy zrobić kółko w koło hotelu.
Oczywiście nie był to żaden problem, zapytaliśmy też o kwestię prawa jazdy, gdyż nie mieliśmy wyrobionego międzynarodowego. Długa historia.
W odpowiedzi padło, że mamy się tym faktem nie przejmować, że policja nie zatrzymuje turystów, zatem nikt nas nie sprawdzi i nikogo nie interesuje czy prawo jazdy mamy czy nie.
Oczywiście nie zachęcam do jazdy bez prawka i nie promuję tu w żadnym wypadku takiego rozwiązania.
Nie chwalę i nie szczycę się też tym, że bez międzynarodowego prawa jazdy jeździliśmy.
Natomiast jeżeli uznamy, że umiejętności prowadzenia skutera posiadamy i jesteśmy na drodze ostrożni i stosujemy się do zasad ruchu drogowego, nawet jeżeli ich tu nie ma, to możemy potraktować ten dokument tylko jako formalność.
Jednakże to co należy wziąć tu jeszcze pod uwagę to fakt, że w razie wypadku, czy sytuacji konfliktowej na drodze, w tych okolicznościach nasz ubezpieczyciel może nie uznać naszej szkody.
Ok, dostaliśmy pomarańczową strzałę. Fajna. Honda.
Mamy sentyment do tej marki, po naszej zezłomowanej już czerwonej Hondzie Civic.
Krystian zrobił próbne kółko, które zakończyło się sukcesem, zatem padła decyzja, bierzemy!
Wypożyczenie skutera na dzień to koszt 8 tys MMK czyli 20 zł.
Ponieważ za hotel nie płaciliśmy przy zameldowaniu, skuter dopisano nam do rachunku.
Jedziemy.
Podobnie jak w Tajlandii nie zakupiliśmy karty sim z internetem. Nie jest ona nam na razie potrzebna, aplikacja Maps.me i Endomondo sprawdzają się tu rewelacyjnie i w sytuacjach kiedy internet jest nam potrzebny ich funkcje offline nam wystarczają.
Zatem szczerze wam polecam taką opcję. Jest to też forma oszczędności.
Fakt, w Birmie karta sim z tego co zdążyliśmy się zorientować kosztuje 6 tys MMK czyli jakieś 14 zł, zatem wydatek nieduży.
No i wifi w hotelu działa zadowalająco.
Uzbrojeni w mapę ruszyliśmy przez miasto.
Pierwszy przystanek to stacja benzynowa. Litr paliwa kosztuje tu tysiąc kiatów, czyli 2,5 zł. Bierzemy dwa.
Początkowe kilometry były wolne i oswajające nas z przestrzenią miejską wydzieloną dla pojazdów na której panował totalny brak zasad.
Trąbienie to już norma, nawet zaczynamy rozkminiać kiedy mamy trąbić też i co jakie użycie klaksonu oznacza 😄
Jazda pod prąd również to rzadkich nie należy, no i na drodze jeździ i chodzi wszystko.
Autobusy, auta, skutery, rowery, kosiarko-tuk tuki, tuki tuki i inne pojazdy własnej roboty posiadające silnik spalinowy.
Czasami jesteśmy pod wrażeniem kreatywności tubylców.
Ludzie, psy, kury, krowy, dzieci. Koncentracja i uwaga wskazana razy milion.
Dojechaliśmy do barierek przy których kończyło się administracyjnie nasze miasteczko.
W pierwszych chwilach lekki stres. Z oddali już widzieliśmy posterunek policji, ale pewni siebie z uśmiechami i donośnym "mingalarbar" przejechaliśmy dalej.
Uśmiech i głośne powitanie wróciło do nas niemal od razu.
Stres szybko ulotnił się i z wewnętrznym spokojem, że policja nam nie straszna jechaliśmy dalej.
Za miastem ruch zdecydowanie był mniejszy.
Zaczęliśmy koncentrować się na widokach, a te od pierwszych chwil zapierały dech.
Góry. Otaczały nas z dwóch stron. Niesamowicie to wyglądało.
Najpierw skręciliśmy do Bat Cave lub inaczej Linno Cave/Linno Gu.
Jaskinia nietoperzy.
