24 godziny w drodze do Birmy.
Z czwartku na piątek 12-13 września,
Jakie to miłe uczucie dobrze się wyspać.
Nowy pokój dał nową jakość snu. A spakowanie się dzień wcześniej pozwoliło na godzinkę dłuższej regeneracji organizmu.
Wypoczęci i pełni dobrej energii rozpoczęliśmy proces podróży do Birmy.
Punktualnie o 12:00 wymeldowaliśmy się z pokoju, zostawiliśmy nasze rzeczy na dole w kuchnio-biuro-jadalni u sympatycznej Tajki i wyruszyliśmy w poszukiwaniu poczty.
Pogoda przepiękna, ale jednak intensywność ciepła nadawanego z nieba w naszą stronę była nie do przerobienia przez nas.
Dość szybko odechciało nam się spacerów.
Ponieważ nasz autobus do granicy do miasteczka Mae Sot odjeżdża o 22:00, mieliśmy plan, aby wracać do Bangkoku w okolicy 17-18, a czas który nam został wykorzystać do szwendania się po tym uroczym miasteczku, ale chyba odpuścimy.
Poczta okazała się być dość sporym budynkiem, z licznymi okienkami i sporym ruchem.
Zapytaliśmy o znaczki, co spowodowało lekkie poruszenie, pan Taj coś krzyknął do koleżanki o kilka okienek dalej, po czym wskazał aby do niej podejść.
Znaczek międzynarodowy kosztuje 15 THB. 1,95 zł.
Kartki wysłane, teraz czas napełnić żołądek.
Kiedy pytaliśmy w mijanych knajpach o opcje wegetariańskie, albo nas nie rozumiano, albo mówiono, że nie ma.
Lekko zrezygnowani już w tym upale, zauważyliśmy angielskie napisy nad jednym z lokali, postanowiliśmy sprawdzić.
Od razu wybiegła nam na przywitanie śliczna młodziutka Tajka.
Mimo, że angielski jej nie był zbyt rozbudowany, chęć porozumienia się z nami wygrała.
Udało się zamówić śniadanie.
Ryż i omlet dla mnie, kurczaka dla Buły.
Po chwili z zaplecza, które wyglądało jak mieszkanie z wydzieloną z boku kuchnią, wyłonił się mały szkrabik. Synek młodziutkiej dziewczyny. Na oko 7-8 miesięcy.
Częsty obraz w Tajlandii, mamy pracujące, a obok bawiące się maluchy, nawet tak małe jak ten niemowlak.
Najedzeni, wróciliśmy po nasze rzeczy.
Mimo, że do dworca jest rzut beretem nasza gospodyni nie pozwoliła nam iść, kazała załadować nasze graty i wsiadać do zaparkowanego za domem lśniąco białego, pachnącego nowością i skórzaną tapicerką vana i zawiozła nas te kilkaset metrów.
Miło.
Na dworcu autobus już czekał, biały minibusik z konkretną klimą.
Bardzo przyjemne wnętrze, czyste, wręcz pachnące.
Na zegarku dochodziła 14:00.
Pokazaliśmy na mapie sympatycznemu i cały czas się uśmiechającemu kierowcy gdzie chcemy wysiąść, który dworzec autobusowy nas interesuje i wygodnie zainstalowaliśmy się w fotelach.
Dwie i pół godziny jazdy minęło szybko i nieinwazyjnie.
Wysiedliśmy na przeciw dworca Mo Chit, a autobus pojechał dalej, zatem dobrze, że wcześniej daliśmy znać skąd ruszamy w dalszą drogę.
Dworzec północny czy Chatuchak Bus Terminal, bo o nim mowa, jest duży. Nawet można rzec bardzo duży. Ogromna sala główna czyli poczekalnia, sklepy, food court w środku i knajpki z jedzeniem na zewnątrz, do tego setki podróżnych, a zapewne tysiące ich przewijające się przez to miejsce przez cały dzień.
Czas zleciał nam dość prędko, wifi i możliwość podłączenia się do prądu - fakt na specjalnej platformie - wspomagała uczucie szybko mijającego czasu.
