Sa Pa miasteczko w górach niedaleko granicy z Chinami
8 października, wtorek Po 3 nad ranem obudziła mnie burza i straszna ulewa. Te azjatyckie brzmią jakby zbliżał się koniec świata. Jakby wszystkie kurki z wodą w niebie zostały odkręcone, a woda lała się bez opamiętania. Do czasu wiolonczeli, czyli 4:45 mało co już spałam. Punktualnie o 6:00 wyszliśmy z domu. Niestety nie udało nam się dobudzić naszej gospodyni, zatem bez pożegnania opuściliśmy nasz tymczasowy dom. Mam nadzieję, że mama Thai nie będzie zawiedziona. Wczoraj wykupiliśmy u niej kolejne dwa noclegi między 12 a 14 października, kiedy to wrócimy do Hanoi zagłosować. Zostawiamy tu też jeden plecak i większość rzeczy. W deszczu między skuterami szliśmy pod biuro podróży w którym dwa dni temu za 900 tysięcy dongów kupiliśmy bilety do Sa Py i z powrotem. Najlepsza cena jaką udało nam się dostać. W innych miejscach proponowano ponad milion. Biuro zamknięte. Czekamy. Ulice już żyją i jakby zegarek nie miał tu żadnego znaczenia...