Świątynia Świtu, straszne muzeum medyczne i food court w centrum handlowym.
Wtorek 3 września,
Zastanawiałam się dziś, czy Bangkok mnie już do siebie przekonał i w dalszym ciągu nie wiem.
Tyle czytałam o tej stolicy, tyle miałam wyobrażeń, a to co chyba najmocniej póki co zwraca moją uwagę, to dość zamknięci w sobie, słabo mówiący po angielsku Tajowie i problem z wege jedzeniem na ulicy.
Tak, moi mili. Życie wegetarianki, czyli moje życie kulinarne na zewnątrz, czyli w miejscu innym niż domowe gotowanie, zawsze było ciężkie i wymagało dużo poszukiwań i dużo cierpliwości.
Natomiast w Bangkoku osiągam szczyty.
Nie wiem, może akurat trafiam w pechowe miejsca, może źle pytam, ale generalnie wesoło nie jest.
Oczywiście możecie udać się do restauracji i tam bez problemu zjeść zapewne wszystko co Wam akurat kubki smakowe szepną, ale budżetowe to nie będzie, a taka forma żywieniowa mnie nie interesuje, no a poza tym street food jest tu serio mega duży, więc po co przepłacać?
Szarpnęliśmy się wczoraj wieczorem na kolację z dwoma Polkami - pamiętacie pisałam o Martynie z Białegostoku, która przyleciała do przyjaciółki? No to właśnie o tych rodaczkach mowa.
Poznaliśmy przy okazji jej towarzyszkę podróży czyli Magdę na co dzień mieszkającą w Hanoi.
Już wiem, że przebywając w Wietnamie mogę podać adres na który będziecie wysyłać mi pokarmy 😉 Tam podobno jeszcze bardziej niż u Tajów słowo wegetarianin nie funkcjonuje.
Ale wracając do kolacji.
Poszliśmy do indyjskiej restauracji, gdzie nie dość, że było drogo - zapłaciliśmy za dwie osoby 310 THB czyli 2,5 razy więcej niż normalnie nas kolacja kosztuje - a jedzenie było serio mocno średnie.
Słabo doprawione, mało ostre, mało aromatyczne, a porcje ... jakby to ująć ... typowo tajskie 😉 Czytajcie małe.
Zatem rozumiecie, dlaczego jedzenie na ulicy jest tak fajne 😀
Dziś postanowiliśmy odwiedzić Wat Arun.
Świątynię, która chyba od początku najbardziej mnie ciekawi.
Postanowiliśmy też zrobić sobie do niej spacer, jest ona po naszej stronie rzeki, a w trakcie chodzenia możemy poznawać i obserwować życie Bangkoku.
Po drodze zaszliśmy do świątyni Wat Phitchaya Yatikaram Worawiharn, trwały w niej akurat modlitwy zatem atmosfera mistycyzmu i powagi była spora.
Jest to miejsce nieturystyczne, zatem oprócz paru miejscowych i mnichów tam mieszkających nie było nikogo.
Obeszliśmy teren podziwiając piękno architektury, weszliśmy po schodach do pagody i wróciliśmy na nasz dzisiejszy szlak.
Generalnie spacerując po mieście świątyń mijamy dziesiątki.
Niektóre są zamknięte, ale do wielu można wejść.
Ważne jest natomiast, aby mieć odpowiedni strój - dlatego ja zawsze mam długie spodnie i koszulkę z rękawem zasłaniającym ramiona plus chustę w plecaku.
Pamiętajcie też, aby zdjąć przed wejściem buty, być cicho, przywitać się i uśmiechnąć, a na pewno nikt nie będzie miał nic przeciw żebyście weszli i pooglądali ich miejsce kultu.
| Wat Phitchaya Yatikaram Worawiharn |
| Wat Phitchaya Yatikaram Worawiharn |
| Wat Phitchaya Yatikaram Worawiharn |
| meczet obok świątyni buddyjskiej - ładnie |
Wat Arun czyli Świątynia Świtu, której pełna nazwa brzmi Wat Arunratchawararam Ratchaworamahavihara nazwę swoją zawdzięcza hiduskiemu bogowi Arunie.
