Pociągiem z Bangkoku do Kanchanaburi. Podsumowanie 7 dni w stolicy Tajlandii.
Poniedziałek 9 września,
Opuszczamy dziś Bangkok.
Zaryzykuję stwierdzeniem, że się cieszę.
Spędziliśmy tu 7 pełnych dni i na razie wystarczy.
Chyba nie znaleźliśmy ze sobą wspólnej energii.
Owszem dużo do zobaczenia jeszcze nam zostało i mamy nadzieję, że uda się to zrobić kiedy wrócimy tu w styczniu.
Miasto to jest naprawdę ogromne i nie sposób w tak krótkim czasie być wszędzie i wszystkiego doznać.
Lubimy też zwiedzając być. To znaczy nie odhaczać i biec dalej, ale poczuć, poobserwować i chociaż na chwilę zatracić się w klimacie danego miejsca.
Jedziemy dziś do Kanchanaburi. To jest na zachód od Bangkoku jakieś 120 km.
Pociąg odjeżdża ze stacji Thanburi i kosztuje nas 100 THB za głowę, czyli 13 zł.
Spędzimy tam 3 dni, a następnie wracamy tu z powrotem, aby udać się na północny dworzec autobusowy i odjechać w stronę Myanmar.
Moje wewnętrzne istnienie podpowiada mi, że to będzie moje miejsce.
A co mogę powiedzieć o Bangkoku po tym czasie?
Na pewno jest wielki i warty zostania tu na dłuższy czas.
Jest mocno wielowarstwowy i wielowymiarowy.
Zmienny i kontrastowy.
Z jednej strony mijamy małe, wąskie uliczki z niską zabudową i piękną zielenią.
Widać tu codzienne życie, mieszkania pełniące funkcję zakładu pracy - restauracja, sklep spożywczy, kosmetyczka, fryzjer, mechanik, drukarnia - wraz z salonem, sypialnią i pokojem dziecięcym w jednym.
Obok w wielkim woku gotuje się zupa i smaży mięso. W koło biegają dzieci, leniwie ziewa kot, a starsze osoby popijają zimne napoje. Czas stanął w miejscu. Pięknie 💗
Idąc dalej przenosimy się w samo centrum dzielnicy chińskiej w jej najruchliwszym wydaniu. Światła, neony, chińskie hotele, jedzenie. Dosłownie witamy w Hongkongu!
Dzielnice dalej mijamy wielkie wieżowce, centra biznesowe i galerie handlowe.
Wszystko jest nowoczesne i ogromne. Ruch uliczny jest tu zdecydowanie większy i bardziej głośny. Nad głowami jeździ nam kolejka miejska, a po ulicy śmigają elektryczne hulajnogi.
To co na pewno jest fajne w tym mieście to parki, których w centrum miasta nie brakuje i można tu poczuć się naprawdę jak nie w mieście.
Cisza, spokój, zielono i jakby inne powietrze.
Wspomnieć należy też o waranach, które towarzyszą w tych miejscach nam na każdym rogu.
Rzuca się tu też w oczy spora aktywność fizyczna Tajów.
Biegają, jeżdżą na rowerach. Bez względu na wiek.
Bangkok to także piękne świątynie, których jest tu niezliczona ilość.
Budowane w zupełnie innym stylu niż te które widzieliśmy do tej pory w Malezji, Singapurze czy na Sri Lance.
No i street food. Zdecydowana wisienka na torcie.
To nawet nie jest kwestia dzielnicy czy ulicy.
Uliczne jedzenie jest tu wszędzie. Dosłownie wszędzie. Za każdym rogiem, na każdym rogu, w każdej uliczce, zakamarku, wielkiej głównej ulicy, przy dworcu, domu, w galerii handlowej, przejściu podziemnym - WSZĘDZIE!!!
I tu pewnie każdy czytający myśli, ale super! Owszem, jeżeli nie jesteś wegetarianinem lub wegetarianką 😄
Niestety Tajowie nie mają w kulturze i krwi dań bezmięsnych, zatem znalezienie czegoś budżetowego na ulicy do łatwych nie należy.
O ile mięsożerca zje i to podobno bardzo smacznie: zupę, makaron, ryż z różnymi odmianami mięs i zwierząt morza już nawet za 30 THB, a 50-60 THB to norma czyli jakieś 5,50-6 zł.
