Maraton w Bangkoku






Piątek 6 września,

Ale wczoraj lało!!! 
Mieliśmy nosa, żeby zostać w domu i zająć się blogowaniem, odpoczywaniem i planowaniem dalszych kroków. 
Pora deszczowa w Azji to nie żarty.
Deszcz, który znamy z Polski to deszczyczek, albo bejbi deszczyk, tu jak lunie, to jest ściana deszczu, zasłaniająca widoczność na kilka metrów i mająca taką siłę, że lepiej nie znajdować się w tym czasie na zewnątrz.  


Dziś wyszło słonko i wygląda naprawdę obiecująco, zatem ruszamy w trasę.


Miejsce gdzie w pierwszej kolejności chcieliśmy się dostać to Park Lumpini.

Sprawdziliśmy na google mapach skąd odjeżdża autobus, jaki ma numer i udaliśmy się tam zaraz po śniadaniu. 
Przystanek znajdował się zaraz obok znanego nam już centrum handlowego ICONSIAM.
Było tam dość ruchliwie i tłoczno, brak rozkładu jazdy, brak oznaczeń jakie numery stąd jadą, zatem miły Chińczyk pomógł nam rozszyfrować, w który autobus powinniśmy wsiąść aby dotrzeć do celu. 
Czekaliśmy dobre 40 minut - jak nie dużej - a autobusu jak nie było, tak nie było. 
Straciliśmy jakąkolwiek nadzieję i ruszyliśmy na przystań, skąd piechotą - podziwiając inne, niż do tej pory mieliśmy okazję poznać miasto - w stronę parku.

Bangkok z tej strony rzeki wyglądał zupełnie inaczej.

Pokazał zupełnie inną twarz.
Nowoczesną, z wysokimi wieżowcami, wielopasmowymi ulicami, butikami, centrami handlowymi tak ogromnymi, że nie sądziłam, że można takie zbudować i torami kolejki miejskiej przejeżdżającej nad naszymi głowami. 
Do tego ruch pieszy i uliczny intensywnością zdecydowanie odbiegający od tego, który znamy z otoczenia naszej ulicy. 
Kontrast ogromny. 


















Lumpini Park mieści się pomiędzy tym wszystkim. 

Wchodzimy do niego i jak za dotknięciem różdżki czujemy się jakby nas przeniosło do innego wymiaru. 


Cisza i spokój. Zieleń i świeżość powietrza. 

Super! 
Do tego mijający nas biegacze, rowerzyści, ćwiczący gimnastykę i ogólnie dbający o zdrowie fizyczne Tajowie.
Zauważyliśmy to w sumie na samym początku już, że popularne są tu wszelkie formy aktywności, dużo Tajów biega, ćwiczy w siłowniach - które są tu prawie wszędzie.  


Z drugiej strony ogrodnicy strzyżący krzaczki i przycinający trawę. 


Pośrodku woda i największa atrakcja tego miejsca czyli warany! 

Tak, jest ich tu naprawdę sporo. 
Pływają, lenią się na brzegu, obserwują, a kiedy chcesz się zbliżyć aby zrobić zdjęcie obracają się na tylnej łapie i powolnym krokiem odchodzą. 
Do tego żółwie, ptaki i wiewiórki. 
Można by tu spędzić cały dzień wylegując się na kocu w cieniu, z koszem przekąsek i dobrą książką. 

Park obeszliśmy z każdej strony i poszliśmy dalej.















Filmik z waranami na naszym kanale na YT znajdziecie TU.

Mijając piękne budynki, ambasadę USA, wielkie hotele, targi uliczne, ulicznych grajków, mosty i niezliczoną ilość przejść dla pieszych - przez które przedostanie się na drugą stronę może być wyczynem - doszliśmy do zabytkowego kina wybudowanego w 1969 roku - Scala

Kina wyglądem przypominające kino amerykańskie. Super fajowo się prezentowało. 

Drewniane poręcze schodów, wielki żyrandol, w wielkich ramkach plakaty, złote łuki na suficie, a całe wnętrze zaprojektowane w stylu art deco.
A i Pan sprawdzający bilety elegancko ubrany 💗  
Na zewnątrz nad wejściem, na białej tablicy czarnymi drukowanymi literami napisane jaki film aktualnie jest wyświetlany. 

Klimacik.











a na przeciwko kina taki kwiatek 

Dalej na naszej drodze był w planach główny dworzec kolejowy - Hua Lamphong.

Już z daleka było go widać. 

Piękny budynek w stylu neorenesansowym i mega klimatycznymi peronami w środku. 
Otwarty w 1916 roku po 6 latach budowy. 