A propo tej platformy z zasilaniem. Każdy podchodził, podłączał swój telefon i odchodził na miejsce. Krystian się zastanawiał, czy może to działa jak z książkami, że zostawiasz stary telefon, a w jego miejsce bierzesz nowy 😃
Udaliśmy się jeszcze na kolację i 30 minut przed czasem przeszliśmy przez specjalne bramki, którymi dochodzi się do platform, aby znaleźć nasz pojazd.
Platforma 119.
Ludzi trochę zebranych już tu było, a dosłownie po minucie, dwóch podjechał nasz autobus.
Noo nie jest źle. Z zewnątrz wyglądał naprawdę super.
Dwupiętrowy. Klasa pierwsza piętro dolne, klasa druga górne.
Wszyscy kierowaliśmy się na górę.
To co od razu zwróciło moja uwagę to, po pierwsze gigant karaluch, który podobnie jak my kierował się w stronę drzwi wejściowych do autobusu, na szczęście wystraszony hałasem w ostatniej chwili skręcił w prawo, a po drugie ludzie.
Inne rysy twarzy i uśmiechy wysyłane w naszą stronę, lekkie zaskoczenie naszą obecnością i ciekawość nas.
Punktualnie o 22:00 ruszyliśmy.
Piętro nasze wyglądem było adekwatne do przypisanego mu określenia II klasy.
Po stoliczku znajdującym się przy moim siedzeniu, czyli znajdującym się w oparciu siedzenia przede mną zostało tylko wspomnienie i metalowy wystający pręt, obicia foteli też trochę nadgryzione zębem czasu.
Na wyposażeniu mieliśmy kocyk i butelkę wody.
Szczerze, to obawiałam się gorszych warunków.
Cena jaką zapłaciliśmy za bilet to 315 THB czyli 40,95 za osobę.
Wydaję mi się, że jest to opcja najtańsza z możliwych. Przynajmniej tak nam powiedziano na dworcu.
Klima, czego już nauczyłam się korzystając z autobusów w Malezji, zawsze imituje porę roku jaka w tych krajach nie występuje - czyli gwałtowne ochłodzenie do 17 stopni celsjusza.
Dlatego zawsze na takie okoliczności mam bluzę i chustę, klimatyzacja w tych autobusach owszem ratuje życie, ale w nocy kiedy chce się spać jest naprawdę zimno.
Często też pokrętła nad naszymi głowami są zepsute - jak dziś - i zmniejszenie intensywności chłodu możliwym nie jest.
Światło zgasło, a wszyscy pasażerowie od razu zapadli w sen.
Ja, przyznam się, potrzebowałam więcej czasu.
Po pierwsze, nabycie poczucia bezpieczeństwa - robaki. Naczytałam się o rożnych stworzeniach które ludzie spotykali w nocnych autobusach, a pan karaluch próbujący na gapę dostać się z nami do granicy, pobudził moją wyobraźnię dość mocno.
Po drugie, przez pierwsze kilometry autobus co chwila zatrzymywał się i zabierał kolejnych pasażerów.
Po około 2 godzinach zatrzymaliśmy się na wielkim parkingu.
Były tam same autobusy jak nasz i gigant food court połączony ze sklepem.
Silnik zgasł, wszyscy łącznie z kierowcą i jego zmiennikiem wysiedli i poszli jeść.
Czekaliśmy zaskoczeni 30 minut.
Tego się nie spodziewaliśmy.
Około 1 w nocy ruszyliśmy w dalszą drogę.
Po 5 nad ranem obudziło mnie światło w autobusie i strażnik graniczny.
Sprawdzał dowody i paszporty. Podałam swój - z racji bezpieczeństwa robakowego nie siadam w autobusach przy oknie - zerknął, a że Krystian spał, nie kazał go budzić i poszedł dalej.
Do granicy było już niedaleko.
Za oknem wciąż ciemno, za wiele nie widać. My ledwo przytomni, potrzeba snu dominowała nad koncentracją i przygotowaniem do wysiadki.
Zasnęliśmy jeszcze na chwilę.
Kiedy się obudziłam było już widno, na zegarku 6:00, a za oknem różne zabudowania.
Obudziłam Krystiana, a chwilę później już wysiadaliśmy.
