Dwadzieścia kilometrów ulicami Hanoi.

 




6 października, niedziela 


Po wczorajszym intensywnym dniu, dzisiejszy zapowiada się niewiele lżej. 

Dostaliśmy wczoraj wiadomość od Gosi z Majorki - pozdrawiamy!!!! - że nie możemy odpuścić w Hanoi egg coffee, zatem wychodząc na dalszą eksplorację miasta pytamy mamę Thai, gdzie najlepszej się napijemy. Pada adres i nazwa knajpy - ok, zatem punkt pierwszy dzisiejszego dnia już jest! 

Cafe Giang 39 Nguyễn Hữu Huân, Lý Thái Tổ, Hoàn Kiếm, Hà Nội, Wietnam    

Kawa z jajkiem.. nie brzmi to przekonywująco i jakoś kompletnie nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić, wręcz ogarnia mnie lekki lęk o bezpieczeństwo żywieniowe oraz smakowe tego produktu. 

Kawiarnia ta egg coffee serwuje od 1946 roku i podobno robi to najlepiej w całym Hanoi! Wszystko to za sprawą Mr Nguyen Giang, który kawę jajeczną wymyślił i do dziś jest ona robiona dokładnie w taki sam sposób. 
Kiedy dochodzimy do ulicy Nguyen Huu Huan dostrzegamy neon i ku naszemu zdziwieniu wąskie wejście nie wyglądające zbyt zachęcająco. Pełni ciekawości i niezniechęceni nieatrakcyjnym początkiem wchodzimy! 
W środku gwar, wszystkie małe drewniane krzesełka zajęte, a ludzi w środku tyle, że ciężko szpilkę wcisnąć. Dostrzegamy schody na piętro, na którym pod samą ścianą na końcu wpada nam w oko wolny w rogu stoliczek dla lalek. Przeciskamy się między tymi mikro mebelkami, turystami i siadamy w oczekiwaniu na kelnera. 
Dosłownie po chwili z daleka już uśmiecha się do nas młody Wietnamczyk, z lejącym się po czole potem podaje nam menu i z dumą poleca egg coffee. Zamawiamy na próbę, a jako pewniaka czarną z mlekiem skondensowanym. 
Kawa okazuje się być strzałem w dziesiątkę. Niesamowicie kremowa, słodka, miks kogla mogla z kawą! Wypijamy oblizując się ze smakiem i schodzimy na dół, aby uregulować rachunek.
Zapłatę przyjmuje od nas nie nikt inny, a sam Pan Giang. Dziękujemy kłaniając się i ruszamy na polowanie biletów do Sa Py. 

wejście do kawiarni 

menu - 25 tyś VND = 4,20 zł 


po prawej nasza gwiazda



Na Old Quarter miejsc, gdzie możecie zakupić bilety do wszystkich miejsc w kraju jest ogrom! Biuro na biurze. Małe, duże, klitki, nowoczesne, obskurne można przebierać.
Wchodzimy do mijanych biur i pytamy o ceny. Zaczynają się od 600 tysięcy dongów za osobę w dwie strony. Trochę dużo, wychodzi 200 zł za dwie osoby. Przy końcu ulicy nieopodal ruchliwej jezdni na której wysiadaliśmy, kiedy do Hanoi przylecieliśmy wchodzimy do małego niepozornego biura i pytamy o cenę. Początkowo pada 550 tysięcy za osobę w dwie strony,  ale kiedy wychodzimy dziewczyna o super długich paznokciach krzyczy, że 450 000. Brzmi przy tym dość desperacko. Zachęca, abyśmy usiedli i zaczyna nam wszystko pokazywać. Jak wygląda w środku autobus, ile czasu jedzie. Zgadzamy się. Po chwili zauważmy kręcącą się w koło niej małą dziewczynkę. 
Kupujemy bilety na pojutrze. Płacimy 900 tysięcy dongów czyli 150 zł. Mamy czekać pod biurem o 6:30 rano. Planowany wyjazd jest o 7:00, a o 13:00 jesteśmy w Sa Pie.