W jej centralnym miejscu znajduje się wysoka na 66 m lub 86 m różnie źródła podają, pranga - czyli wieża w stylu khmerskim - otoczona czterema mniejszymi.
Prangi te zdobią muszle i kawałki porcelany, które wcześniej wykorzystywane były jako balast przez łodzie przybywających z Chin do Bangkoku.
Bilet wstępu kosztuje 50 THB czyli 6,5 zł.
Od pierwszych spojrzeń skradła me serce. Prangi całe w ceramice wyglądają oszałamiająco.
Super! 💗
Niestety, chyba najbardziej kultowe do robienia zdjęć miejsce, na wysokich schodach na tle prangi było zamknięte.
Miejsce to zdecydowanie Wam polecam.
Wstęp jest tani, a architektura i wszelkie zdobienia robią super robotę.
Przebywając w tym miejscu naszła mnie też refleksja z tych turystycznych.
Niestety chyba dochodzimy do czasów, gdzie oprócz broszurki z informacją typowo historyczną o danym miejscu, będzie trzeba zamieszczać informację o zachowaniu się i kulturze.
Odniosłam wrażenie - zresztą nie po raz pierwszy - że wielu turystów, nie chcę tu wymieniać narodowości, aby nie generalizować, ale zdecydowanie tych, których jest zawsze najwięcej 😉 - ma ewidentny problem ze świadomością, że odwiedzają miejsca święte.
Miejsca modlitw, miejsca w których inni składają ofiary czy traktują jak miejsce kultu.
Robienie sobie w nich zdjęć w głupich pozach z minami, hałasując i wygłupiając się jest słabe.
Wat Arun można zwiedzać codziennie od 8:30 do 17:30.
Kiedy wychodziliśmy zaczął padać niewielki deszcz, w zasadzie to miło się zrobiło, bo chwila oddechu i odświeżenia powietrza dobrze robi w panujących tu temperaturach.
Zaszliśmy więc po drodze na lunch.
Ja zjadłam wege Pad Thai czyli smażony w woku makaron ryżowy z jajkiem, tofu, fasolą mung, orzeszkami ziemnymi i przyprawami.
Wersja tradycyjna zamiast tofu ma krewetki.
Słodkie, kwaśne od limonki i ostre od chilli. Super dobre i jak będziecie w Tajlandii obowiązkowo spróbujcie chociaż raz.
Krystian zjadł - podobno przepyszną - zupę z wieprzowiną. Powiedział nawet, że robi ona konkurencję naszemu rosołowi. Wierzę mu na słowo 😊 Za jedzenie nasze zapłaciliśmy 120 THB czyli 15,60.
Kolejnym miejscem, które mieliśmy dziś na liście odwiedzin było oddalone o jakieś 2 km Bangkok Forensic Muzeum czyli Muzeum Medyczne, znajdujące się przy uniwersytecie medycznym i szpitalu Siriraj.
| spotkany po drodze piesio |
| mijana po drodze siłownia |
| przy szpitalu, dokładnie po drugiej stronie ulicy park, gdzie wszyscy ćwiczą i biegają |
Pierwsze co trzeba napisać to gigantyczność całego obiektu.
Kompleks naprawdę robi wrażenie. Pokręciliśmy się chwilę między wielkimi budynkami, studentami, młodymi lekarzami.
Czuliśmy się trochę jak w jakimś filmie czy serialu o tematyce szpitalnej.
Tam jakieś łóżko jedzie, tam karetka, tu pielęgniarki 😀
Droga do budynku w którym znajduje się muzeum jest dość dobrze oznaczona żółtymi strzałkami, zatem powinniście trafić bez problemu.
