Birmańska perła czyli Szwedagon Pagoda. Opuszczamy Birmę - wnioski i podsumowanie.
środa, 2 października
Do Szwedagonu chcieliśmy dotrzeć jeszcze w godzinach popołudniowych. Tak, aby móc poznać to miejsce w dwóch porach dnia. Wcześniej jednak na listę wpadł nam Bogyoke Aung San Market.
Jest to wielki targ znajdujący się w centrum, na którym zakupić można niemalże wszystko. A, że nasza przygoda z Birmą dobiegała końca, przyszedł czas na zakupy. Nie gromadziliśmy do tej pory żadnych souvenirów, aby minimalizować obciążenie w naszych plecakach, tym bardziej, że czeka nas jeszcze prawie czteromiesięczna podróż.
Miejsce to nazwę zawdzięcza generałowi Aung Sanowi, osobie wciąż bardzo szanowanej i wspominanej w Birmie. Uważany za ojca narodu, a także za tego, który najmocniej przyczynił się do odzyskania niepodległości od Brytyjczyków. Niestety, zanim ją Birma uzyskała został zamordowany. Obecnie jego córka sprawuje urząd radcy stanu - odpowiednik naszego stanowiska premiera.
Zanim dojdziemy do wejścia mijamy stoiska z przekąskami, gdzie nie potrafimy sobie odmówić. Zimna cola i zestaw samos to jest to! Chrupiące na zewnątrz z ostrym warzywnym farszem w środku. Genialne!
Budynek w stylu kolonialnym na parterze oferuje całe spektrum sklepów jubilerskich. Są to też miejsca, gdzie wymienicie walutę. Często po lepszym kursie niż w innych miejscach. Są tu też niezliczone stoiska z pamiątkami, gdzie zaopatrujemy się w upominki dla rodziny, obowiązkowo magnesy, obrazek i maskę. Z każdego kraju przywozimy do domu maskę.
Na piętrze znajdują się sklepy z antykami, rękodziełem i galerie sztuki. Przepiękne. Chciałoby się kupić wszystko!
Kręcimy się tu dość długo. Ciężko oderwać wzrok od tych wszystkich ręcznie robionych rzeźb, obrazów, figur, biżuterii, odzieży. Jesteśmy też świadkami zbierania jałmużny przez żeńskie mniszątka. Niekończąca się różowa stonoga.
Zaraz obok znajduje się galeria handlowa. Zachodzimy tam w drodze powrotnej. Bardziej aby ochłonąć od upału i zaznać orzeźwienia. Galeria wygląda zupełnie jak nasze zachodnie. Super nowoczesna z wszystkimi topowymi markami. Na jej piętrze jest kino i foodcourt. Ceny w restauracjach powalają! Nie wiem kogo tu stać na obiad, ale na pewno garstkę. Widzimy za to Birmańczyków, którzy podobnie jak my zerkają nieufnie w stronę pięknie nakrytych stołów i szybkim krokiem idą dalej.
Do Szwedagonu mamy 2,5 kilometra. Niby nie dużo, ale w tym upale to istny maraton.
Kiedy jesteśmy już na ostatniej prostej, postanawiamy usiąść i ochłodzić się zimną trzciną. Napój ten to mój hit. Przebił sok ze świeżego arbuza, którym zapijałam się w Malezji i na Sri Lance. Trawiasty, lekko słodki, znakomicie orzeźwiający. Gdybym była w Azji od 5 minut, zapewne to miejsce oraz sposób przyrządzenia go i wrzucenie rękoma niewiadomego pochodzenia kostek lodu do szklanki, wprawiłby mnie w osłupienie, a potrzeba napicia się nie była tak istotna. Po paru tygodniach człowiek przywyka.
| samosy |
| jak widać na każdym kroku coś się buduje |
| drewniane pedały |
| betel mega popularna używka tej części Azji |
| zakłady krawieckie na ulicy |
| przerwa na zimną trzcinę |
Kiedy dochodzimy niemalże pod samo wejście boczne, czekając na przejściu dla pieszych podchodzi do nas mała dziewczynka. Usilnie próbuje nas przekonać, że potrzebujemy jednorazowych reklamówek na nasze buty, jeżeli chcemy wejść do środka. Po chwili wyciąga rękę po kasę. Tłumaczymy jej, że nie może tak robić. Że to nie w porządku, nie może oszukiwać turystów i wyciągać od nich pieniędzy, poza tym powinna być teraz w szkole. Przewraca oczami, obraca się na pięcie i odchodzi.
