Kanchanaburi. Miasto z historią w tle i pięknym Parkiem Narodowym Erawan.
wtorek 10 września,
To nie była dobra noc.
Do tej pory udawało mi się odbywać wszelkie podróże bez znajomości z pluskwami.
No niestety nic nie może przecież wiecznie trwać - jak to śpiewała wielbiona przez moją mamę Anna Jantar. Zresztą przez tą Panią mam na imię Natalia 😃
Całą noc się drapałam, wierciłam czyli nie wyspałam, a na nodze mam pogryzienia.
Delikatne w trzech miejscach. Charakterystyczne w grupach po parę zaczerwienień.
Z wiedzy mojej wynika, że organizm mój przyjął je dobrze, tzn. pluskwy, bo nie swędzą i nie wyglądają źle.
Na szczęście każdy reaguje inaczej, jedni mają bolące ropiejące rany, inni nawet nie wiedzą, że pogryzieni zostali.
Zobaczymy jak się temat rozwinie.
Posmarowałam się maścią, nie ruszam, może nie będzie tak źle.
Dziś pierwsze kroki poczyniliśmy na stację autobusową, aby sprawdzić na jutro autobus do Parku Narodowego Erawan, a także zorientować się, czy dojedziemy do Bangkoku na dworzec z którego mamy autobus do Mae Sot.
Byłoby to dużym ułatwieniem, gdyż Bangkok jest ogromny, a przemieszczanie się z wielkimi plecakami w takim upale w dodatku przed tak długą podróżą rozwala system.
No, aspekt finansowy też tu swoje skrzypce gra.
Na dworcu od razu przechwyciła nas miła Pani.
Pełni tu funkcję podobną do Pani na dworcu autobusowym w Bangkoku - pomaga niezdecydowanym i niepewnym w którą stronę iść i kogo zapytać, aby uzyskać odpowiedź.
Okazało się, że pierwszy autobus do Parku startuje o 8 rano, a ponieważ jedzie półtorej godziny, a Park jest o 15:30 od pewnego piętra już zamykany, zdecydowaliśmy się nim jechać.
A druga wiadomość, która bardzo mocno nas ucieszyła, to to, że jest opcja wyboru autobusu do Bangkoku, który zatrzymuje się na naszym dworcu 😊
Cudowna wiadomość.
Bilet nawet nie jest dużo droższy, bo kosztuje 120 THB za głowę.
W super nastrojach ruszyliśmy zwiedzać Kanchanaburi.
Miasteczko to 65 tysięczne, oprócz Parku Erawan, zasłynęło niestety z krwawej i smutnej historii. Historii z II wojną światową w tle.
To tu znajdowały się japońskie obozy jenieckie, z których w inne rejony Azji wysyłani byli żołnierze alianccy do przymusowych prac.
W czasie wojny na rozkaz Japończyków rozpoczęto tu dokładnie w czerwcu 1942 roku budowę torów kolejowych z Rangunu - ówczesnej stolicy Birmy - do Bangkoku.
Miała ona pomóc w transporcie broni i żywności żołnierzom japońskim, a także pomóc w inwazji na Indie. Półwysep Malajski już był wtedy zablokowany przez aliantów. Zatem droga lądowa była dla nich jedyną możliwą.
Termin jaki wymyślono sobie na realizację tego projektu to rok czasu.
Rok!
Jesteście w stanie to sobie wyobrazić?
Bo ja nie.
Dżungla, deszcz, słońce, zabójcza temperatura, dzikie zwierzęta, komary, choroby, głód i brak jakichkolwiek maszyn, które mogłyby pomóc przy tym nieludzko ciężkim wysiłku.
Przy budowie tej brali udział alianccy jeńcy - Amerykanie, Anglicy, Holendrzy, Australijczycy, Nowozelandczycy, Kanadyjczycy - a także tysiące Azjatów ściąganych tu do przymusowej pracy - Singapurczycy, Malajowe, Indonezyjczycy, Hindusi, Birmańczycy, Tajowie i inni.
W ciągu roku zginęło tu ponad 100 tysięcy ludzi.
Wybudowano 415 kilometrową trasę, o której mówi się, że każdy podkład kolejowy to jedno ciało.
A kolej ta nazwana została birmańską koleją śmierci.
Szczególnie ciężkim odcinkiem był fragment przełęczy, gdzie w zasadzie gołymi rękoma - jak bardzo nieprawdopodobne to się wydaje - mając do dyspozycji tylko kilofy, więźniowie osiemnaście godzin na dobę kuli w skale.
Tu podobno zginęło ich najwięcej.
Pracowali przy światłach pochodni wyglądając jak upiory, cali brudni, wychudzeni. Ich cienie przywodziły takie skojarzenia. Stąd nazwa tej przełęczy - Hellfire Pass czyli Przełęcz Ognia czy Przełęcz Ognia Piekielnego.
Drugim takim odcinkiem był właśnie most na rzece o dziwo nie Kwai, a Khwae Noi.
Rzeka ta została przemianowana na Kwai w 1960 roku, a wszystko to wzięło się z przekształcania jej nazwy przez obcych, którzy mówili Kwai właśnie.
Most ten w 1945 roku został zniszczony przez alianckie bombowce.
Po wojnie w ramach repatriacji Japończycy go odbudowali.
Tak mówią jedne źródła, inne twierdzą, że w moście wymieniono tylko dwa przęsła, a reszta jest oryginalnym mostem zbudowanym w tamtym okresie.
O moście tym wiele napisano i nakręcono, chyba najbardziej znana książka to wydana w 1952 roku Pierra Françoisa Marie Louis Boulle "Most na rzece Kwai", a w 1957 roku w reżyserii Davida Leana została ona zekranizowana.