Po wejściu na pierwsze piętro miła Pani dała nam mapkę i wytłumaczyła - chyba niezbyt dokładnie - gdzie mamy się udać na pierwsze zwiedzanie - bo szukaliśmy tego budynku dobrych kilka minut, aż w końcu miły turysta z Japonii nas zaprowadził.
Następnie trochę się zdziwiliśmy ceną wstępu, bo od głowy było to 300 THB czyli 39 zł, a najgorsze co nas spotkało to informacja o zakazie robienia zdjęć 😞 Jak to tak???
Poniżej jedno z ukrycia - no muuuusiałam Wam cokolwiek pokazać 😉
Ruszyliśmy zatem na zwiedzanie. Przed nami było muzeum patologii, anatomii, parazytologii, kryminalistyki.
Piętro, na którym znajdowały się dwie sale, w budynku kawałek oddalonym od kasy i informacji od razu wbiło nas w ziemię.
Wiedzieliśmy, że są tu szokujące eksponaty, ale nie, że aż tak i jest ich tak dużo!!!
Fragmenty ciał, przekrój ludzkiego ciała kawałek po kawałku, deformacje ciała, syjamskie bliźniaki w różnych konfiguracjach, byliśmy w szoku.
Wszystko to w formalinie czy innym płynie konserwującym.
Wszystkie eksponaty (nie wiem czy to odpowiednie słowo?) były prawdziwe i chyba ten fakt nas właśnie tak bardzo otrzeźwił i zmroził.
Świadomość, że to prawdziwe dzieci, wzbudza w tobie dziwne uczucia.
Najbardziej szokujące dla mnie były ciała rocznych, może dwuletnich dzieci stojące pod oknem, a między nimi podarowane przez odwiedzających zabawki i słodycze.
Normalnie poczułam się jak w horrorze. Do tego puste, wysokie sale dość nadgryzione zębem czasu - można zapętlić swoje myśli.
Nie wiem czy odpowiednim będzie jak napiszę, że mimo wszystko było to fascynujące, a jednocześnie straszne.
Wystawa pokazująca wszystko tak otwarcie, wprost, szczerze. Bez żadnych subtelności.
Chyba wewnętrzna ciekawość, którą każdy z nas w sobie nosi powoduje, że mimo przerażenia i dziwności tego co widzimy interesuje nas to. Chcemy widzieć więcej.
Drugie co mnie bardzo zaciekawiło to nasz mózg. Był pokrojony w plasterki i opisane różne płaty i ośrodki się w nim znajdujące.
Po tej sali przeszliśmy do kolejnego miejsca gdzie poznaliśmy przedmioty i wszystko co związane z ewolucją człowieka na przestrzeni 550 milionów lat.
Tu już było typowo muzealnie, w zasadzie można powiedzieć w stosunku do sali obok - nudnawo.
Wychodząc zahaczyliśmy jeszcze o salę gdzie dawniej studenci, ucząc się anatomii, przeprowadzali sekcje zwłok. Stoły specjalnie do tego przeznaczone, stare umywalki, kafle na ścianach brrr znowu mroźnie.
Kolejne sale do zwiedzania znajdowały się w budynku, gdzie zakupiliśmy bilety.
Aby wejść dalej musieliśmy pozostawić wszystkie nasze rzeczy w szafce i tu także obowiązywał zakaz fotografowania.
Sale te również były targające nasze emocje.
Ponownie ciała dzieci, deformacje wszelkie i to niektóre bardzo mocne, fragmenty narządów.
Był też pokazany i opisany rozwój ludzkiego płodu. Od maleńkich embrionków do dużych już w zasadzie noworodków.
W sali obok znajdowały się zdjęcia ofiar przestępstw.
Okrutne zbrodnie i ich zdjęcia.
Nawet nie chce Wam chyba pisać o narzędziach i w jakich częściach ciała lądowały.
