Bagan dzień trzeci. Stacja kolejowa, skolopendra i najfajniejsza trasa całego pobytu.



poniedziałek 23 września, 

Lubimy pociągi i dworce kolejowe. 

Zawsze jak jest opcja przemieszczania się koleją, bez wahania ją wybieramy, a jak w miejscu gdzie aktualnie przebywamy znajduje się dworzec kolejowy nie ma szans, aby nie zajechać.
Dlatego dziś, zanim wyruszymy na dalsze zwiedzanie Królestwa Bagan, najpierw kierujemy się na południe, główną drogą i odwiedzimy stację Bagan. 
Początkowo mieliśmy lekkie obawy czy uda nam się bez problemu tam dotrzeć, mianowicie musimy minąć punkt kontrolny, który wita wszystkich turystów i należy tam wykupić wjazdowy 5 - dniowy bilet do Bagan, następnie musimy minąć go ponownie kiedy będziemy wracać. 
Obawy okazały się mocno przesadzone, nikt nas nawet nie zauważył 😀

Droga jest bardzo komfortowa, cały czas prosto, ruch mały, zatem bez nadmiernej prędkości jedziemy rozglądając się w koło. Jest bardzo ciepło. Skuter daje nam trochę ochłody, wiaterek pomaga znieść zbyt wysoką temperaturę. 
Po niespełna 7 kilometrach po lewej stronie widzimy duże ozdobne łuki, za nimi długą drogę, na jej końcu widać piękny dworzec. Nieco zaniedbany, zakurzony, w stylu typowym dla architektury birmańskiej.   

W koło jest cicho i super pusto. 

Od frontu nie ma nikogo i przez chwilę mamy wrażenie, że miejsce to jest wyłączone z użytku i nie pełni już funkcji sprzed lat. 
Zajeżdżamy od tyłu. Na parkingu widzimy parę zaparkowanych skuterów, parę budek ze snackami, siedzi tam też miejscowa ludność. Nie jesteśmy niezauważeni. 

Cała uwaga momentalnie kieruje się w naszą stronę.  
Dworzec  lata świetności ma za sobą. A szkoda. Jest piękny. Wyobrażam sobie jak musiał dumnie wyglądać kilkadziesiąt lat temu. 

Przed wejściem do środka zagaduje nas młody Birmańczyk. Rozmawiam z nim chwilę o kursach pociągu z Bagan do Mandalay, bo taki obraliśmy kolejny cel naszej podróży.  
Chłopak zaczyna się śmiać i odradza nam ten rodzaj transportu, mówi, że pociąg jedzie bardzo wolno, wyrusza o 6 rano i do Mandalay jedzie 8,5 godziny. 180 kilometrów 😃

Niewiarygodne. 

Wewnątrz dworca wisi tablica z rozkładem, z niej dowiadujemy się ile kosztuje bilet oraz, że oprócz porannego kursu jest jeszcze jeden o 21:00, czas przejazdu ten sam zabójczy, zatem decydujemy się na opcję autobusową.   

Ceny biletów:
klasa podstawowa, drewniane ławki - 1450 kyatów czyli  4,25 zł 
klasa wyższa z komfortowymi fotelami - 2900 MMK - 8,50 zł 
przedział sypialny - 4000 MMK - 11,70 zł

Rozglądamy się. Dworzec mimo cierpiącego na brak remontu z zewnątrz, w środku prezentuje się dość fajnie.
Dolna duża sala jest czysta, zadbana, zdobią ją kwiaty w dużych donicach. Widzimy tu oprócz kas biletowych, pokój dyżurnego oraz inne
organizacyjne pomieszczenia.  

Dostrzegamy też schody na górę, zatem decydujemy się wejść i zobaczyć co się tam znajduje. 
Piętro pierwsze podobnie jak to dolne, jest przestronne, duże i schludne. 
Są tu pomieszczenia z tuzinami listów, paczek. Na piętrze wyżej również widzimy sortownię i pomieszczenia biurowe. 
Można wyjść również na zewnętrzny taras. Widzimy perony z góry.  
Tu okazuje się, że są schody, które prowadzą na jeszcze wyższe tarasy. Czad!

Nie ma tu kompletnie nikogo. Cisza i jedyne co słychać to kołysania drzew przez delikatne muśnięcia wiatru. 


Wracamy do motyla i bezgłośnie jedziemy kontynuować zwiedzanie.


Więcej dworca -> TU









Wracamy na główną drogę w kierunku naszego hotelu i po ok. 3 kilometrach skręcamy w lewo. 
Jezdnia niemal pusta, dobry asfalt. Jedzie się idealnie. 

Dojeżdżamy do Iza Gawna Pagoda
Przed wejściem witają nas uśmiechy kobiet sprzedających przekąski, napoje i owoce. Zostawiamy buty i wchodzimy na teren gdzie znajduje się parę bliźniaczych pagód i nieco większa Iza Gawna. 