Zaparkowaliśmy naszego pomarańczowego szerszenia i idąc wzdłuż rzeki udaliśmy się w stronę jaskini.
Obeszliśmy teren na którym znajdowały się posągi Buddy i jedyną drogę jaką znaleźliśmy to schody prowadzące w górę.
Wdrapaliśmy się po nich. Na szczycie oczywiście znajdowała się pagoda.
Widoki rozpieszczały. I ta niesamowita cisza
Ale wejścia do jaskini jak nie było tak nie ma.
Zeszliśmy na dół i ponownie dokładnie rozglądając się szukaliśmy wejścia lub kogoś kto mógłby nam je wskazać.
Krystian znalazł drzwi, ale zamknięte na łańcuch. Była tylko dziura przez którą można było wsadzić oko.
W drodze powrotnej na parking zauważyłam parę siedzącą na skuterze i podziwiającą widoczki.
Młody chłopak bardzo miły i dobrze mówiący po angielsku powiedział nam, że nie można wejść do środka.
Nietoperze ogląda się po zachodzie słońca jak wylatują z jaskini. Poza tym jest pora deszczowa zatem w jaskiniach jest dużo wody.
Ok, wszystko jasne.
Pokazaliśmy mu kolejne jaskinie, które mamy dziś na naszej liście i zapytaliśmy czy są otwarte i czy można wejść do środka.
Zapewnił, że tak i nawet zaczął tłumaczyć drogę, ale pokazałam mu, że mamy mapę i jesteśmy przygotowani.
Do Yathaypyan Cave dojechaliśmy malowniczą trasą i podziwiając cuda natury, a to z prawej strony, a to z lewej. Ciężko było oderwać oczy, nie wiadomo gdzie w zasadzie patrzeć.
Tak tu pięknie!!! Niewiarygodnie.
Poszkodowany był tylko Krystian, któremu cały czas mówiłam, że ma patrzeć na drogę, a widoczki mu opowiem 😅
Mijani na drodze Birmańczycy uśmiechali się i machali do nas. Niesamowite to było.
Energia tych ludzi wprawia w zdumienie.
Mijaliśmy też po drodze opuszczony budynek Uniwersytetu Informatycznego.
Wyglądał on dość przerażająco, ogromny, pusty, lekko już rozpadający się. W oddali tylko widać było jakieś psy, pranie wiszące - chyba mieszkają tam ludzie. A zaraz za bramą wjazdową leżały sobie kozy 😀
Zaparkowaliśmy pod jaskinią, która od razu zrobiła wrażenie swoją wielkością.
Miły Birmańczyk pokazał nam gdzie mamy zostawić skuter i dał numer miejsca parkingowego. Nic w zamian nie chciał. Po prostu się uśmiechnął i wskazał gdzie iść dalej.
W koło biegały, a jakże, małpy! Od razu widać było w ich oczach, że szukają naiwnego i tracącego na chwilę koncentrację turystę, aby zabrać cokolwiek się da.
Przed pierwszym stopniem schodów, które prowadziły do wnętrza należało zdjąć buty.
Wdrapujemy się.
Nie ma kas, nie ma stanowiska z biletami, zatem wygląda, że wstęp jest darmowy.
No tego się nie spodziewaliśmy. Coś za darmo!
Azja już nas doświadczyła, że za darmo nie ma nic, a z pewnością takich atrakcji.
W jaskini to co rzuca się najpierw w oczy to posągi Buddy, których jest tu pełno oraz woda.
Dość sporo jej na podłodze i kapiącej z rzeźbień skalnych.
Wygląda to wszystko bardzo imponująco.
Spacerujemy i podziwiamy. Jest dość ślisko, zatem proponuję uważać pod nogi.
Po prawej stronie widzimy wejście i drogę w głąb, jest jednak ciemno.
Na szczęście mamy latarkę - domyśleliśmy się, że może być problem z oświetleniem zatem się zabezpieczyliśmy.
Zanim jednak skręciliśmy zaczepił nas mnich, zwiedzający tę okolicę z trzema Koreankami.
Okazało się, że mieszka on pod Rangunem i zabrał te koreańskie turystki na wycieczkę tutaj. Porozmawialiśmy chwilę, wymieniając się wrażeniami dotychczasowego doświadczania Birmy, skąd jesteśmy i inne klasyczne zwroty grzecznościowe. Zareklamowaliśmy im też Polskę, że jest piękna i jak będą zastanawiać się nad odwiedzeniem Europy to zapraszamy.