O tyle wege persona może liczyć co najwyżej na ryż i warzywa z jajkiem, i to po uprzednim zrobieniu paru kilometrów.
Bangkok słynie też z ulic pełnych imprez i nocnych klubów w których można się zabawić w stylu "co wydarzyło się w Bangkoku, zostaje w Bangkoku".
Nie byliśmy na takiej zabawie, ale spacer ulicami sobie zrobiliśmy. Oj dzieje się 😊
Głośno, hucznie, ilość bodźców atakujących z każdej strony nieproporcjonalna do ich odbioru. Mózg szaleje. Za dużo.
Ale oczywiście jeżeli macie ochotę na noc pełną wrażeń nie będziecie się nudzić.
Transport z którego tu korzystaliśmy był łatwy w obsłudze i na komunikację międzyludzką też narzekać nie można.
Metro, łódki, autobusy jeżdżą wszędzie i to dość często. Nie wiemy jak wygląda to w godzinach nocnych, bo w nocy to my śpimy 😉
Taxi i tuk tuk zawsze i o każdej porze dostępne od ręki.
Punktualnie 13.55 ruszył nasz pociąg. Trzy dzwonki, a w zasadzie to dzwony dobiegły do naszych uszu z peronu i zaczęliśmy pomału ruszać do przodu.
Niestety obrzeża Bangkoku nie wywołały uśmiechu, a przeciwnie.
Slumsy tonące w śmieciach. Wielkie wysypiska, a pomiędzy nimi domy, zwierzęta, dzieci.
Niedługo później zaczęło padać.
Gęsta i bujna zieleń połączona z zapachem deszczu robiła tą podróż przyjemną i miłą.
Mijane wysokie trawy - trzcina cukrowa, uprawy lotosu, palmy i wodne akweny karmiły nasz zmysł wzroku.
Drewniany wagon pociągu pomalowany na żółto powoli sunął do przodu mijając małe, zadbane, pełne kwiatów i zieleni śliczne stacyjki po drodze.
A my obserwowaliśmy co dzieje się za oknem.
Uwagę naszą zwróciły bociany, które po zaciągnięciu wiedzy z Googla okazały się być kleszczakiem azjatyckim.
Co za rozczarowanie. Ale były niewiarygodnie podobne.
2 godziny 35 minut tyle zajęło naszej strzale dociuchcianie do Kanchanaburi.
| stacja w Bangkoku |
| wpis ten powstał dokładnie tu |
| dworcowe jedzenie |
Filmik z jazdy pociągiem TU
Miejsce gdzie zostajemy na kolejne trzy noce nazywa się
Sorn Waree Apartment.
Z dworca kolejowego doszliśmy tu piechotą w jakieś 15 minut.
Za trzy noce za dwie osoby zapłaciliśmy 1350 THB czyli 175 złotych - 58,30 za noc.
Przyjął nas młody Taj, średnio komunikatywny, ale bez problemu udało nam się dogadać i dostać klucze do pokoju.
W pokoju mamy łazienkę, klimatyzację, lodówkę i czajnik.
Bardzo przyjemnie. Tym bardziej, że pokój jest dość spory i ma szafę - można wygodnie się rozpakować.
Jedyny mankament to, że pokój mógłby być lepiej posprzątany - kurz widać, że zalega tu od paru dni.
| Krystian szuka robaków za szafą |
Do muzeum kolei birmańskiej, cmentarza alianckiego mamy jakieś 15 minut, do mostu na rzece Kwai około 30 minut.
Blisko jest dworzec autobusowy 5 minut piechotą, a zaraz obok niego wieczorny market z jedzeniem.
I tam też po odświeżeniu udaliśmy się, aby dokonać pierwszego kontaktu z Kanchanaburi.
Zaskoczenie na plus.
Jest taniej niż w Bangkoku, a kolacji dla siebie nie musiałam szukać paru godzin, a parę minut.
Ludzie też inni. Bardziej otwarci, uśmiechnięci, kontaktowi.
Już mi się podoba.
| zupa z kaczki |
| makaron wege |
| bananowe roti |
Komentarze
Prześlij komentarz