Dworzec w Mae Sot był dość pusty i mały. Przynajmniej takim go pamiętam.
Z jednej strony my, przyjezdni, a z drugiej turyści wsiadający akurat w bus do Chiang Mai.
Od razu zlecieli się w koło nas tuktukarze i zaczęli proponować podwózkę do granicy.
Czekaliśmy chwilę, aby zobaczyć jaki transport wezmą miejscowi jadący z nami autobusem, ale część z nich od razu wsiadła do dużych tuktuków, część czekała.
W końcu zdecydowaliśmy się jechać.
Początkowa cena jaką od nas chciano to 100 bahtów, Krystian powiedział, że możemy dać 60 THB.
Stanęło na 80 THB, czyli 10 zł za dwie osoby.
I tak o to po chwili siedzieliśmy już na tyłach tuk tuka, który gnał przez zapełniającą się ulicę.
4 kilometry, dokładnie tyle dzieliło nas od Birmy.
Dość otyły Pan kierowca wysadził nas przy samej granicy i odjechał łapać zapewne kolejnych chętnych na podwózkę.
Najpierw przejście graniczne tajskie.
Ilość psów masakryczna. Aż się bałam iść. Przesada. Było ich tak dużo, że mieniło mi się w oczach.
Na pasie dla pieszych, na pasie dla aut, ciężarówek, gryzące się, szczekające, leżące, śpiące, srające, masakra!
Podeszliśmy pojedynczo do okienka, Pan spojrzał na mnie, na paszport, wziął odciski palców, wbił stempel opuszczenia kraju i poszłam dalej. Trwało to jakieś 5 minut.
Krystian tak sprawnie sprawy nie załatwił.
Karteczkę z immigration którą wam dają przy wejściu do kraju nie zgubcie. Jest ona potrzebna kiedy go opuszczacie.
Na szczęście nie jest to duży problem. W przypadku akurat tego przejścia, należało się cofnąć do okienka parę metrów wcześniej, wziąć ten sam papier który wypełnialiście przy wjeździe do Tajlandii, wypełnić tylko ten świstek który oderwany dostajecie i oddać Panu celnikowi.
Ok. Wszystko gra ruszamy na most.
Między Tajlandią, a Birmą jest most przyjaźni znajdujący się nad rzeką Moei. Po nim kroczymy zbliżając się coraz bardziej do kraju, który chyba ze wszystkich w tej podróży ciekawi nas najbardziej i najbardziej ekscytuje.
Mijają nas miejscowi, nieśmiało się uśmiechają, obracają za nami. Niektórzy pytają jak mamy na imię.
Czuć dobrą energię.
Leniwie i wciąż trochę sennie, w promieniach ledwo co obudzonego słońca, dochodzimy do kontroli birmańskiej.
| przed nami granica tajska |
| most przyjaźni między Birmą a Tajlandią |
| granica birmańska |
Nie bardzo wiemy gdzie się udać, zatem idziemy przed siebie.
Minęliśmy jedną budkę, drugą i doszliśmy do stołu przy którym siedział pan celnik z brzydkimi czerwonymi od betelu zębami oraz Mr Beauty.
W białej koszuli, jeansach, z elegancką małą torbą. Bardzo dobrym angielskim wytłumaczył nam abyśmy wypełnili immigration card, czyli standardowa procedura, następnie pokazał do której budki mamy wejść, a jak wyjdziemy on już będzie na nas czekał i powie co dalej.
No to idziemy.
Taka prosta budka, z dwoma biurkami, krzesełkami po prawej, po lewej. Jakieś obrazki na ścianie, oczywiście kalendarz.
Dość prosto i skromnie, czas zatrzymał się tu w miejscu jakieś 50 lat temu.
Pan po lewej wziął mój paszport, obejrzał i przekazał Panu po prawej. Nawet mu brew się nie poruszyła ani dołek przy ustach. Taki był poważny.
Następnie wrócił do oglądania filmu na telefonie.
Krystian twierdzi, że był to film kogoś z wakacji. Tak na jego oko to wyglądało.
Pan po prawej zrobił mi zdjęcie, obejrzał wizę, paszport, wbił pieczątkę i pozwolił iść dalej. W jego mimice działo się już więcej.