Wnętrze jaskini którym szliśmy było zupełnie ciemne. Czarno. Czuć było tylko wilgoć i wodę pod stopami.
Latarka nasza pomagała i ułatwiała nam przemieszczanie się, ale zdecydowanie mogłaby dawać mocniejsze światło.
Grunt pod stopami też nie był zbyt stabilny, było nierówno, a kamienie śliskie.
Szliśmy powolutku, a z powodu ciemności we mnie zagościł lekki niepokój.
Dziwne to uczucie iść w zupełnych ciemnościach, boso w jaskini.
Po paru minutach drogi, jakże ekscytującej - pierwsze to moje doświadczenie tego typu - dotarliśmy do wyjścia, które prowadziło na platformę z której widok powalił nas na kolana.
Na całej długości ułożone były małe chodniczki, jakby wycięte z wielkiej brązowej wykładziny oraz stare szmaty. Bez nich wejście na metalową platformę byłoby niemożliwym.
Słońce nagrzało ją do masakrycznie wysokiej temperatury i cały czas doładowywało.
Punkt widokowy się tam znajdujący i Budda obok odbierały mowę.
Staliśmy przez chwilę i po prostu patrzyliśmy. Nie mówiąc nic, bo i tak nie ma jeszcze takiego słowa, które oddałoby to, co nam się ukazało.
Niesamowite.
Woda, góry z niej wystające i w oddali pola ryżowe. Zieleń i przyroda w najczystszym i nieskazitelnym wydaniu.
Moglibyśmy tam stać i stać i tylko podziwiać, ale słońce, które na nas rzucało swe promienie nie miało litości.
Było tak gorąco, że zaczynało kręcić się w głowie.
Droga powrotna prowadziła tą samą trasą. Jednak szliśmy, a może nawet unosiliśmy się już lekko nad ziemią, zdecydowanie szybciej i łatwiej.
Kiedy wyszliśmy na zewnątrz i doszliśmy na parking gdzie stał nasz szerszeń zaczął padać deszcz. Początkowo lekki, dający ochłodę i rześkość, ale po chwili krople były coraz to szybsze i było ich coraz więcej.
Przeczekaliśmy i po jakiś 20 minutach ruszyliśmy dalej.
Następne miejsce to Kawgoon Cave.
Droga która nas tam zaprowadziła była nie mniej zapierająca dech jak wcześniejsza.
Ruch na drodze nadal był umiarkowany i bez większych przeszkód gnaliśmy przed siebie.
Kiedy dotarliśmy do jaskiń i zaparkowaliśmy, dostrzegliśmy kasę biletową.
Siedział tam mnich i oglądał mecz piłki nożnej na telefonie po ...... polsku!!!! 😃
Żywo zareagowałam, mówiąc, że to polski język, a my jesteśmy z Polski, ale chyba niezbyt wiedział o co mi chodzi.
Bilet wstępu od osoby 3 tys MMK czyli 7,5 zł.
Początkowo mijamy mniszki, jeden polewa chodnik wodą a drugi wielką szczotką go myje.
Przed wejściem też musieliśmy zdjąć buty.
Jaskinia zaczyna się od posagów Buddy w ilości niepoliczalnej i czegoś co niebywale mi się podoba czyli rzeźbień w skałach. Czerwone i białe. Wyglądają super.
Pierwsze co nasuwa się nam, to jak je wykonano tak wysoko? Imponujące.
Cała droga do wejścia głównego rzeźbieniami tymi była pokryta.
Jaskinia w środku to w zasadzie grota. Ogromna.
Znajdują się tu posągi, ołtarze i wielki leżący Budda.
Pod stopami czujemy wodę, a w nosie charakterystyczny zapach wilgoci. Jest też chłodniej. Co dodaje siły.
Nie ma tam za bardzo gdzie chodzić i co oglądać, wnętrze to tylko jedno i dość szybko dające się obejść pomieszczenie.
Kiedy szliśmy powrotną drogą spotkaliśmy Hinduskę, którą rano poznaliśmy w recepcji naszego hostelu.