Jest jeszcze opcja nocna, wyjazd z Hanoi o 22:00, ale na miejscu będziemy o 4:00. Przez moment zastanawialiśmy się nad tą opcją - kiedy jeździcie na niskim budżecie transport nocny pozwala Wam zaoszczędzić na noclegu, ale niestety mamy obawy, że o 4:00 może być kłopotliwie zameldować się w hotelu, którego notabene jeszcze nawet nie zarezerwowaliśmy.
Odbieramy nasz bilet, dziewczyna każe nam też zrobić jego zdjęcie telefonem, na wypadek jak się zawieruszy. Dowód fotograficzny wystarczy, aby wpuścić nas na pokład autobusu.  

W dalszych planach mamy odwiedzenie dworca kolejowego. Lubimy dworce i żadnemu nie odpuszczamy. 


Docieramy najpierw do parku Dien Hong przy którym znajduje się kolonialny Sofitel Legend Metropol Hotel. Wrażenie jakie na nas robi jest ogromne! Stojące przed nim auta, restauracja, kelnerzy i wychodzący goście świadczą, że nie jest to po prostu hotel. Jest to miejsce legendarne z bogatą historią i tradycją. Hotel ten przyjmował wybitnych gości: podróżników, ambasadorów, głowy państw, pisarzy, artystów, aktorów i wszystkich których znamy z pierwszych stron gazet.  
W tym Charliego Chaplina, który spędził tu miesiąc miodowy czy Grahama Greena, a apartamenty, w których mieszkali można dziś wynająć.   
Hotel liczy sobie 364 pokoje, 3 bary, salę fitness z jacuzzi, sauną, rajskie spa i dwa baseny. 
Znajduje się tu też podobno najlepsza restauracjia w całym Hanoi Le Beaulieu serwująca najprawdziwsze dania kuchni francuskiej. A także restauracje z kuchnią wietnamską i włoską.
Cena za dobę od 150 $ do nawet 1000$!!! Ale kto nie chciałby się cofnąć w czasie i w kolonialnym klimacie spędzić chociażby jedną noc?   
Siadamy obok w parku i przyglądamy się ukradkiem temu super ekskluzywnemu, ponad stuletniemu budynkowi, który jeżeli umiałby mówić, z pewnością opowiedziałby niewiarygodne historie. 

Park Dien Hong 


Sofitel Legend Metropol Hotel - zdjęcie z booking.com 

Następnie dochodzimy do placu Rewolucji Sierpniowej, przy którym znajduje się przepiękna, wybudowana w stylu neoklasycznym opera. Powstawała między 1901 a 1911 rokiem nie pozwala oderwać od siebie wzroku. Jest piękna! Myślę, że w środku zachwyca nie mniej, a jakby można było jeszcze wziąć udział w koncercie....  zaraz za nią dostrzegamy Hilton Opera Hotel, 5-gwiazdkowy między palmami, wygląda super luksusowo. Zresztą cała okolica ocieka monetami. Naprzeciw opery nachalnie rzucają nam się w oczy szyldy Prady, a restauracje w koło wyglądają jak wycięte z najdroższych ulic europejskich czy amerykańskich miast. 

opera




Trang Tien

Skręcamy w Trang Tien. Kolonialne budynki, a w nich knajpki i galerie sztuki wyglądają jak ulice we Francji. Mimo, że nigdy nie odwiedziłam kraju nad Sekwaną, dokładnie tak go sobie wyobrażam. Pięknie, a do tego zielono! 

Będąc już w pobliżu dworca mijamy Muzeum Milicji do którego wchodzimy, chyba głównie dlatego, że jest to szansa, aby się schłodzić. Wstęp jest darmowy, a w środku oprócz niezbyt zwracającej na nas uwagi dziewczyny nikogo nie ma. Obchodzimy 3 piętra przepełnione propagandą, korzystamy z toalety i wychodzimy.  
Natomiast do dziś nie wiem, jak mogliśmy pominąć znajdujące się tuż obok Muzeum, dawne więzienie dla więźniów politycznych w czasach kolonializmu francuskiego, a w okresie wojny wietnamskiej jeńców amerykańskich - Hoa Lo Prison Relic??? Duże zaniedbanie z naszej strony. 

Stacja kolejowa  Ga Ha Noi z zewnątrz jakoś nie zachwyciła, dlatego najpierw doładowujemy się bagietką i colą w ulicznej knajpie naprzeciw. Pogoda daje nam w kość. Słońce i to ciągłe trąbienie potrafią zmęczyć. 