Lekko parzy nas w stopy, słońce dziś piękne, ale zbyt hojne.

Widać upływający czas na murach i ścianach. Odpadające cegły, pokruszone, rzucają się w oczy. Mimo tego i tak jest piękna. Na kopule i bokach mienią się pozłacane iglice. 
 Wchodzimy do środka. Tradycyjnie już, wita nas wielki Budda.

Na ścianach i sufitach oglądamy zdobienia i malowidła. Nie wiem z jakiego okresu pochodzą, ale wyglądają na mega stare. Robią wrażenie. Spacerujemy.
Z oddali widać wieżę widokową - Nan Myint Tower Bagan - otwartą specjalnie dla turystów od kiedy obowiązuje zakaz wchodzenia na pagody. Wstęp na nią kosztuje 5 $ i z tego co czytałam w cenie dostaniecie drina.









Wsiadamy na skuter i jedziemy kawałek dalej. 
Zatrzymujemy się przy Winido Temple, rozglądamy się. 
Nie ma tu zupełnie nikogo, idealnie. Zaglądamy w zakamarki i wracamy na trasę.



Jedziemy wąskim, idealnym asfaltem między drzewami i zielenią. Po jednej jak i drugiej stronie co chwila pokazują nam się pagody. 
Trasa jest idealna. Można tak jechać bez końca. 

Co jakiś czas mijamy ścieżki w prawo i lewo. Polecam Wam jeżeli macie czas zaglądać we wszystkie zakamarki. My lecimy dalej - dziś nasz ostatni dzień zwiedzania, a jeszcze kawałek trasy przed nami. 
Dojeżdżamy do Thambula Temple, w koło znajdują się też inne obiekty. 
Parkujemy na przeciw Paya Thone Zu i najpierw wskakujemy na murek będący pozostałością po jakiejś większej budowli. 

Niespodziewanie po chwili dochodzą nas odgłosy głośnego tupania. Obracamy głowy i widzimy stado krów prowadzone przez malutką Birmankę w kapeluszu, uzbrojoną w kij,a za nią dziesiątki krów po chwili nas mijające. Na końcu Birmańczyk coś krzyczący i pomagający im pies, który mimo niskiego wzrostu zaganiał je do szeregu. Mega doświadczenie! Coś absolutnie autentycznego! 

Obchodzimy w koło świątynie i pagody. Jest tu sporo zabudowań zniszczonych, opuszczonych, mocno zaniedbanych. W trawach wypatruję pełzaczy, ale nic nie spotykam. Ogólnie mamy trochę pecha do naszych mniejszych braci, póki co dzielnie nie dają się nigdzie zauważyć. 

Thambula Temple - do której kiedyś można było wejść i z góry podziwiać widoki, jest zamknięta i otoczona czerwoną taśmą. Widnieje też duży czerwony baner na którym jest napisana prośba o nie wchodzenie z powodu niebezpieczeństwa. 

Kręcimy się tu chwilę i jedziemy dalej. 

W międzyczasie jeszcze Krystian staje na głowie osiągając szczyty asertywności, kiedy otaczają go dwie kobiety z pamiątkami i proszą, aby coś kupił.


Paya Thone Zu

Thambula Temple


Dojeżdżamy do wioski Minnanthu i zatrzymujemy się na Minnanthu Manmade Sunset Hill - słońce praży jak szalone. 

Widoki wokół nas piękne. 

Robimy parę fotek, rozmawiamy chwilę z dwoma birmańskimi dziewczynami, które przyszły do nas, aby zaproponować oprowadzenie po ich wiosce, ale dziękujemy i jedziemy dalej.Chcemy jeszcze objechać dziś New Bagan i zdążyć na zachód słońca. 








Do New Bagan czyli nowej części tego kompleksu archeologicznego docieramy po przejechaniu 7 kilometrów. 

Różnica jest i to spora. Jest tu nowocześniej, ładniej, hotele i resorty - jak to się teraz ładnie mówi - prezentują wysoki standard. Mijamy też sklepy i restauracje jakby wyjęte z europejskich ulic. Trochę śmiesznie to wygląda na tle Birmy, którą znamy. 
Jakby przez pomyłkę ktoś wkleił obrazki z innej książki do obecnie przez nas czytanej. 

Robimy rundkę bocznymi ulicami, zajeżdżamy do marketu po zimne 100 Plus - nasz ulubiony izotonik - i kierujemy się w stronę Lawkananda Pagoda.

Podobnie jak Bu Phaja Pagoda stoi ona nad rzeką Ayeyarwady.

Pod Pagodą znajduje się duży parking i sporo stoisk z przekąskami, rybami, napojami, ubraniami, zabawkami. Misz masz totalny.  
Wokół nas sami miejscowi.
Parkujemy motyla, zdejmujemy buty i idziemy po schodach na górę.