Buty zostawiamy przed wejściem i wchodzimy do środka.
Pierwsze co zauważam to drewniany sufit. Wygląda naprawdę imponująco. Galeria jest długa i szeroka, jej świecąca podłoga przyciąga moją uwagę, a zaraz za nią stoiska z dewocjonaliami. Wchodzimy po jednych schodach, drugich, aż dochodzimy do punktu kontrolnego jak na lotnisku. Najpierw kupujemy bilety wstępu. Za osobę wynosi on 10 tysięcy MMK czyli 28 zł. Następnie przechodzimy przez kontrolę, nasze plecaki jadą przez taśmę, gdzie zostają dokładnie prześwietlone, a my zostajemy dokładnie prześwietleni wzrokiem uzbrojonych w kałasznikowy strażników. Po chwili znajdujemy się na terenie kompleksu świątynnego.
Mówi się, ze pagoda ta ma 2500 lat i jest to najświętsze miejsce w Birmie. Zbudowana została przez króla Okkalapę.
Od samego wejścia jesteśmy zauroczeni terenem. Oprócz pozłacanej, przyozdobionej wieloma szlachetnymi kamieniami, w tym 76 karatowym diamentem na szczycie i podobno dziewięcioma tonami złota i ośmioma włosami buddy w środku, Szwedagon otaczają z każdej ze stron mniejsze, niemniej piękne stupy, liczne posągi, niezliczone kapliczki, gdzie odpoczywają i modlą się pielgrzymi. Kapliczkom tym też przypisany jest dzień tygodnia i wg tradycji należy modlić się w tej która odpowiada naszemu dniu urodzenia.
Kompleks jest bardzo duży, z zaciekawieniem i ogromnym podziwem spacerujemy zaglądając wszędzie, gdzie jest to możliwe. Kolory, w tym wszechobecny złoty, ogromne figury Buddy i spektakularne rzeźbienia nie pozwalają oderwać od siebie wzroku. Definitywnie jest to najpiękniejszy kompleks świątynny w jakim było mi dane do tej pory być.
Jak będziecie w tym miejscu, zarezerwujcie sobie parę godzin. Warto po obejściu całego terenu usiąść i po prostu obserwować to co dzieje się w koło. Klimat jest tu niesamowity, wzniosły i naprawdę można poczuć wyjątkową energię.
W trakcie jak tak sobie siedzieliśmy podszedł do nas wujek - tak przedstawił się nieco straszy mężczyzna z podniszczonym zeszytem w ręku. Pan ten za opłatą może oprowadzić Was po terenie i opowiedzieć wiele ciekawostek i legend. Pokazał nam też swój zeszyt, w którym to wpisują się na pamiątkę turyści z całego świata. Dział polski był też.
Czekając na zachód słońca dostrzegliśmy Anitę i jej partnera - parę Niemców - naszych towarzyszy podróży, o których pisałam w trakcie przeprawy z Hpa-an do Bagan.
Spotkanie bardzo nas ucieszyło, podziwiając zachód słońca wymienialiśmy się wrażeniami z podróży po kraju.
Szwedagon wieczorem zachwyca jeszcze bardziej niż w dzień. Tysiące światełek, świeczek rozświetlających jego teren hipnotyzuje. Do tego w koło nas setki modlących się buddystów. Nie chce się wracać. Chcesz zostać tam, między nimi i trwać.
| boczne wejście |
| galeria zaraz po wejściu na teren Szwedagon |
| drewniany sufit |
| codziennie tuż przed zachodem słońca, panie w jednym rządku równo idąc zamiatają podłogę |
4 października, po 22 dniach, pełni niedosytu opuszczaliśmy Birmę.