Kiedy my wyjeżdżaliśmy na szerszeniu, akurat po nią przyjechał Birmańczyk na skuterze taxi.
Zapamiętałam jak z papierosem wsiadała na skuter i życzyliśmy sobie wzajemnie miłego dnia.
Teraz wymieniliśmy się wrażeniami z dnia i poszliśmy dalej.
Kolejne co nas czekało to wspinaczka na górę na punkt widokowy.
Prowadziły na nią oczywiście schody, a na szczycie znajdowała się pagoda.
Po drodze mijaliśmy śpiące psy. Wyglądy jak zastrzelone.
Widać po ich stanie wizualnym, że mieszkają tu razem z mnichami.
Jak się domyślacie na szczycie tradycyjnie już wypadły nam oczy.
Pisząc to w zasadzie nie wiem jakie określenia używać, bo każde już padło i żadne kolejne też nie odda piękna, niesamowitości i cudowności tego co nas otaczało.
Jest tu tak pięknie, że nie sądziłam, że miejsce to da nam tak dużo wspaniałości.
Po chwili dostrzegliśmy wspinającą się Hinduskę.
Posiedzieliśmy wspólnie na górze rozmawiając i zachwycając się nad Birmą.
Powiedziała to co nam grało w duszy i to co już zdążyliśmy zauważyć po 3 dniach pobytu tu.
Podróżuje ona po Azji od paru lat i jej zdaniem tylko w Birmie są tak wspaniali ludzie, tak bezinteresowni, dobrzy i otwarci.
Opowiedziała nam parę historii jakie się jej tutaj przytrafiły i wszystkie zaskakiwały ją dobrocią i serdecznością od miejscowych.
Zeszliśmy wspólnie na dół, my wsiedliśmy na szerszenia, Hinduska tradycyjnie już z papierosem w ustach odjechała skuterem taxi.
Wracaliśmy do naszej bazy zachwyceni dniem jaki dziś mieliśmy.
Nie ma żadnego najmniejszego negatywu w jakiejkolwiek postaci i dziedziny jaki moglibyśmy wymienić z dzisiejszego dnia.
Spotkani ludzie byli uśmiechnięci, mili, pomocni, otwarci i bezinteresowni.
Witający się z nami, uśmiechający tak po prostu. Bez interesu w sprzedaniu nam czegoś czy zapłaty za cokolwiek. Czuliśmy się wszędzie bardzo bezpiecznie, wręcz dobra energia wisiała w powietrzu.
Fakt, należy tu wspomnieć, aby uczciwie przekazać obraz tego miejsca, że niestety dane nam było widzieć też biedę.
Niektóre domki na skraju lasu, w lesie czy przy drogach wywoływały przykrość.
Ledwo trzymające się.
Poniżej nasza dzisiejsza trasa :
Zanim udaliśmy się na kolację - na curry rzecz jasna - zajechaliśmy na polecany nam przez naszą Panią z hostelu night market.
Znajdował się on nad jeziorem Kan Thar Yar.
Kilkadziesiąt stoisk z jedzeniem i pełno Birmańczyków smacznie konsumujących różne potrawy.
Fajnie oglądało się ten obrazek, który jedyne co zakłócało to uliczne psy 😓
Ech one będą mnie prześladować przez całą Birmę.
Piękne jezioro, stoiska z jedzeniem, uśmiechnięci i mający dobry czas ludzie, a między nimi chude i zmęczone życiem zwierzęta liczące, że coś spadnie, że coś dla nich zostanie.
To jest chyba równowaga Birmy. Jak Yin i Yang.
Dziś miejsce to odpuściliśmy, pojechaliśmy na curry do San Ma Tau, które smakuje tu bardzo bardzo, a jutro wrócimy na kolację nad jezioro.
Wracając do domu zahaczyliśmy jeszcze o promenadę i zachód słońca.
Gdyby można było kończyć dzień tak zawsze ... 😍
Dziś też powinniśmy opuszczać ten raj na Ziemi, ale ponieważ czujemy się tu niemal jak w domu i nie zdążyliśmy wszystkiego zobaczyć, a nasza Pani jest tak cudowna, zrobiliśmy rezerwację na kolejne 3 noce.