Tradycyjnie już wzbudzamy zainteresowanie. Uśmiechy i spojrzenia w naszą stronę nie mają końca. 

Słońce jest bardzo wysoko, zatem podłoga po której mamy iść jest srogo nagrzana. 
Kafelki, myślę, nie są tu dobrym pomysłem i ten kto to wymyślił powinien teraz sam po nich chodzić 😏

Na szczęście na podłodze ktoś ułożył ścieżkę z niebieskiej wykładziny i dajemy radę dojść do samej pagody. Mijamy budynek po prawej stronie, gdzie leniwie wita nas dwóch Birmańczyków, leżą i odpoczywają - w sumie co tu robić w taki upał? 

Pozłacana stupa w tym słońcu wygląda jak ze szczerego złota. Podobno znajduje się w niej replika zęba Buddy, a na czubku prawdziwe kryształy. 

Widok stąd na rzekę powoduje chwilowe zamyślenie, jednakże promienie w nas skierowane skutecznie przeganiają i idziemy dalej. 
Schodami w dół dochodzimy do ulicy, a po paru krokach jesteśmy na mostku nad jeziorem o tej samej nazwie co pagoda - Lawkananda Lake. 

Wszyscy miejscowi idą tu bez butów, zatem nie wracamy się po swoje, tylko pod wpływem psychologi tłumu też idziemy boso. 
Przed wejściem mijamy kobietę, która coś sprzedaje. W pierwszej chwili nie jesteśmy pewni co to, ale po wejściu na pomost, już wiemy. Chleb tostowy. Biały tostowy chleb. 
Miejscowi karmią nim pływające w jeziorze wielkie karpiopodobne ryby. 
Otaczają ich bezdomne psy, jest ich tu dość sporo. Jak zresztą w całej Birmie.  
Kręcimy się trochę po mostku i siadamy na odpoczynek. Obserwujemy i jesteśmy obserwowani. Widzimy jak z ukrycia robią nam zdjęcia 😆
Dość to zabawne i dziwne uczucie. Nigdy nie sądziłam, że będę dla kogoś atrakcją samą w sobie, z drugiej strony my turyści robimy dokładnie to samo.  
Po kilkunastu minutach wracamy po nasze buty. Siadamy na murku pod wielkim drzewem i w trakcie wiązania sznurówek Krystian podskakuje jakby oparzył 4 litery, strąca coś z ramienia, a kiedy obiekt ląduje na ziemi okazuje się, że to skolopendra! 
To tak w temacie nieobecności braci mniejszych.
Poruszenie następuje również w koło. Znajdująca się najbliżej nas Birmanka handlująca owocami sięga za kij i stanowczym ruchem odpędza robala. W pierwszej chwili myśleliśmy, że czeka go droga za tęczowy most, ale nie, jest tylko przegoniony czym dalej od ludzi. 
No... przyznam szczerze, że trochę się mój kierowca zestresował, co prawda nie stanowią one zagrożenia dla życia ludzkiego kiedy ukąszą, ale ugryzienie jest jadowite i mocno bolące. Poza tym komu potrzebne kłopoty i poszukiwania lekarza? Nie wspominając, że do urodziwych ciężko je zaliczyć. 











Wracamy na trasę. 
Przejeżdżamy przez Myin Ka Bar, maleńką wioskę, którą już mijaliśmy wcześniej, ale zawsze tłum skutecznie zniechęcał nas do zatrzymania się. Dziś pod Manuha Temple jest spokojnie, zatem parkujemy i idziemy zajrzeć do środka. 

Kurz osadza się wszędzie, biega tu pełno dzieci, psy, chaos i gwar. Lubię to. Ten nieporządek Azji, który kiedy pobędzie się tu chwilę, okazuje się być nawet uporządkowany. 
Wchodzimy do środka. Świątynia ta jest najstarszą w Bagan, wybudowana w 1067 roku! 
Znajdują się w niej trzy wielkie posągi Buddy, a jeden jest gigantyczny. 
Serio. Olbrzym. Jeżeli mogę tak o Buddzie pisać. Ale w tym wydaniu, pokonałby King Konga mrugnięciem lewego oka.
Aby je obejść przeciskamy się przez wąskie przejścia. 






Wracamy do hotelu na odpoczynek, po drodze jeszcze kupujemy samosy od pani, która codziennie późniejszym popołudniem stoi nieopodal Comfort Restaurant, gdzie jedliśmy wczoraj. 
Te samosy to niebo dla podniebienia. Raj i rozkosz w jednym. Uwielbiam i już za nimi tęsknie. 