Od rana niebo było mocno zachmurzone i w zasadzie to w każdej chwili spodziewaliśmy się srogiej ulewy. Gospodarz nasz pozwolił zostać nam do której godziny chcemy, mimo ustalonej wcześniej pory wymeldowania.
Nie chcąc nadużywać dobroci Zawa, o 14 oddaliśmy klucze i mówiąc sobie do zobaczenia, opuściliśmy mieszkanie.
Międzynarodowy Port Lotniczy oddalony jest 15 km na północ od Rangunu. Dostać się tu możecie oczywiście Grabem za 7 tysięcy kiatów czyli 20 zł, lub miejskim autobusem za 500, czyli 1,40 zł! Autobus nie ma numeru na przodzie, tylko napis "Airport". Jedzie on przez całe miasto, główną ulicą i nawet jeżeli na waszym przystanku się nie zatrzymuje, machajcie - to to zrobi. Zauważyliśmy jednego dnia, że mija naszą dzielnicę, owszem nie zatrzymywał się, ale nas to nie zniechęciło.
Klimatyzowany, niemal pusty i nowy - zatem po co przepłacać? I powtórzę to co już niejednokrotnie pisałam, że oszczędzanie na transporcie jest jedną z opcji taniego podróżowania.
Wylot do Hanoi mieliśmy o 18:50.
Lotnisko od pierwszych minut nas zaskoczyło. Najpierw panami z wielkimi giwerami przy wejściu, gdzie już musieliśmy poddać się kontroli i oddać plecaki do prześwietlenia. Potem zabrakło prądu, a kiedy wjechaliśmy na górny terminal okazał się on praktycznie pusty!
Lotnisko jest naprawdę spore, dość ładne, ale niezagospodarowane. Jak wiele miejsc w Birmie, które miały czekać na turystów, a teraz stoją opuszczone.
| autobus na lotnisko |
| po lewej stronie pierwsza kontrola zaraz po wejściu, niestety panowie uzbrojeni po zęby nie złapali się na zdjęcie |
| po trzech tygodniach jedzenia ryżu shitowy burger z Burger Kinga smakował jak king dosłownie ;) |
Kiedy zdecydowaliśmy się na drugą podróż do Azji Pd-Wsch. podniesiona brew nie pojawiała się, kiedy wymienialiśmy Tajlandię, Wietnam czy Kambodżę. W momencie padania słowa Birma, od razu nasi rozmówcy wstrzymywali na chwilę oddech, aby dyplomatycznie zadać nam pytanie, "na pewno Birma?".
Wciąż postrzegana jako niebezpieczna, niepewna, dzika i zacofana. A jaka się okazała?
To, co nas zastało było ogromnym zaskoczeniem, ale możliwe, że też dlatego, że nie projektowaliśmy sobie jej zbytnio.
Kraj ten bardzo dynamicznie się rozwija. Kiedy byliśmy w Rangunie, wiele dzielnic było istnym placem budowy. Dlatego polecam jechać tam czym prędzej, gdyż obawiam się, że kiedy przemysł turystyczny rozwinie się tu na dobre, większość wartości, którymi byliśmy zafascynowani niestety zniknie. Nie wspominając o tłumach Chińczyków, którzy wierzcie mi, potrafią skutecznie obcowanie z nowym miejscem zaburzyć.
W trybie w jakim zwiedzaliśmy ten kraj czuliśmy się bardzo bezpiecznie, dlatego polecamy zwiedzać Birmę na własną rękę. Jest tanio i nie ma sensu przepłacać przylatując tu z biurem podróży. Oczywiście nie jest możliwe, aby dojechać w każdy zakamarek samemu, gdyż wiele miejsc dla turystów jest wciąż niedostępnych, ale te które są, wystarczą na parotygodniową podróż.
Aby zaoszczędzić kasę na bilety lotnicze, które do samej Birmy na pewno będą dość drogie, polecam kupić je np. do Bangkoku i stąd jak my, dostać się autobusem do granicy, a potem już od razu do najpiękniejszego Hpa-An. O tym jak przekraczaliśmy granicę przeczytacie tutaj.