Krystian procedurę odbył dokładnie tak samo.
Zatem witamy w Birmie, a dokładnie w Myawaddy.
Miasteczko to wita wszystkich pokonujących to przejście graniczne.
Kiedy wyszliśmy z budki Mr Beauty już na nas czekał.
Już tłumaczę skąd Mr Beauty.
Przygotowując się do wyjazdu i oglądając vlogi z Birmy natknęłam się na tego człowieka raz lub dwa.
Tak nazwano go w tamtych filmach, może to też z nazwy szyldu pod którym stał - Mr Beauty właśnie - była to agencja turystyczna.
Był on takim powiedzmy wprowadzaczem obcych, czy inaczej ułatwiaczem poruszania się kiedy przekroczycie granicę. Pokazywał gdzie wymienić pieniądze, kupić transport z kierowcą do Hpa-an, czy innego miasta, kartę sim. Gdzie, po jakim rejonie Birmy wolno się poruszać, gdzie lepiej nie jechać, a gdzie jest wciąż niebezpiecznie.
Zapewne ma w tym też dobry interes, co zresztą widać po ubraniu - mocno doborem stylistki odbiega od reszty tu obecnych miejscowych - czy po zegarku i sygnecie na palcu.
Może nie jest nawet prywatnie w to zaangażowany tylko pracuje da rządu? Albo z nim współpracuje?
Taka opcja też wydaje nam się logiczna. Zna angielski, powoduje, że turysta nie czuje się zagubiony w tym chaosie, który go uderza po przejściu granicy, jest dopilnowany, że dojedzie bezpiecznie do miejsca, które wybrał. No i przy okazji kontrolowany. Nie pójdzie samopas w kraj i ktokolwiek widział ktokolwiek wie.
Nie ma tu jeszcze rozwiniętej takiej bazy turystycznej, że przekraczamy granicę i kierujemy się na przystanek autobusowy, czytamy rozkład, kupujemy bilet i jedziemy gdzie zaplanowaliśmy. Nie ma rozkładu, bo nie ma przystanku i nie ma gdzie zakupić biletu. Ale autobus podobno jeździ 😀
Tu należy też wspomnieć, że Birma jest krajem który na turystów otworzył się stosunkowo niedawno, bo dopiero w 2012 roku. Nie twierdzę, że wcześniej nikomu wjechać się tam nie udało, ale na pewno było to bardziej skomplikowane niż obecnie. My przekraczamy już granicę lądem i robimy to bez najmniejszego problemu z uśmiechami na twarzach, a wizę kupiliśmy parę dni wcześniej przez internet.
Jeszcze do niedawna jedyną opcją wjazdu był port lotniczy lub port morski. Wizę natomiast wyrabiało się tylko w ambasadzie, najbliższa Polski jest w Berlinie.
Od razu zaczyna nam tłumaczyć, żebyśmy nie jechali na własną rękę do Hpa-an, ani nie łapali stopa, tylko poszli z nim, zaprowadzi nas gdzie możemy wynająć kierowcę.
Argumentował to wciąż niebezpieczną sytuacją na terenach przygranicznych, że lepiej abyśmy nie poruszali się tu sami, że jest dużo niewybuchów i niewskazane dla nas być tu samemu.
Do tego parę dni temu była tu powódź i jest dużo dróg zalanych i nieprzejezdnych.
W końcu pora deszczowa.
Nie wiem ile w tym wszystkim prawdy, ile naciągania na prywatny transport, ale rozglądając się w koło wiedziałam jedno - chcę się stąd wydostać i to jak najszybciej.
Do tego 6:30 rano, temperatura rosnąca z każdą minutą, no i skupiona uwaga wszystkich w koło na naszych dwóch białych twarzach.
Absolutnie nie zła uwaga, bo byliśmy ciekawostką pozytywną. Uśmiechy i przywitania nie miały końca, ale na dłuższą metę przy takim zmęczeniu - byliśmy już prawie dobę na nogach - przytłaczało.
No i co tu dużo mówić, krajobraz zmienił się na bardziej ubogi, sklepy w koło na bardziej z blachy falistej, a ruch aut i jednostek ludzkich połączonych z czworonogami był zbyt intensywny.