W środku dworca okazuje się, że nie możemy wejść na perony nie mając biletu. Wjeżdżamy ruchomymi schodami na górny peron, ale szybko strażnik nas wyłapuje, gwiżdże i krzyczy, aby zjechać w dół. Liczyliśmy na wmieszanie się w tłum, akurat przyjechał pociąg i zrobiło się tłoczno. No nic. Zaglądamy, gdzie nam wolno. Poczekalnia, kasa biletowa. Dość pusto wszędzie. Przed dworcem za to pełno taksówek i motorów. 
Z dworca tego można dojechać także do Sa Pa a dokładniej do Ga Lao Cai przy samej granicy z Chinami, skąd do Sa Pa jest już tylko 34 km. Jednakże przyjemność taka do tanich nie należy. Bilet w jedną stronę pociągiem sypialnym w kabinie 4 osobowej na promocji można trafić za ok 80 zł, jeżeli chcemy mieć tylko dwa łóżka w przedziale należy liczyć się z kosztem nawet 360 zł za dwie osoby. Natomiast ciekawą opcją jest podróż na samo południe do Ho Chi Minh! Jazda pociągiem trwa jakieś 34 godziny, a dystans jaki pokonamy to 1726 km! Bilety kształtują się na poziomie od 180 zł za miejsce siedzące do 270 za łóżko sypialne.
Dla zainteresowanych rozkład TUTAJ.


wejście do Muzeum Milicji


postój energetyczny


dworzec 


wejście na perony

kasa i poczekalnia

Z dworca kierujemy się na północ w stronę dzielnicy francuskiej. Mijamy Katedrę Św. Józefa zaprojektowaną przez Pigneau de Behaine w stylu neogotyckim dokładnie na wzór katedry Notre Dame. Nazwę swą zawdzięcza Józefowi - patronowi Wietnamu. Wybudowana w 1886 roku rzeczywiście wygląda jak przyrodnia siostra tej stojącej w Paryżu. Odbywają się w niej codziennie  nabożeństwa i jest ważnym ośrodkiem dla katolików w Hanoi.  



Katedra Św. Józefa

Nogi niosły nas same, między uliczkami, kramikami, stoiskami z kwiatami, warzywami, owocami, ulicznymi garkuchniami dotarliśmy do jeziora Hoy Tay inaczej nazywanym West Lake. Posiedzieliśmy nad nim obserwując Wietnamczyków łowiących ryby, dzieci karmiące łabędzie. Spokój i harmonia. Do tego schodzące coraz niżej słońce. Bardzo przyjemnie. 


W okolicy jeziora na ławkach z zamontowanymi obok na stałe stoliczkami, rzucają nam się w oczy grupki emerytów. Grali w karty, warcaby, siedzieli, rozmawiali. Fajnie widzieć taką aktywność wśród starszych obywateli.  

Wracaliśmy już po zachodzie słońca. W samym sercu Old Quarter dźwiękom muzyki nie było końca, a na każdej większej ulicy byliśmy świadkami różnych występów. Do tego tłumy turystów, uśmiechów i dobrej atmosfery. 

















7 up z miętą - smakuje jak mojito!!! 

azjatyckie smaki Lays

odnaleźliśmy "naszą" kawę 


Na kolacje trafiliśmy do bardzo miłej restauracji w jednej z bocznych uliczek, w której progu i pierwszej linii ukazało nam się biuro podróży, za nim dostrzegliśmy dopiero stoliki, a w karcie bardzo przyjemny i smaczny dział wegetariański. Ku wielkiej radości zamówiłam ryż, sojowe kotlety i surówkę za 85 tyś dongów czyli jakieś 14 zł. Krystian raczył się zupą. O ile za zupami na co dzień w Polsce nie przepada, to w Azji zajada się nimi za każdym razem kiedy ma okazję. 

Wracaliśmy do domu srogo zmęczeni z planowanym na jutro odpoczynkiem ... no może tylko krótki spacer koło domu ;)  

zupa Krystiana

wege szama 


walka o przejście na drugą stronę ulicy do naszej dzielnicy, znajdującej się zaraz nieopodal 

nasza trasa - mniej więcej tak wyglądała 









Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Sa Pa miasteczko w górach niedaleko granicy z Chinami

Jedziemy do Chin!

Świątynia Świtu, straszne muzeum medyczne i food court w centrum handlowym.