Pierwsze doświadczenie Hpa-an.



sobota 14 września, 

Spaliśmy jak dzieci. 

Calutką noc do samego rana, aż obudził nas dźwięk wiolonczeli - mój budzik w telefonie. 
Śniadania serwowane są tu między 7:00 a 10:00. 
A ponieważ nie ma w pokoju czajnika w końcu przydała się nasza grzałka 😀
Tu pozdrowienia dla paru chichraczy, którzy się z niej śmiali, kiedy się pakowaliśmy.

Nie mam zbyt wielu rytuałów czy przyzwyczajeń, ale bez kawy o poranku nie ma opcji wyjścia z łóżka.  

Śniadanie w wersji lokalnej, czyli birmańskiej! 
Mega zaskoczenie i jakie smaki. 
Samosa - uwielbiam, te w wersji birmańskiej są mniej ostre niż indyjskie i mają inny farsz, są z kapustą - była też owsianka - tak to nazwaliśmy, bo nie wiemy jak inaczej. Makaron jakby z przetartym grochem czy soczewicą i czymś na wzór grzanek w wersji lekko ciepłej. Ale pyszne!
Roti pocięte w paseczki z fasolą i słodki sklejony ryż.  
Była też opcja dla konserwatystów czyli tosty i jajko.
Do wyboru kawa lub herbata.
Oczywiście padło na kawę i w przeciwieństwie do Sri Lanki smakowała i wyglądała jak kawa.  Do tego arbuz. Nasz hitowy owoc. 

No jakby z takim śniadaniem zaczynać każdy dzień, myślę, że byłby udany zawsze i wszędzie.

Idealnie! 






Dziś postanowiliśmy łódką przepłynąć na drugą stronę rzeki i wspiąć się na Hpa-pu Mountain. 
Pogoda szalała. Dawno nie czuliśmy takiego ciepła, a w zasadzie to upału. 
Pierwsze swe kroki poczyniłam zatem do sklepu w celu nabycia nakrycia głowy. 
Nie przepadam za kapeluszami i innymi zakrywającymi mi głowę atrybutami, ale dziś czuję, że może być to sprawa życia lub śmierci.  

Młoda dziewczyna mimo bariery językowej starała się pomóc mi jak najlepiej potrafiła. Podawała kolejne i mimiką twarzy pokazywała czy pasuje czy mierzyć następny. Widziałam jak jest lekko zawstydzona i nieśmiała. Niewinność tych ludzi nas rozbraja. Ich dobra energia i prawdziwość trafiła do nas od razu. 
Pan ze sklepu obok przyglądał się i ukradkiem uśmiechał.

Kapelusz wybrany, idziemy na przystań.    


W otoczeniu śmieci, psów oczywiście i laseru z nieba znajdowały się małe łódki mające przeprawić nas na drugą stronę rzeki.
No nie ukrywam, że w pierwszej sekundzie nie byłam zbyt pewna co do bezpieczeństwa tego transportu, ale drugi brzeg wydawał się relatywnie blisko. 

W koło nikogo.

Po lewej stronie pod daszkiem siedziało paru mężczyzn leniwie spoglądając w naszą stronę. 
Jeden z nich podszedł, powiedział, że 5 minut mamy poczekać, a bilet kosztuje 500 MMK, czyli 1,40 zł.  
Ok, czekamy. 
Słońce staje się coraz bardziej nieznośne, w stojącym za nami aucie, na pace ocknął się śpiący Birmańczyk. Powiedziałam do niego głośne "Mingalarbar", ale nie dosłyszałam odpowiedzi. Ziewnął i powrócił do zajęcia sprzed chwili. 
Spod auta wyjrzał też pies, po momencie schował się z powrotem. 

Minęło jakieś 10 minut i zaproszono nas do łódki. 

Płyniemy. 


To moje pierwsze doświadczenie z tym rodzajem transportu, owszem w Bangkoku też tak pokonywaliśmy odległości, ale tu siedzimy nisko, blisko wody, a w koło nas nie ma wieżowców, ludzi, innych łodzi. Wszystko co nas otacza to natura.
Góry wydają się jeszcze większe. 

Podoba nam się. 
Niestety parę minut później byliśmy już po drugiej stronie. 
Pan nas wysadził, powiedział, że powrotny transport jest co godzinę, a ostatni o 16 albo 17:00.

Przystań - jeżeli mogę nadużyć takiego określenia - tonęła w śmieciach. 

To są smutne krajobrazy Azji. 






Idziemy przed siebie. 


Przed nami wioska. I góry. 
Cisza idealna, tylko co jakiś czas świst owada, szczekanie psa albo w oddali nadjeżdżający skuter. 
Super tu jest! 

Aby dojść do miejsca wspinaczki musieliśmy przejść przez wioskę. 

Chyba nie dociera tu zbyt wielu turystów, bo zainteresowanie wzbudziliśmy spore. 
Nikt nie przegapił naszej obecności w tym miejscu.  
Dzieci, one chyba cieszą się najbardziej. Machają do nas, krzyczą "Hello" a uśmiech ich pełny, jakby śmiało się całe ciało.

Obserwujemy codzienność mieszkających tu ludzi. 
Kobiety obierają warzywa i przygotowują jedzenie, mężczyźni coś budują, naprawiają albo po prostu leżą pod wiatą i żują betel. Dzieciaki biegają, bawią się. Tam jakaś kura, tu kogut. Oczywiście psy, całe zgraje. 
Jest spokojnie i naprawdę miło. 
Jak u babci na wisi.


nasz cel wspinaczkowy


Dochodzimy do początkowych schodów, które mają nas doprowadzić na szczyt. 
Jesteśmy już zmęczeni słońcem zatem postanawiamy odpocząć. 