Zaraz po wejściu naszą uwagę zwróciła dość spora policyjna budka, z kilkudziesięcioma ekranami pokazującymi każdy zakamarek dworca. 
Było też  wydzielone miejsce tylko dla mniszków, oraz pomieszczenia z masażem - jakżeby inaczej 😉
Sufity w kształcie łuku , witraże, zadbane i przyozdobione zielenią szerokie perony, których jest aż 14  i klimatyczne kasy biletowe na nich. 

Co prawda wydaje mi się, że nie kupimy tam już biletów, bo kasy wszystkie z długimi kolejkami znajdowały się w holu zaraz po wejściu na stację.

Pokręciliśmy się chwilę, zajrzeliśmy do food courtu  - a jakże - i poszliśmy dalej. Przed powrotem do domu zahaczyliśmy jeszcze o naszą już chyba stałą jadłodajnię - Yaowarat. 


gra w klasy w przejściu podziemnym














Świątynia Złotego Buddy










Tu muszę nas pochwalić, że tego dnia zrobiliśmy 22 km pieszo i czuliśmy się z tym super! 

A! I bym zapomniała, mega sprawa w Tajlandii jest z dyspenserami do wody. 
Woda w sklepie kosztuje średnio 14-16 THB czyli 1,8-2,00 zł. 
W takiej maszynie, których jest tu na prawdę sporo wszędzie napełnicie butelkę 1,5l za uwaga! 1 batha, czyli 0,13gr!!!
Po pierwsze ekologia. Nie wyrzucamy butelek, tylko je napełniamy, po drugie ekonomia no i dostęp dla każdego do czystej pitnej wody za grosze.

Świecie cały bierz przykład.    





sobota 7 września,

Na Chatuchak czyli weekendowy wielki market teoretycznie wybieramy się jak będziemy z Azji wracać już do Polski czyli w styczniu, ale zdaliśmy sobie sprawę, że dzień naszego wylotu to piątek, zatem musielibyśmy wrócić do Bangkoku tydzień wcześniej, aby się to udało. 

Na wszelki wypadek odwiedziliśmy ten gigantyczny manhatan, rynek, targ, market uliczny teraz. 
Znajduje się na nim podobno 10 tysięcy stoisk! 
I o ile wydawało nam się to niemożliwe, to kiedy tam przybyliśmy i zobaczyliśmy na własne oczy okazało się to prawdopodobne. 

Aby dostać się na Chatuchak postanowiliśmy dać drugą szansę komunikacji miejskiej w postaci autobusu. 
Dzień wcześniej nie wyszła nam do końca znajomość z tym środkiem transportu, ale nie poddajemy się.

W pierwszej kolejności przeprawa łodzią 8 km dalej na drugą stronę rzeki do stacji Kiak Kai.
Bilet taki kosztował nas 15 THB od głowy. Czyli 1,95 zł.   

Następnie kawałek piechotką - mijaliśmy przy okazji wielką budowę nowego parlamentu - i byliśmy na przystanku autobusowym.
Tu autobus nr 3 - tym razem zgodnie z planem - podjechał, a miła pani konduktor skasowała nas 16 THB za dwie osoby.
Autobus wyglądem przypominał ten na Sri Lance, ale miał drewnianą podłogę! Normalnie czad!



Trochę nami pobujało w prawo, potem gwałtowne hamowanie, parę skrętów i podjechaliśmy pod nasz dzisiejszy cel eksploracji.  
No tego się chyba nie spodziewałam 😀 
Dobrze, że przy wejściu rozdają mapki, bo poruszanie się po tym kompleksie mogłoby być kłopotliwe. 
Generalnie jestem w stanie założyć się o wszystko, że nie ma na świecie człowieka który obszedł ten teren cały w ciągu jednego dnia! 
Nie uwierzę. 

Co znajdziecie na Chatuchak? 
Wszystko 😂 

Ubrania i to różniaste. Te eleganckie dla panów i pań. Typowe letnie stroje, przewiewne, sukienki,  spodnie, i dziecięce od tych ledwo urodzonych po tych już do szkoły idących.
Buty, torebki, bieliznę i wszystko co akurat do szafy swojej zapragniecie. 


Wyposażenie domu.  

Od mebli - w tym fontannę, którą można zainstalować przed domem w ogrodzie, po krzesła, stoły, obrazy - jest tu cały dział artystyczny z obrazami, rzeźbą i innym rękodziełem.
Lampy, wyposażenie kuchni, narzędzia, kubki, zastawa i wszystko co się stłukło i kupić nowe należy. 