Zdjęcia z wypadków samochodowych, kolejowych, rozerwane ciało od wybuchu granatu, samobójstwa i inne.
Był też dział o tsunami z 2004 roku.
W sali za nią znajdowała się kolejna, gdzie dowiedzieliśmy się sporo o pasożytach i innych brzydkich bakteriach, robalach, insektach. Powiało grozą.
Było to mocno obrzydliwe, raz, że robale prawdziwe - oczywiście już martwe - a dwa, że pokazane choroby i wszystkie skutki uboczne spotkań z nimi.
Powiem Wam szczerze, że chyba najlepiej wydane do tej pory 300 bathów w Tajlandii 😊
Super miejsce i koniecznie je odwiedźcie.
Muzeum czynne od 10:00 do 17:00 z wyjątkiem wtorków, sobót, niedziel i dni ustawowo wolnych.
4 września środa,
Po dwóch dniach zwiedzania, postanowiliśmy, że dziś odpuścimy, a to czym się zajmiemy to znalezienie centrum handlowego z food courtem.
Przypomniało nam się nasze odkrycie w Malezji - Pavilion i stwierdziliśmy, że musimy znaleźć coś podobnego tu.
Najbliżej nas, bo oddalone zaledwie o 2 km znajdowało się ICONSIAM.
Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o ryneczek znajdujący się nieopodal.
Udało mi się tu znaleźć samosy 😊 Inne niż te indyjskie, nie ostre, z kapustą jedne i cukinią drugie. Bardzo wyborne, aż by się chciało więcej. 10 THB sztuka czyli 1,30 zł.
Kupiliśmy też szejka arbuzowego ku uczczeniu pamięci naszego ulubionego soku w czasie poprzedniej wyprawy, zrobiliśmy kółeczko po ryneczku i poszliśmy dalej.
| zakamarki nie zawsze karmią zmysł estetów |
| ryneczek |
| samoski |
| próbowany po drodze tajski energetyk M-150 |
ICONSIAM mimo, że celem naszym był tylko food court, obeszliśmy całe i nam się o dziwo podobało.
To co na pewno zwróciło moją uwagę to estetyka tego miejsca i spójność w kolorach stoisk, sklepów wraz z otoczeniem czyli ścianami, podłogami, lampami i innymi dodatkami. I wodospad obok jednej z restauracji z mieniącymi się wzorami. Czad!
No, ale nie o tym chciałam.
Przyszliśmy tu obadać strefę gastro i się nie zawiedliśmy.
Pierwsze co uderzyło nas to imitacja pływającego marketu! W środku!
Normalnie ten rodzaj handlowania jedzeniem jest tu dość popularny, ale odbywa się na zewnątrz.
W tym wydaniu mamy wodę, a nad nią pełno różnych stoisk z jedzeniem.
Wyglądało to naprawdę super.
Zaraz obok znajdowało się całe piętro z małymi stoiskami oferujące i zupy i ryże, makarony, słodkości, napoje i masaż 😄
O masaż będąc w Tajlandii zapytają Was niezliczoną ilość razy.
Jakby tego było mało to okazało się, że stoiska z jedzeniem są na każdym piętrze!
Zatem było w czym wybierać. O ile jesteś mięsożercą.....
Zatrzymaliśmy się na którymś z pięter, wydaje mi się, że było to czwarte.
Przy wejściu do food courtu w informacji kupiliśmy kartę za 200 bathów, którą zamiast gotówki płaciło się przy każdym ze stoisk.
Wybierać było z czego. I zdecydowanie lepiej niż na dole z pozycjami wege.
Ja skusiłam się na zupę.
Lekko słodka, ostra, z orzeszkami i czymś co nie było tofu, nie było mięsem oczywiście, ale miało za zadanie to imitować i się udało.
Koszt 79 THB czyli 10 zł.