No i te śniadania, gdzie nas tak nakarmią jak tu? 😉
Odpuszczamy zatem Pegu, gdzie mieliśmy w planach jechać dalej. Stąd będziemy próbować dostać się do Królestwa Bagan.
Wersja wizualna TU .
16 września poniedziałek,
Tu chyba pada codziennie w nocy.
Tej nocy podobnie jak zeszłej psy zaznaczały swą obecność, a pogoda pokazywała pazurki.
Zastanawialiśmy się, czy można przyzwyczaić się do tego.
O ile burza i silny deszcz towarzyszyły nam już nie raz, o tyle te wycia psów są mocno niepokojące.
Mój mózg od razu produkuje za dużo możliwych zdarzeń.
Dziś w planach mieliśmy kontynuację rozpoczętych wczoraj eksploracji jaskiń, tym razem jednak z drugiej strony rzeki.
Pomarańczowy szerszeń już na nas czekał, podobnie jak ciepłe przywitanie naszej Pani i całej załogi.
Śniadanie tradycyjnie wprawiło nas w jeszcze lepsze nastroje niż te nam już towarzyszące.
Dziś ponownie samosa, "owsianka", roti z fasolą i jajka z niejadalnym tostowym chlebem. Nigdy nie pojmę sensu tego napompowanego wynalazku.
Na pierwszy ogień poszła Mahar Sadan Cave.
Trasa dzieląca nas do niej to 30 km.
Na drodze czujemy się już dobrze, komfortowo, ale widoki w dalszym ciągu nas hipnotyzują.
Ciekawe ile byśmy musieli tu mieszkać, aby się z nimi oswoić? Aby stały się codziennością i nudą.
Wyobrażacie sobie jechać codziennie do sklepu po bułki czy do szkoły, pracy wśród pól ryżowych w otoczeniu gór i całej tej bujnej zieleni? 😀
Po drodze do Sadan Cave zajechaliśmy do Kaw Ka Thaung Cave, znajdującej się mniej niż w połowie drogi.
Już z oddali było widać kolory czerwony i żółty, posągi Buddy oraz otaczający wejście na teren jaskini, cały zastęp figur mnichów idący w codziennym rytuale jałmużny.
Zaparkowaliśmy szerszenia, zostawiliśmy buty i poszliśmy się rozejrzeć.
W koło rozbrzmiewała muzyka, przyjemne birmańskie nuty, brzmiące trochę jak indyjskie, przed wejściem panie sprzedawały przekąski, a panowie kładli kafelki na terenie świątyni.
Obeszliśmy w koło bardzo ładnie zagospodarowany teren, odpoczęliśmy na ławce i pojechaliśmy dalej.
Słońce nas prażyło.
Wstęp do niej był darmowy.
Aby dojechać do naszego celu musieliśmy skręcić w boczną drogę, mijaliśmy domki, pola uprawne, krowy, kozy, aż w końcu akweny i ludzi łowiących w nich to co tam mieszka.
Zarzucający wielkie sieci stojąc po pas albo i szyję w wodzie.
Widoki miażdżące, jest to chyba najpiękniejsze miejsce jakie było mi dane widzieć w swoim życiu.
Szalenie pięknie. Aż by się chciało tu być już zawsze.
Kawałek dalej, dostrzegamy mężczyzn którzy robią drogę.
To co pierwsze się rzuca w oczy to praca ..... ręczna.
Tak! Oni robią drogę sami, własnymi rękoma. Pomagają też kobiety.
Ledwo bokiem udało się Krystianowi przejechać, ja poszłam piechotą nie mogąc oderwać oczu od tego co było wokół. Po paru metrach sytuacja podobna. Zostawiamy zatem skuter pod drzewem i idziemy kilkaset metrów piechotą.
Słonce pali okrutnie. Jest bardzo gorąco.
W tamtej sekundzie pamiętam, że ogarnął mnie podziw, ale i współczucie dla tych ludzi. W taki żar, wykonują tak ciężką pracę. Jedyne co stało do pomocy to betoniarka.
Gigant szacunek!!!!
A jeszcze dodać należy, że kiedy ich mijaliśmy wszyscy się uśmiechali i witali nas głośnym Mingalarbar!
Mimo zmęczenia pogoda ducha nie opuszczała ich.