Nie znaliśmy też tego kraju, nie wiedzieliśmy czego się spodziewać, co nas spotka za rogiem, zatem stosując zasadę bezpiecznego podróżowania nie kombinowaliśmy zbytnio.
Poszliśmy z Panem Pięknym do stoiska które nam wskazał.
Tu Pani Birmanka napisała nam na kalkulatorze cenę za transport 270 THB od osoby.
Tu się zdziwiliśmy. Liczyliśmy na mniej.
Dogadaliśmy się na 500 THB za dwie czyli 65 zł.
Od razu okazało się, że Pani prowadzi również kantor, a jakże 😄
Wymieniliśmy 400$.
Nie wiedzieliśmy czy w Hpa-an będzie jakiś kantor, to w końcu małe miasteczko, o którym wiedziałam tylko tyle, że ma piękną zieloną, górzystą okolicę. Ale jak wygląda i co w nim jest to pojęcia nie mieliśmy.
Nie znaliśmy bieżącego kursu, tu daliśmy ciała, że nie sprawdziliśmy dzień wcześniej, zatem potargowaliśmy się o parę oczek i przystanęliśmy na rzuconą nam propozycję.
Karty Sim nie kupiliśmy, mimo, że cena jej i tak była jakaś śmiesznie niska, Pan Beauty powiedział, że w Hpa-an kupimy taniej.
Nie wiem ile było takich miejsc jak to, gdzie załatwiliśmy nasze wszystkie sprawy i nie wiem jaka by była różnica cenowa, gdyby pochodzić i popytać o transport i kurs wymiany waluty gdzieś indziej.
Na pewno nic nie stoi na przeszkodzie, aby to zrobić, tylko pytanie czy się komuś chce.
Nam się nie chciało i tak jak pisałam wyżej ilość wrażeń i bodźców nie działała korzystnie na szukanie alternatyw.
Ok, wszystkie sprawy załatwione, zatem pora jechać.
Przedstawiono nam młodego ładnie ubranego i uczesanego człowieka, który wskazał nam auto.
No nie źle. Takiej fury się nie spodziewałam. Na bogato 😃
Od razu zaczęłam nabierać podejrzeń, że to może jakaś mafia, która przejęła teren przygraniczny i Pan Beauty wszystkich zgarnia, oni mają monopol na transport i wymianę waluty i się kręci? 😉 Oczywiście to tylko moje fiku miku. Pamiętajcie zmęczenie robi swoje.
Oprócz nas do wozu wsiadły dwie Panie miejscowe, które podwozimy.
Do Hpa-An mamy jakieś 130 km, ale droga jest podobno w kiepskim stanie i do tego jeszcze zalana.
5 godzin tyle czasu ma nam zająć pokonanie tego odcinka.
Na 12:00 mamy być na miejscu.
Początkowo asfaltowa droga między zabudowaniami, sklepami, garażami i innymi budynkami wydawała się być dość znośna.
Po niedługim czasie zatrzymał nas Pan mundurowy.
Poprosił o nasze paszporty, z którymi poszedł do biurka urządzonego na ulicy. Taki przenośny posterunek.
Czekaliśmy dobre 10 minut, zaczęliśmy nawet nabierać jakiś podejrzeń czy na pewno wszystko w porządku, ale dostaliśmy je z powrotem. Zapytał nas jeszcze gdzie jedziemy, rzucił czujnym okiem w naszą stronę i mogliśmy jechać dalej.
Niebawem opuściliśmy miasteczko i wjechaliśmy między góry.
Jak pięknie!
Wysokie intensywnie ciemnozielone góry, skały, wzniesienia otaczające nas z prawej i lewej.
Było też mocno pochmurno, w zasadzie to obawialiśmy się tej pory deszczowej....
Po jakiś może 50 km asfalt się skończył i zaczęła się przygoda.
Dziura na dziurze, droga usypana ze żwiru, kamieni i wszystkiego co było pod ręką.
Skakaliśmy co chwila, a żołądki nasze były w przełyku.
Już teraz rozumiem, dlaczego droga ma nam zająć 5 godzin. Kierowca nasz jechał jakieś 20 km/h.