Tak jak pisałam już tu o wizę polecam aplikować online. Szybko, taniej i wygodniej. Strona ambasady https://evisa.moip.gov.mm/. Koszt 50 $, a w zamian otrzymacie 28 dniowy pobyt.
Bilety autobusowe w celu przemieszczania się z miasta do miasta zakupicie w agencjach turystycznych na ulicy, a kiedy ich brak, w hotelu. Zorganizują dla Was od razu transport na dworzec autobusowy, który często będzie zawierał się w cenie. Hotele rezerwowaliśmy na bieżąco za pomocą booking lub agody i nigdy nie spotkaliśmy się z żadnymi kłopotami. Cena, wygląd pokoju, wszystko tak jak widniało na portalach internetowych. A jak o internecie mowa, to zawsze w hotelu działał on dość dobrze, zatem nie musieliśmy zaopatrywać się w kartę sim. Była nam ona po prostu zbędna.
Z porozumiewaniem się kłopotów w zasadzie nie mieliśmy. Nawet jeżeli nie każdy mówił po angielsku, chęci pomocy nam były tak duże, że udawało się uzyskać zamierzony cel.
Birmańczycy są niezwykle przyjaźni, otwarci i piękni. I nie mam tu na myśli tylko ich urody, ale przede wszystkim wnętrza, z którego płynie niesamowita energia. Poza wyjątkami takimi jak skomercjalizowane obszary w Bagan, spotkaliśmy się ze szczerym i ciepłym przyjęciem.
W zasadzie to można rzec, że takiej serdeczności, otwartości, tylu uśmiechów nie doznaliśmy w żadnym z ośmiu krajów, które w ciągu tych 7 miesięcy odwiedziliśmy.
Owszem, jest to kraj biedny i kiedy wystawicie nos poza miejsca turystyczne, a zamiast taksówki czy wycieczki objazdowej wybierzecie komunikację miejską i własne nogi, może was nawet wbić jak bardzo biedny.
Z okien autobusu przemieszczając się z miasta do miasta i jeżdżąc skuterem po wioskach doświadczaliśmy tego najbardziej. Wiele mijanych wiosek było bardzo nędznych. Chatki w których mieszkali ludzie prowizoryczne i proste w budowie. Bambus i liście palmy. Brak elektryczności, kanalizacji, bieżącej wody.
Ludzie pracują tu bardzo ciężko. Mężczyźni głównie przy pracach fizycznych, naprawdę mordująco ciężkich. Widzieliśmy jak budowali drogę pod Hpa-an. Nie mieli nic, żadnych maszyn, sprzętów, jedynie betoniarkę. Do tego upał i palące słońce. Praca w polu głównie za pomocą rąk, czasami bawołów, rzadko kiedy maszyn i narzędzi.
Kobiety kiedy nie zajmują się domem, zajmują się handlem. Sprzedają na rynkach, targach, pracują w restauracjach, jak znają język angielski to w hotelach. A między tym wszystkim zajmują się dziećmi. Obraz kobiety z dzieckiem w pracy to w zasadzie norma. I to bez względu na jego wiek. Bardzo często widzieliśmy pracujące mamy z paromiesięcznymi szkrabami pod pachą.
Historia Birmy daje nam bardzo wiele odpowiedzi za ten stan rzeczy. Do 2012 roku kraj ten pod reżimowymi rządami junty wojskowej, zamknięty na zachód, popadał w coraz większy marazm i biedę.
W 2011 roku z aresztu domowego po niemal 20 latach została zwolniona Aung San Suu Kyi. I to ona i jej partia zaczyna odczarowywać ten kraj. Ogromne poparcie i zaufanie wśród Birmańczyków dało jej możliwość wprowadzenia demokracji, zmian, które miały podnieść kraj z fatalnej sytuacji ekonomicznej, a także konfliktów na tle plemiennym. Należy tu wspomnieć, że Birmę zamieszkuje ponad 100 różnych grup etnicznych! I o jednej z nich nie można nie wspomnieć pisząc o tym kraju.