Kosmetyki, instrumenty, kwiaty, książki, pościel i zapewne wszystko to, co pominęłam też.


No i dział jedzenie 😍
Stoiska z napojami, świeżymi sokami, spring rollsami, kurczakami, makaronem, ryżem, zupami, sałatkami i najlepszym co jedliśmy czyli lodami kokosowymi 💗
Będąc w Tajlandii koniecznie spróbujcie. Wygrywają wszystko!  
Można zjeść same, a można posypać je stojącymi obok w słoiczkach dodatkami: fasolą, kukurydzą, galaretką, słodkim ziemniakiem lub ryżem. 
Spędziliśmy tam znaczną część dnia co chwila odkrywając nowe zakamarki i nowe zakręty. 

Jak będziecie się wybierać na ten gigantyczny market, zadbajcie o nakrycie głowy, wygodne buty, dużo wody i cierpliwość. 
Miejsce to podobno odwiedza dziennie 200 tysięcy osób i patrząc na tłumy, jestem w stanie w to uwierzyć.  
Zabezpieczcie się też w gotówkę, mało na którym stoisku można płacić kartą.
Jeździ tu też melex taki dość spory i za darmo wozi zmęczonych turystów do bramy wejściowej.  

Chatuchack otwarty jest :

Piątki 19:00-05:00

Sobota i niedziela 05:00 - 21:00
Dojechać tutaj możecie: 

Do bramy nr 3 autobusami publicznymi nr: 
3,8,26,28,29,34,38,39,44,52,59,63,77,104,108,136.

Do bramy nr 1, autobusy nr: 
26,77,96,104,134,145,157,136

BTS Skytrain, czyli nadziemna kolej miejska do stacji Mo Chit Station, wyjście 1. 

MRT Subway, metro do stacji Kamphaeng Phet Station, wyjście 2.  


























Obok Chatuchack znajduje się też dość spory park - to od niego własnie nazwę dostał ten weekendowy market - niestety tylko go mijaliśmy, bez bliższego zapoznania, ale jak uda nam się tam wrócić park ten też obadamy. 

Natomiast to co interesowało nas niedaleko Chatuchack, to stacja autobusowa Mo Chit Bus Station, z której jak się okazało powinniśmy wyruszać do Mae Sot, skąd mamy tylko 4 km do granicy z Birmą. 

Stacja autobusowa n
aprawdę spora. 
Kilkadziesiąt kas, a jeszcze więcej stanowisk, z których co chwila odjeżdżał w inną stronę świata wielki piętrowy autobus. 

Początkowo Pani - jakby ją tu nazwać - kierująca niepewnymi i niezdecydowanymi co do kierunku poruszania się w tym miejscu osobami, pokierowała nas do kas gdzie mogliśmy zakupić bilety do Mae Sot. 
Ceny biletów nas trochę zszokowały. 

Autobusy VIP w cenie 600-800 bathów. Hm.... niemożliwe żeby nie było transportu którym poruszają się lokalni mieszkańcy.
600 THB to 78 zł. Dużo. Dla nas zdecydowanie za dużo.  


Wpadliśmy na pomysł, że podejdziemy do informacji i tam zapytamy o najtańsze możliwości dostania się do granicy. 

Połączenie jakie nas interesowało, to opcja nocna, najlepiej jak najpóźniejsza - raz, że tego dnia wracamy z Kanchanaburi, a dwa, że nie chcemy dojechać na miejsce kiedy jest jeszcze ciemno. 

Miły pan Taj mówiący po angielsku wystarczająco, aby nam pomóc, powiedział, że jest autobus najtańszy II klasy, ostatni odjeżdża o 22:00 i kosztuje 315 bahtów od osoby czyli 40,95 zł.
Do Mae Sot jedzie 8 h. 


Idealnie! 


Wcześniejsze busy wieczorne odjeżdżały o 19:15 i 20:50. 

Udaliśmy się od razu do wskazanej przez pana Taja kasy - nr 25 - i zakupiliśmy bilety na 12 września na 22:00. 


Pełni radości, że załatwiliśmy dość istotną sprawę z transportem do Birmy, udaliśmy się w stronę przystanku autobusowego, który zawieźć nas miał niedaleko przystani, na której wysiadaliśmy rano. 


Po drodze mijaliśmy centrum handlowe, które lata świetności ma już zdecydowanie za sobą. Natomiast to, co zwróciło naszą uwagę, to odbywający się w koło niego pchli targ. 

Ogromna ilość staroci, tak pięknych, płyt, mebli, zbiory monet, książek, posążków. Cuda!