Krystian zamówił zestaw różnych mięs z sosem i ryżem, serwowane z zupką. Koszt jakoś 85 THB czyli 11 zł.
Przy wyjściu wróciliśmy do miejsca, gdzie kartę zakupiliśmy, oddaliśmy ją, a pan Taj nam resztę środków, która tam pozostała.
Ogólnie ceny w porównaniu do tych na ulicy są wyższe o powiedzmy 20 THB, ale macie komfort jedzenia w klimatyzowanym wnętrzu, przy czystym wygodnym stole no i w ogólnie bardziej jadalnych warunkach 😉
A no i dostęp do toalety, dla mnie to jest chyba zawsze najbardziej przekonywujące, aby wejść do food courtu w centrum handlowym.
O centrum tym możecie także obejrzeć odcinek na naszym kanale YT:
| tu można było uczyć się gotować, pani mówiła co robi, a na ekranie u góry były napisy w języku angielskim |
Aplikowaliśmy też dziś o wizy do Birmy.
Na stronie: https://evisa.moip.gov.mm wypełniliśmy wniosek, zapłaciliśmy 50$ od osoby - nie mało😕 - i dwie godziny później mieliśmy już ważne przez 3 msc wizy na 28 dni do Birmy. Szybko i sprawnie.
Początkowo mieliśmy plan iść do ambasady w Bangkoku i tam składać o wizy, ale przeczytaliśmy na stronie ambasady, że koszt jej tam to 1600 bathów, zatem drożej niż online.
W wizie musicie wpisać adres jaki będziecie mieli w Birmie, jeżeli nie wiecie jeszcze, bo nie macie zrobionej rezerwacji wpiszcie po prostu hotel Myanmar, a najwyżej na przejściu granicznym - o ile taka potrzeba zajdzie - pokażecie adres waszego noclegu.
Dziś też przyszła w końcu moja wiza do Wietnamu.
Wnioski o nie złożyliśmy jeszcze w Polsce. Na tej stronie: https://evisa.xuatnhapcanh.gov.vn/en_US/web/guest/khai-thi-thuc-dien-tu/cap-thi-thuc-dien-tu
Krystiana zgodnie z informacją na stronie przyszła po 3 dniach, a ja dostałam odmowę z powodu błędu w dacie urodzenia.
Na szczęście można było poprawić ten błąd i bez kolejnych 26 dolców (25$ sama wiza, dolca zjadło za płatność) przesłać wszystko od nowa.
Jak nie planujecie w trakcie pobytu w Wietnamie go opuszczać e-visa jest najlepszym i najszybszym sposobem na jej uzyskanie. W przeciwnym razie najlepiej starać się o wizę wielokrotnego wjazdu i promesę wizową.
We wniosku należy też podać którymi przejściami granicznymi będziecie wchodzić do Wietnamu oraz go opuszczać.
Są do wyboru zarówno powietrzne jak i lądowe.
Zatem pozostaje nam jeszcze tylko wiza do Kambodży oraz Laosu.
Mieliśmy je wyrabiać na granicy, ale dużo czytaliśmy o naciąganiu przez celników turystów, od których wołają o dolara, dwa czy pięć więcej niż wiza kosztuje.
Aby uniknąć słownych konfliktów myślę, że wyrobimy je podobną drogą jak dwie powyższe.

Pani Kasiu,
OdpowiedzUsuńpisze Pani tak pięknie, że zapiera dech :)
Rzadko nos wyściubiam ze Słupska, ale jak czytam Pani opisy, to czuję zapachy, smaki, widzę to co Pani widzi.
Nie myśli Pani o napisaniu książki?
Życzę mega wrażeń (oczywiście pozytywnych) i bezpiecznego pobytu.
I czekam na więcej. Ściskam gorąco.
Grażyna K.
Dziękuje Pani Grażynko :* Bardzo mi miło.
UsuńSerdecznie pozdrawiam i ściskam również.