Jaskinia już z oddali powaliła nas swoim rozmiarem.
Do głównego wejścia prowadzą schody, przed którymi zostawiamy buty, a z dwóch stron dumnie witają nas wielkie białe słonie.
Siadamy aby odpocząć. Nikogo tu nie ma. Kompletna cisza.
Z oddali tylko widać jak dokuśtykuje do nas pies.
Nie chcę się z nim witać. Zbyt wiele mnie to kosztuje.
Ich spojrzenie pełne potrzeby miłości wpędza mnie w gigantyczny smutek i bezsilność. W ich oczach jest tyle zawarte, że brak mi odwagi, aby w nie spoglądać.
Wdrapujemy się.
Kiedy schody się kończą oczom naszym ukazuje się mnich.
Wstęp kosztuje tysiąc kiatów za osobę czyli 2,50 zł.
Nie ma On wydać, zatem zostawiam 2500 tysiąca. 6,40.
Jaskinia ta wygląda jak hangar. Krystian mówi, że wygląda jak hangar w strefie 51.
Ogromna jest!!!
Znajdują się tu różne posągi Buddy, pagoda, różne rzeźbienia oraz stalaktyty długie i grube, wyglądające jak obce stwory.
Pod nogami czujemy wodę, ale to co jeszcze rzuca się w oczy, a w zasadzie to nos i uszy to nietoperze.
Na podłodze widać też ich kupy. Staram się je omijać, ale kapiąca woda, która je rozmywa tego nie ułatwia 😀
Mijamy wielkiego leżącego Buddę i dostrzegamy schodki w dół.
Ciemno. Czarno w zasadzie.
Z lekkim stresem, ale i ciekawością decydujemy się iść dalej.
Nasza latarka coś tam pomaga, ale szczyt dania mi poczucia bezpieczeństwa to to nie jest 😉
Początkowymi schodami powoli posuwamy się do przodu, czuje pod stopami odchody i wodę i ten charakterystyczny zapach wilgoci.
Nie widać nic. Zupełnie. Tylko światło latarki sięgające może dwóch metrów w przód.
Kiedy schody się kończą idziemy dalej w głąb.
Słychać tylko piski i obecność ich w koło nas.
Chyba jeszcze nigdy nie byłam w takiej sytuacji.
Boję się.
Po kilku minutach dochodzimy do mostu!!! Wiszący na jakieś kilkadziesiąt metrów most!!!!!
Pierwsze co, to powiedziałam, że ja nie idę!
Ale wtedy też zdałam sobie sprawę, że jak nie idę to zawracam, a to było chyba jeszcze gorsze. W końcu tyle już przeszłam, że wiedziałam, że niebawem musi być światełko w tunelu i wyjście.
Nad mostem wisiały setki jak nie tysiące nietoperzy.
Kup ich pod nogami była rzeka, a odgłosy jakie wydawały wpędzały mnie w stan jakbym co najmniej zjadła kwasa - eko dragi 😃
Łapię Krystiana za rękę i idziemy.
Most się porusza, nietoperze wydają piski, a moje stopy stają na mokrym i śliskim podłożu.
A! zapomniałam wspomnieć o zapachu, te kupy też śmierdzą. Nietoperze nie są wyjątkami w tym względzie.
Ja się boję, Krystian się cieszy.
Równowagę zachowujemy. Balans emocji jest.
Po przejściu przez most i kolejnych kilku może kilkudziesięciu metrów dostrzegam światełko.
Co za ulga! Widzę wyjście.
| doprowadzający mnie prawie do zawału most. Niestety lepszego zdjęcia nie mam |
Schodami w dół dochodzimy do jeziora gdzie stoją łódki, którymi można dostać się za 6 tys MMK do miejsca z którego zaczynało się zwiedzanie. Inną opcją jest powrót tą samą drogą.
Oczywiście, że płyniemy!
Obok zauważamy młodziutką parkę może Birmańczyków, chociaż bardziej wyglądają nam na Chińczyków albo Wietnamczyków. Uzgadniamy aby się złożyć po 3 tys i popłynąć jedną łodzią.