Zmienił się też krajobraz za oknem. Zaczęliśmy mijać wioski i tu zaczęłam być z każdym kilometrem coraz bardziej przerażona.
Nie ma przesady jak napiszę, że wyglądały one jakby dzień wcześniej wybuchła tu bomba.
Prowizoryczne rozpadające się chatki, brak drogi, dziury, psy, setki psów, kury, dzieci, między tym wszystkim ktoś sprzedaje owoce, ktoś śpi, no i bieda. Bieda aż piszczy. Nie wiem czy byłam gotowa na taki obrazek.
I powiem Wam jedno, czym innym jest gdzieś tam w sobie mieć świadomość biedy, widzieć ją w telewizji, filmie, gazecie czy słuchać z opowiadań. A czym innym jest ją widzieć. Przed sobą.
Tu i teraz.
Nie wyglądało to zachęcająco i zaczęłam się też martwić czy aby tak nie będzie w Hpa-an do którego jedziemy.
Kolejne wioski, miasteczka nie wyglądały dużo lepiej, a do tego im jechaliśmy dalej tym tereny w koło były bardziej zalane.
Domy do połowy w wodzie, pod którymi w łódce siedzieli mieszkańcy i łowili ryby.
Zalane pola ryżowe, uprawy, do wielu domów dopływano łódkami. Smutno się to oglądało.
Po drodze zatrzymaliśmy się przy czymś w stylu punktu kontrolnego, nie było tam jednak policji, ani wojska tylko cywile jakieś dzieciaki, a kierowca nasz dostał jakąś karteczkę, zapłacił pieniądze i jechaliśmy ponownie.
Kawałek dalej zatrzymaliśmy się i zabraliśmy jeszcze Panią z dwójką dzieci. Za naszymi siedzeniami były jeszcze 3 miejsca wolne.
Z rozmowy jaką nasz kierowca toczył z ludźmi na ulicy wywnioskowaliśmy, że pyta o stan dróg i czy przejedziemy drogą którą chce jechać.
Droga ta, dziury i podskoki zaczęły wywoływać u mnie śmiech, a u dziewczynki z tyłu wymioty. Biedna - na oko 3 latka - męczyła się całą drogę. W zasadzie to mogła mieć i 5 lat, była dość chuda i drobna. Jej mama i brat również.
Minęły może 2 godziny. Zmieniłam zdanie. Te 500 bahtów to nie był wysoki koszt.
Patrząc na akrobacje jakie wykonuje nasz kierowca omijając dziury i odgłosy jakie momentami wydaje auto uderzając o przeszkody na drodze zastanawiam się, jak udaje się miejscowym pokonywać te trasy każdego dnia. No i zaczęło mnie nurtować pytanie, jak my poradzimy sobie z jazdą na skuterze po tych wybojach?
W Hpa-an jeżeli nie ogarniemy transportu sami, pozostaje nam prywatny kierowca, a to totalnie nie nasz styl podróżowania to raz, a dwa, nie stać nas na takie luksusy.
Kolejny szlaban. Znowu dziwny punkt kontrolny cywilny. Jakieś karteczki wymieniane na kasę.
O co chodzi?
Nie wiem czy to jakieś strefy czy coś innego?
W połowie drogi robimy postój.
Kierowca nasz idzie jeść. Są tu też toalety, ale jakoś po rzuceniu na nie okiem, czuję, że dowiozę do hotelu zawartość pęcherza.
Dalsza droga trwała wieczność, podskoki, dziury, smutne krajobrazy zalewowe.
W takich momentach czas robi sobie przerwę i jak zawsze mu się śpieszy, to teraz zwalnia. Postanawia odpocząć.
Jakieś 30 km przed Hpa-an odzyskaliśmy asfalt. I góry. I widoczki.
Wróciła nadzieja.
Punkt 12:00 podjechaliśmy pod nasz nowy tymczasowy dom.
Hostel nasz Galaxy Motel mieści się jakieś 5 minut od centrum Hpa-an.
Miasteczka jak się okazało z krwi i kości.