Po całym dniu zwiedzania jesteśmy padnięci. Prysznic, krótki relaks i jedziemy na ostatni zachód słońca. 
Jutro mamy jeszcze jeden dzień w Bagan, ale przeznaczamy go na odpoczynek i rozkminę dalszej drogi. Musimy też znaleźć spanie w Mandalay. Pojutrze rano tam jedziemy. 

Na zachód docelowo kierowaliśmy się w miejsce to samo co przedwczoraj, ale po drodze jakoś inaczej skręciliśmy i trafiliśmy na Sulamuni Manmade Sunset Hill

Podobnie jak w miejscu naszego poprzedniego zachodu, tak też i tu przed wejściem na górkę stoi ochrona i sprawdzają bilety wjazdu do Bagan i ich ważność. U mnie znowu jest jakiś problem z kodem kreskowym. Pan nie może zeskanować. Pozwala mi iść, ale po chwili wraca i coś tłumaczy. Nie bardzo go rozumiemy, niby angielski, ale ten akcent. Łatwo nie jest. 
Generalnie jakoś zbytnio się tym nie przejmuję, wiem, że mój bilet jest ważny zatem nie ma sensu się stresować. No i Birmańczycy są ekstremalnie mili i uprzejmi.  
Na wzgórzu jest znacznie mniej ludzi niż w miejscu gdzie byliśmy poprzednio. To co jest niezmienne to pielgrzymki nachalnych sprzedawców. Wystawiają oni na próbę największe oazy spokoju. Możesz być wyciszony od stu lat i mieć niezmiernie równy i powolny oddech, ale przy nich nie dasz rady. Eksplodujesz, a twój przyspieszony puls doprowadzi Cię do wykrzyknięcia niecenzuralnych słów. 
Obserwuję jednego z mężczyzn. Starszy Pan i towarzysząca mu żona. Wyglądem kojarzy się z grubym portfelem, na oko Amerykanin, może Australijczyk. Biedak, nie potrafi odgonić od siebie przyklejonych jak rzep dwóch młodych Birmanek.
Jedna ma jakieś magiczne pudełko, druga spodnie i bluzki. Jak
zahipnotyzowane próbują mu wcisnąć zbędne souveniry.   

Trochę mi go żal, z drugiej strony jednak myślę, że to dobre ćwiczenia na asertywność. Niech się facet uczy. 😅  

Słońce pięknie szykuje się do snu nad pagodami i polami. Trochę różu, pomarańcz na przemiennie rysują barwy na niebie.
Pięknie 💗

Z drugiej strony woda. Jakiś sztuczny zbiornik, tak mi się wydaje. Drzewa i ptaki w oddali.
Super tu jest. Chciałabym zatrzymać czas, aby cieszyć się tym naturalnym pięknem, nasycać nim. Takie momenty mają to do sobie, że nie wiemy kiedy się kończą i musimy rozpocząć nowe.   

Pozostali turyści wyraźnie skupieni. Brak w nich radości i uśmiechu. Poważnie spoglądają na wszystkich w koło i w stronę zachodzącego słońca. 

Powiem Wam, że to też od razu pokazuje mi różnorodność naszych światów. Miejscowi gdzie byśmy ich nie spotykali, zawsze są otwarci, pełni takiej iskierki życia, szczęścia. 
Bije z nich energia. Mam wrażenie, że my - zachodnie sztuki, cieszyć się już tak tym co nas otacza nie potrafimy. Mamy inny punkt odniesienia i siedzimy z innej strony. 
Ci wszyscy ludzie w koło utwierdzają mnie w tym przekonaniu. 

Krystian mnie pogania, że czas jechać. 

Już prawie zmrok. Zaraz będzie zupełnie ciemno, a jak pisałam ostatnio - tu jak jest ciemno to jest dosłownie czarno! 
Schodzimy na dół do naszego pojazdu i kierujemy się w stronę głównej drogi, ale najpierw czeka nas przejazd polnymi dróżkami.  Przed nami zauważamy fajną białą furę, to wspomniany wcześniej kojarzący się z grubym portfelem Pan i jego żona, podczepiamy się zatem pod nich. Dają nam światło dzięki czemu widzimy jak jechać.








Na kolację zajeżdżamy do wspomnianej już we wpisach z Bagan Perfect Restaurant. 
Chłopaki już nas chyba rozpoznają. 

Wzbudzają we mnie ogromną sympatię. Ich zorganizowanie, zaradność, pracowitość. Szacun!  
Siadamy tam gdzie zawsze i tak jak zawsze za 5 zł polskich zjadamy dwa super posiłki. 
Dziś w gratisie pomidorki i cebula 😃
  

Film z tego dnia możecie obejrzeć TU


dzisiejsza trasa

droga na zachód słońca

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Sa Pa miasteczko w górach niedaleko granicy z Chinami

Jedziemy do Chin!

Świątynia Świtu, straszne muzeum medyczne i food court w centrum handlowym.