Po jakiś 30 minutach zorientowaliśmy się, że chyba idziemy w złą stronę.... 
Zajęci rozmową i oglądaniem tego co po prawej i po lewej, nie zorientowaliśmy się, że źle skręciliśmy. 
Nie było innej opcji jak tylko zawrócić i ponownie tą samą drogą iść do właściwego zakrętu. 

Kiedy w końcu dotarliśmy na przystanek, autobus nasz akurat podjechał - co za ulga. 
Wsiedliśmy zadowoleni ponownie w numer 3 i jechaliśmy przed siebie. 

W zasadzie to nie do końca wiemy jak to się stało, że wysiedliśmy za wcześnie i to nawet nie trochę za wcześniej, ale bardzo mocno za wcześnie.


Do przystani było jeszcze jakieś 5 km. 

Na dworze było już ciemno i zaczęliśmy mieć obawy, czy aby łódki na naszą dzielnicę jeszcze będą pływały.
Jakby nie było to kawał drogi.
Od naszego tymczasowego domu, na Chatuchack jest 15 km!


Postanowiliśmy, że idziemy piechotą. Może być to szybsza opcja niż czekanie na kolejny autobus.  


Kiedy w końcu dotarliśmy do przystani było tam ciemno, pusto, nikogo.
Tylko parę osób z budowy obok odpoczywało leżąc na ławkach. 


Na zegarku była 19.00


Poczekaliśmy do 20.00, łódka nie przypłynęła.  


Wróciliśmy zatem na przystanek będący po drugiej stronie tego, z którego jechaliśmy na market i łapaliśmy autobus, który by nas zawiózł przynajmniej trochę w dół. 

I wiecie co, żaden autobus nie przyjeżdżał 😂 
Niewiarygodne, aby w mieście takim jak Bangkok, po 20:00 był problem z miejską komunikacją.  
Po kolejnych 40 minutach, może nawet więcej, podjechał autobus do którego wsiedliśmy, aby dojechać gdziekolwiek.   

Okazało się, że jedzie on na Khao San Road. 

Nawet dobrze, bo mieliśmy w planach to miejsce, nawet dziś o tym myśleliśmy, ale Chatuchack nas tak wymęczył, że ostatnie czego nam było trzeba, to głośna imprezowa ulica.
Ale widocznie tak miało być. 
Kiedy wysiedliśmy przy tej ulicy zrozumieliśmy, że część miasta w której byliśmy jeszcze jakieś 20 minut temu to śpiący Bangkok - życie całe toczyło się tu. 
Głośno, kolorowo od świateł, zachodnia muzyka, wodospad alkoholu, tańce, owady na patykach w tym pająki i skorpiony, dziewczyny i co centymetr ktoś nagabujący, aby wejść do tego lokalu, a nie innego.

Olaboga, ale się tam działo.





Przeszliśmy do końca ulicy, zawróciliśmy i zgodnie z mapą kierowaliśmy się w stronę domu.

Ulice Bangkoku po 21:00 wyglądają zupełnie inaczej. 
Śpiące uliczki, cichutkie, posprzątane czekające na kolejny dzień, aby rozstawić woki i stoiska z przekąskami, zaraz nieopodal parę budek jeszcze czynnych, a w koło nich lokalni mieszkańcy jedzący zupę i głośno komentujący mijający już dzień.
 

W jednym z takim miejsc usiedliśmy na kolację, w końcu po tylu kilometrach nasze brzuchy były spragnione.  
Niestety wege nie było nic, ale chociaż połowa z nas naładowała baterię. 

Poszliśmy dalej.  

Tam karaluch, tu szczur przebiegł drogę i niespodziewanie zza rogu wychodzimy na targ kwiatów, no tego się nie spodziewałam.
O 22:00 handel kwitł w najlepsze. 

Przeszliśmy przez most i byliśmy na naszej dzielni. 

Rekord z wczoraj pobity - 26 km 😀


Powiecie: było trzeba wziąć taksówkę czy tuk tuka, no tak tak. 

Taka opcja jest zawsze możliwa i to jest fajne będąc w tak dużym mieście, że w ostateczności taksówka zawsze się znajdzie, ale przygoda i poznanie Bangkoku od innej nieco strony to jest to!

Kto wie, kiedy będę miała szansę zgubić się w Bangkoku kolejny raz 😉

Tak zazdrościłam koledze przebiegnięcia maratonu, więc ja go przeszłam..... w dwa dni, ale mi się udało 😄





Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Sa Pa miasteczko w górach niedaleko granicy z Chinami

Jedziemy do Chin!

Świątynia Świtu, straszne muzeum medyczne i food court w centrum handlowym.