Jest tu asfalt. To dużo. Dopiero ta trasa, to doświadczenie podróży pokazało mi ile daje w mieście, wiosce, miasteczku asfalt. Wrażenie wizualne miejsca zmienia się o 180 stopni. Nie wspominając o komforcie przemieszczania się, bo to oczywiste.
Jest tu kino, sporo hoteli i to takich ładnych, sklepy, takie proste z blachy, ale są też takie eleganckie, są pasy! I sygnalizacja świetlna, no i pęknięte me serce czyli psy uliczne.
Miliony psów. Psy całego świata są w Hpa-an.
Za 3 noce wraz ze śniadaniami płacimy tu 66 tysięcy kiatów czyli 170 zł za dwie osoby.
Generalnie w Birmie, chociaż powinnam używać określenia Mjanma czy Myanmar - nazwa Birma używana była w czasach kolonialnych, przez junte wojskową została zamieniona w 1989 roku na Myanmar właśnie i jest z tym trochę konfliktów i nieporozumień, pozwolicie zatem, że zostanę przy Birmie - jest z noclegami problem.
Poza miejscami wyznaczonymi dla turystów nigdzie indziej spać nam nie wolno.
Czyli nie rozbijecie się na dziko z namiotem, nie można przenocować u rodziny w domu czy na podwórku, ewentualnie pozostaje świątynia o ile o waszym noclegu tam nie dowie się policja. W przeciwnym razie grzecznie poinformują, że musicie przenieść się do hotelu przeznaczonego dla turystów. Czytałam sporo relacji, że sami was tam nawet zawiozą 😀
Zatem przez to, że noclegów tych nie ma zbyt wiele, ceny też nie są konkurencyjne.
W Rangunie czy Mandalay może być z tym łatwiej, ale w tak małych miejscowościach jak Hpa-an wyboru dużego nie ma.
Za standard który tu mamy, powinniśmy zapłacić zdecydowanie mniej.
W recepcji bardzo miła pani powitała nas, dostaliśmy mapkę z najważniejszymi atrakcjami i zaznaczonymi polecanymi restauracjami. W kwestii wycieczek, skuterów nie zagłębialiśmy się zbytnio w temat, tyle tylko, że skuter za dzień to koszt 8 tysięcy kiatów czyli 20 zł.
Zmęczenie - 24 h w drodze i to równe - mówiło do nas prysznic i wygodna pozycja leżąca.
Do pokoju zaprowadził nas młody, grzeczny chłopak, który od razu zaniósł nasze rzeczy.
Pokój bardzo prosty, w stylu powiedzmy dyplomatycznie old fashion, ale czyściutki z klimą, lodówką i łazienką.
Są też okna i to trzy!
Mieszkamy na ostatnim drugim piętrze. Wyżej już tylko jest dach, z którego zobaczyliśmy tak obłędny widok, że oczom nie wierzyliśmy.
![]() |
| zdjęcie z booking.com |
Rozpakowaliśmy plecaki, odświeżyliśmy się i po odpoczynku czas był ruszyć na rzucenie okiem na miasto, pierwsze doznanie kulinarne Birmy no i poczucie klimatu.
Za cel obraliśmy sobie jedną z knajpek na mapce, którą dała nam nasza Pani z recepcji.
Przed wyjściem wypytałam Ją jeszcze o ceny jakie są tu standardowe, jakie lokalsi płacą i co się tu w ogóle je.
Kiedy usłyszałam, że rice and curry z wielu miseczek spożywany rękoma to codzienność Birmańczyków oczy aż mi się zaświeciły.
Cena od 2000 MMK (5zł) do 2500 MMK za wege opcję - idealnie.
I podobno nie ma podziału na ceny dla lokalnych mieszkańców i turystów. Nieprawdopodobne.
Pierwsze doświadczenie ulicy to od razu skojarzenie ze Sri Lanką.
Podobny architekt miejski. Albo i inny, ale z podobną wizją.
Była tylko jedna różnica - ludzie.
Nikt nas nie zaczepiał, nikt nie próbował nic sprzedać, podwieźć, pokazać, zaprowadzić.
Wszyscy nas obserwowali i się uśmiechali. Widzieliśmy w oczach miejscowych zaciekawienie, ale i radość, że turyści tu są. Że ktoś chciał ich tu odwiedzić.