Widoki od pierwszych sekund zapierają dech. Ja już nawet nie wiem jak je opisywać, bo po pierwsze mam wrażenie, że się powtarzam, a po drugie to i tak wiele nie odda. Każde ze znanych mi słów znaczy niewystarczająco i nie wyciska ostatniej kropli z obrazów jakie nam się ukazały.
Otaczająca nas przyroda, góry, pola ryżowe, woda, cisza, latające ważki, niewiarygodne to było!!!
Można by tak trwać wieczność. Tak, aby nigdy nie dopłynąć.
Cala droga trwała jakieś 20 minut, może 25.
Kiedy nie ma pory deszczowej łódź ta wpływa do jaskini która jest obok, jest tak niska, że należy się położyć, aby nie zahaczyć o skały. Niestety poziom wody jest zbyt wysoki i wpłynąć nie mamy szans.
Kiedy dopłynęliśmy do brzegu, wysiedliśmy dokładnie w miejscu gdzie rozpoczęliśmy wspinaczkę po schodach - przy dwóch wielkich białych słoniach. Wzięliśmy nasze buty i spacerkiem poszliśmy w stronę skutera.
Spotkaliśmy jeszcze po drodze młodego Francuza, opowiedzieliśmy mu o naszych wrażeniach i przeżyciach ze zwiedzania jaskini, on opowiedział nam o swoich dotychczasowych przygodach w Azji. Pogadaliśmy o Birmie, kolejnych miejscach gdzie się wybieramy a on już był, albo my byliśmy a on jedzie.
Dobra godzina minęła.
W kolejne miejsce gdzie chcieliśmy się dziś udać była Kyaut Ka Latt Pagoda.
Trasa tam prowadząca podobnie jak wszystkie tu była malownicza i kradła nasza uwagę.
Czad!
| na stacji z takim widokiem to można pracować 😉 |
Kiedy dojechaliśmy na miejsce i zaparkowaliśmy szerszenia zauważyliśmy sporo kramów i turystów.
Widać, że miejsce to jest zdecydowanie bardziej popularne niż wcześniejsze które odwiedzaliśmy.
Pagoda ta znajduje się na wodzie, wygląda to oszałamiająco i robi mega wrażenie.
Aby do niej dojść należy przejść przez mostek, natomiast aby na niego wejść pokonać całą zgraje czworonogów.
Jest ich tu zdecydowanie za wiele. Mogą przestraszyć.
Na mostku mijamy zakochane pary robiące sobie zdjęcia, są też rodziny z dziećmi które karmią kaczki.
Aby wejść na teren pagody należy oczywiście zdjąć buty, wstęp jest bezpłatny.
Kiedy wchodzimy na górę po schodach najpierw mijamy mnicha który wiążę nam pomarańczowy sznurek na ręce, wrzucam zatem tysiąc kiatów do stojącej obok skrzynki, idziemy na górę.
Siedział tam mnich, czytając z księgi tekst głośno się modlił.
Podchodzili do niego co chwila pielgrzymi i modlili się także.
Nie chcąc przeszkadzać stanęliśmy kawałek dalej oddając się uniosłej atmosferze.
W zasadzie zwiedzać co tu za bardzo nie ma, ale miejsce warte obejrzenia. Pagoda ta z zewnątrz prezentuje się na prawdę mega. Myślę, że dronem jakby ją zaatakować to widok by jeszcze bardziej zachwycał.
W drodze powrotnej do hostelu zajechaliśmy na nocny market nad jeziorem.
Ja oczywiście pierwsze kroki skierowałam do Pani Samosy, uwielbiam i jak wrócę do Polski będę się szkolić w ich robieniu.
Za sztukę zapłaciłam 150 MMK, chociaż dzień wcześniej policzyła mnie 100. Nie wnikałam, za 6 sztuk zapłaciłam 2,30 zł.
Kupiliśmy też ryż z warzywami i jajkiem, kiełbaski, wieprzowinkę i składany naleśnik z warzywami, coś w stylu roti, chociaż strukturą bardziej kojarzył mi się z ulubionym i najlepszym na świecie dosai.
Część zjedliśmy teraz nad jeziorem, a resztę zabraliśmy na wynos.
Jutro robimy pauzę. Ileż można zwiedzać, czasami trzeba też odpocząć 😊
Poniżej nasza dzisiejsza trasa:


Komentarze
Prześlij komentarz