Pierwszy fragment drogi doprowadził nas do miejsca gdzie mieszkają mnisi. 
W zasadzie to zbytnio nie wiedzieliśmy gdzie iść. Czy możemy przejść przez znajdujące się tam pomieszczenia, aby iść dalej w górę. Uwagi na nas też nikt zbytnio nie zwrócił.

Dostrzegliśmy mnicha z papierosem i puszką red bulla siedzącego na krawężniku, obok niego wylegiwały się dwa psy. 
Zapytaliśmy czy możemy iść dalej, kiwnął głową twierdząco i obrócił głowę, jakby nas w ogóle nie było.   

Po drodze na schodach minęliśmy dwie kobiety obierające i krojące roślinę wyglądem przypominającą bambusa, posiedzieliśmy chwilę przy nich łapiąc oddech i wspinamy się wyżej. 
Im byliśmy bliżej szczytu tym słońce paliło bardziej, było ciszej, a widoki zapierały dech. 
Z każdej strony ukazywało nam się piękno okolicy, góry, rzeka, pagody, pola ryżowe. 

Nieprawdopodobny obraz. 


Gdyby nie to słońce można stać jak zahipnotyzowanym.  

Niestety szczytu nie zdobyliśmy. Droga była już coraz węższa, schodki coraz mniejsze, aż w końcu aby wejść wyżej była tylko drabinka przyczepiona do skały. 
No i ten upał. 
Posiedzieliśmy chwilę u góry delektując się pięknem tego co nas otacza i powoli schodziliśmy w dół.
 

















tyle nam brakło do szczytu




W drodze powrotnej przez wioskę było jeszcze spokojniej i ciszej niż wcześniej, jakby nastał moment sjesty w ciągu dnia. Nawet psy, które wcześniej aktywnie dawały znać o swojej obecności pochowały się.

Pusto. 

   
Nad przystanią siedział młody mnich i paru mężczyzn. Zawołali nas abyśmy się schowali w oczekiwaniu na łódkę pod wiatą. 
Posiedzieliśmy z nimi w milczeniu jakieś 30 minut słuchając natury, odgłosów ptaków, owadów, czas na chwilę się w końcu zatrzymał. Taki spokój nastał. 

Rzadko w codziennym życiu zdarzają się nam takie momenty, żebyśmy na chwilę się zatrzymali i tylko byli. Nic innego. Żadnej aktywności, tylko być. Oddychać.
Ten element zabieram ze sobą, a raczej uczę się go, bo każdy ma w sobie taką potrzebę, tylko nie zawsze potrafimy ją odkryć i pozwolić sobie na ten czas.


Łódką która po nas przypłynęła kierował ten sam mężczyzna, wsiedliśmy i wchłanialiśmy to co nas otacza. 







Pochodziliśmy jeszcze trochę po okolicy, zahaczyliśmy o ryneczek, obserwowaliśmy ulicę, ludzi, sklepy. 
Ryneczek znajduje się zaraz obok naszego hostelu, w zasadzie to są dwa. Jeden dosłownie 2 minuty za rogiem i drugi jakieś 5 minut na przeciwko meczetu. 
Meczet ładny. Generalnie podoba mi się ta architektura arabska. Lubię.  

Na targu kupicie wszystko. Od bogatych i kolorowych działów warzywno-owocowych, mięso, ryby, jeszcze żywe i już martwe, lub martwe od przed chwili. Gotowe przekąski, słodycze, obiady, ubrania, buty, garnki i inne sprzęty i akcesoria kuchenne. 
Handlują gównie kobiety. Młode i stare, z dziećmi i całe rodziny. 

Zatrzymaliśmy się przy jednym z takich stoisk i usiedliśmy przy stoliczku. 

Obok nas wielki kogut, stanowczo i dość groźnie pokazywał, że to on tu rządzi. 
Od młodziutkiej dziewczyny kupiliśmy samosy, jedna sztuka 100 kiatów tj 0,26 gr! Niewiarygodne. 

Gdybym miała czarodziejską różdżkę i za jej pomocą zabierała czy przenosiła różne elementy mojej podróży do Polski, to to byłby kolejny.  
Wzięłam wszystkie i jedną na słodko z bananem za 200 kiatów. 
Przy stolikach w koło jakby się na chwilę zrobiło cicho. 
Widać, że biały nie zagląda tu często, a na pewno nie siada wśród lokalnych mieszkańców, koguta i tego całego jakby to rzec dyplomatycznie ...... rozgardiaszu.









Hpa-an poznane, obchodzone, posmakowane. 

Jutro plan skuter i ruszamy na podbój okolicy. Jaskinie i boczne polne drogi to będzie nasz cel. 
Co prawda wisi nad nami jeszcze element niepewności ze skuterem związany, gdyż ostatni raz Krystian miał z nim styczność jak mieszkaliśmy w Hiszpanii czyli jakieś 9 lat temu, a jak dodać do tego brak zasad na drogach, trąbienie, chaos i ogólny misz-masz, biorę pod uwagę, że przejdziemy na drugą stronę ulicy do miłej pani i wypożyczymy rowery 
Jutro się okaże. 

Naszą wspinaczkę obejrzeć możecie TU 😉


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Sa Pa miasteczko w górach niedaleko granicy z Chinami

Jedziemy do Chin!

Świątynia Świtu, straszne muzeum medyczne i food court w centrum handlowym.