Energia od razu otuliła nas i dała poczucie spokoju i przekonania, że to jest dobre miejsce, a Birma będzie dla nas dobrym krajem.
Do restauracji San Ma Tau doszliśmy piechotką, zaglądając w zakamarki mijanych ulic.
Zamówiliśmy, a jakże curry!
Trochę nieśmiało zjadłam je rękoma, co widziałam, że od razu zostało zauważone przez młodziutkie kelnerki i innych klientów.
Potrawa ta smakuje zupełnie inaczej jedzona rękoma niż sztućcami.
Pojedyncze elementy, które łączymy ze sobą nabierając z wielu miseczek dają wówczas pełniejszy, bardziej intensywny smak i myślę, że zadowolą niejednego marudę kulinarnego.
Za dwie porcje zapłaciliśmy 5 tys kiatów czyli 12 zł.
Do tego w gratisie była herbata i słodycze.
Pyszne własnej roboty z sezamu i kokosa.
Spokojnie jeszcze jedna osoba by się najadła. Ryżu dostaliśmy jak dla wojska.
Najedzeni, szczęśliwi i wręcz oczarowani wracaliśmy do hotelu.
Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o sklep taki market samoobsługowy, który swym zaopatrzeniem też pozytywnie zaskoczył. Cenami również.
Coca-Cola 1,25l - 850 MMK - 2,19 zł
babeczki słodkie - 1000 MMK - 2,58 zł
napoje w puszce - 500 MMK - 1,29 zł
bakalie/orzechy w miodzie (lokalne słodycze) - 1000 MK - 2,58
Pringlesy - 3200 MMK - 8,26 zł
podróba Pringelsów duże opakowanie - 1600 MMK - 4,13 zł
podróba Pringelsów małe opakowanie - 1100 MMK - 2,84 zł
Chcąc wrócić inną drogą niż szliśmy początkowo, doszliśmy do deptaku nad rzeką Thanlyin.
Akurat zachodziło słońce i widok, który ukazał się naszym oczom odebrał mowę.
W zasadzie to nie wiedziałam gdzie patrzeć.
Góry na całej rozciągłości, w tle pagody i ta zieleń.
Niesamowicie!!!!
Chwilo trwaj!
Siedzieliśmy w ciszy obserwując zachodzące słońce, góry, całą przyrodę i naturę, która nas otaczała i było to tak niesamowite doświadczenie estetyczne, że czułam, że dla tych momentów, dla takich chwil i widoków warto jest żyć, podróżować i na nie czekać. Magia 💗
Jedyny mankament tego miejsca to psy.
Psy których jest ilość ogromna. Nie wiem jak opisać to w sposób bardziej obrazowy niż liczby.
Wyobraźcie sobie, że idziecie ulicą, a z dwóch stron przez całą drogę co kilka metrów mijacie po 2-3-4 psy.
Śpiące, leżące, patrzące, gryzące się. Młode, szczeniaki, stare, kulawe, chore, karmiące. Wszelkie!
Obraz ten jest tak przerażający i straszny i wzbudza we mnie bardzo skrajne uczucia.
Bo z jednej strony mam smutek i czuję żal i współczucie wobec nich ogromne, ale z drugiej się ich po prostu boję.
Boję, bo jest ich za dużo. Mijany jeden czy dwa, nie zaburzają mojej sfery bezpieczeństwa, ale jak stoi 5 czy 6 to już mi dziwnie. Tym bardziej, że są one dość spore, sięgają mi ponad kolano.
No i bezsilność wobec ich losu.
Co z tego, że napoimy któregoś wodą czy damy coś do jedzenia. Jest to mikro kropla w piekielnym oceanie jakim przyszło im żyć.
Pierwsze wrażenie jest mocno obiecujące i to o dziwo mimo zmęczenia.
Zazwyczaj kiedy przyjeżdżamy do nowego miejsca, potrzebuję przynajmniej doby, a na pewno snu, aby się odnaleźć i poczuć dobrze. Tu stan ten chyba już zagościł.
Hpa-an przekonało nas do siebie od pierwszych minut.
Wersja do oglądania:

Komentarze
Prześlij komentarz