Rohinga, plemię uznane przez ONZ za najbardziej prześladowane na świecie.
Zamieszkujące od pokoleń obszar Arakan na zachodzie Birmy, dzielący je od Bangladeszu rzeką Naf po roku 1962, kiedy doszło do przewrotu wojskowego i władzę objęła Rada Rewolucyjna rozpoczęto powolne ich usuwanie. Początkowo delikatnie: odbieranie praw, w tym praw wyborczych, niemożność wyrobienia dowodu osobistego, brak dostępu do szkolnictwa, pozbawienie ekonomicznej niezależności, zakaz przemieszczania się po kraju i wiele innych, aż finalnie w 2017 roku ludobójstwo, w skutek którego okrutnie zamordowanych zostaje oficjalnie ponad 30 tysięcy ludzi - nieoficjalnie znacznie więcej - prawie milion ucieka do Bangladeszu, a 75 procent wiosek zostaje spalonych do gołej ziemi. Towarzyszą temu gwałty, strach i okrutna przemoc.
Niestety na tym nie koniec. Mimo, że tak uwielbiana i doceniona w 1991 roku Pokojową Nagrodą Nobla Aung San Suu Kyi stanęła przed trybunałem stanu w Hadze, a także wiele odznaczeń i przywilejów przyznanych jej przez kraje zachodnie zostało cofniętych, niewiele w tym temacie się zmieniło. Rohinga, Ci którzy pozostali w Birmie, wciąż są prześladowani, wciąż nie mają swojego domu i najprawdopodobniej już nigdy mieć go nie będą. Na terenie Bangladeszu w obozach dla uchodźców przebywa ich ponad milion i nikt nie wie co z nimi zrobić. Nikogo ich los nie interesuje i tak jak nie mieli praw w Birmie nie mają ich tutaj.
Jeżeli temat ten kogoś z Was zaciekawił polecam przeczytać "Najważniejszy wrzesień świata" Marka Rabija. Świetnie napisany reportaż o tych niewygodnych dla świata wydarzeniach, którymi w zasadzie nikt się zbytnio nie przejął.
22 dniowy pobyt w Birmie wyniósł nas 609$ co po kursie bieżącym daje ok 2300 zł.
Przykładowe ceny z września 2019 roku:
Coca-Cola 1,25l ok. 850 MMK - 2,40 zł,
Papierosy z filtrem od 600 MMK do 1900 MMK - od 1,70 zł do 5,30 zł,
Benzyna 1l - 850 MMK - 2,40 zł,
Proszek do prania 600 MMK - 1,70 zł,
Słodkie babeczki opakowanie 1000 MMK - 2,80 zł,
Ciecierzyca curry w puszce - 600 MMK - 1,70 zł,
Napoje w puszce 500 MMK - 1,40 zł,
Sardynki w pomidorach w małej puszce 250 MMK - 0,70 gr,
Pringlesy 3200 MMK - 9 zł,
Podróba Pringlesów duże 1600 MMK - 4,50 zł,
Podróba Pringlesów mała 1100 MMK - 3,10 zł,
Obiad wege od 1500 MMK - 4,23 zł,
Średnia cena za wegetariański obiad 2000 MMK - 2500 MMK - 5,60 zł - 7 zł,
Wege curry 1700 MMK - 4,80 zł,
Curry koza 3000 MMK - 8,50 zł,
Obiad mięsny średnio 2000 MMK - 3000 MMK - 5,60 zł - 8,50 zł,
Ryż z jajkiem pakowany w pudełko styropianowe 1000 MMK - 3 zł,
Ryż z kurczakiem 1500 MMK - 4,20 zł,
Samosa sztuka 100 MMK/120 MMK - 0,30 gr - 0,60 gr,
Kiełbaski ala szaszłyk 500 MMK - 1,50 zł,
Napój z trzciny w woreczku 400 ml 500 MMK - 1,50 zł.
Film z naszego zwiedzania Szwedagon Pagody 👇
Komentarze
Prześlij komentarz