Co prawda most w filmie to nie most w Tajlandii, bo kręcony był i specjalnie na potrzeby filmu wybudowany na Sri Lance.
Pierwsze miejsce które odwiedziliśmy, to znajdujący się niemal na przeciw dworca kolejowego cmentarz, na którym spoczywa dokładnie 6982 aliantów, którzy tu zginęli.
Najpierw wpisujemy się do pamiątkowej księgi, a za chwilę wychodzimy na idealnie przystrzyrzoną trawę.
Rozpościera się przed nami zadbany i dopieszczony zielenią teren, gdzie znajdują się małe płyty nagrobkowe.
Jest tu niesamowita cisza i powaga. Każdy z tu obecnych widać, że zatrzymuje się w chwili zadumy.
Na nagrobkach możemy przeczytać imię i nazwisko, wiek oraz czasami notkę od rodziny i bliskich. Zdarza się też podany stopień wojskowy oraz formacja w której osoba służyła.
Bardzo są to wzruszające napisy i nietrudno o kręcącą się w oku łzę, a jak dodamy do tego jeszcze wiek 22,23,24 lata .... ciary i zimny pot mimo 30 stopniowej aury.
To co zwróciło moją uwagę, to brak takiego pięknego, z pełnym szacunkiem i powagą upamiętnienia azjatyckich więźniów, którzy również ponieśli tu śmierć i dzielili okrutne losy wojny i tortur.
Idziemy dalej.
Do mostu mamy jakieś 4 km. Mijamy sklepiki, małe knajpki, różne zakłady pracy; mechanika, pralnie, agencje wycieczkowe, fryzjera.
Mamy ze sobą na karcie pamięci nasze wizy do Birmy i moją do Wietnamu, wszędzie gdzie zauważamy drukarkę pytamy, czy za opłatą mogą nam wydrukować. Bez powodzenia. Odsyłają nas dalej. Do innych punktów. Dziwne.
Temperatura rośnie i robi się coraz bardziej nieznośnie.
Mijamy pomnik upamiętniający ofiary i dochodzimy do mostu.
Turystów tu dość sporo i pierwsze co nasuwa się, to pytanie:
"Czy Wy wszyscy wiecie w jakim miejscu się znajdujecie?".
Pozy, głupie miny, bieganie po moście, pozowanie z pieskiem, na jednej nodze, na boku.
Przykro się na to patrzy.
Robimy sobie spacer po moście. Dziwne uczucie.
Mimo, że to nie dosłownie ten sam most, to świadomość wydarzeń sprzed ponad 70 lat wywołuje mieszane uczucia.
Historia wisi w powietrzu i z każdym powiewem wiatru, czuć jak po karku przechodzi dreszcz emocji.
Widok z mostu jest cudowny. Rzeka i cała zieleń w koło tworzą przepiękny krajobraz.
Kierujemy się do muzeum wojny - JEATH War Museum.
Nazwę swoją ma od pierwszych liter państw najbardziej zaangażowanych w historię tego miejsca: Japanese, English, Australian, American, Thai i Holland.
Handel w koło kwitnie. Chociaż przyznam, że obawiałam się większej komercji wokół.
W muzeum na wejściu wita nas wielka lokomotywa i wagon pociągu z napisem:
"Podczas II wojny światowej Japończycy używali tego pociągu, do transportu amunicji w walce przeciwko Indiom i Birmie".
Następnie podchodzimy do kasy, płacimy 50 THB za osobę, czyli 6,5 i idziemy dalej.
Początkowo mijamy stare wagony, miejsca odwzorowane na te gdzie mieszkali, spali i pracowali więźniowie. Mocne i bardzo dosłowne. Wyobraźnia dodaje swoje.
Następnie oglądamy rekwizyty, artefakty, przedmioty z tamtego okresu. Hełmy, broń, pieniądze, pojazdy, narzędzia, sprzęty i inne.
Jest tego na prawdę sporo, tylko to co zwraca uwagę to zaniedbanie i brak opieki nad tym wszystkim.
Im idziemy bardziej w głąb, czy wzwyż trochę temat się rozjeżdża, bo zaczynają pojawiać się elementy nie mające za wiele wspólnego z tym fragmentem historii.
Robi się mydło i powidło.
Do tego z przykrością to piszę, ale muzeum jest mega zaniedbane i brudne.
Kurz, brak renowacji, eksponaty w fatalnym stanie.
Król i gabloty z nim związane, Budda, historia waluty, gablota mówiąca o alkoholu i tytoniu, posągi i masa innych rzeczy w zasadzie nie do końca wiadomo o czym mówiąca.
Mieliśmy wrażenie jakby to muzeum było chaotyczną zbieraniną wszystkiego.
Turystów zbyt wielu tu nie spotkaliśmy, w zasadzie przez większość czasu byliśmy wszędzie sami.
Mijamy wielki posąg Pana który muzeum to ufundował w 1977 roku i dochodzimy do drugiego budynku.
Podziwiamy tu malowidła na sufitach, ścienne, opowiadające historie buddyjskie, ogromne posągi, dzwonki, można też wdrapać się na górę i podziwiać super piękne widoki.
Sam budynek robi wrażenie mimo, braku odświeżenia i ręki, która by o niego zadbała.
Jest też piętro z gablotami ze starą bronią, obrazami zasłużonych dla kraju, szatami króla.
Znajdujemy też pomieszczenia zupełnie opuszczone, zawalone starymi magazynami, książkami, gdzie mieszkają gołębie. Tak na dziko.
Dalej jakaś gablota z butami, ciuchami. Dziwne zbieractwo.
Muzeum to znajduje się na terenie świątyni, może w tym jest jakaś odpowiedź...
Z daleka widzimy jak akurat na most wjeżdża pociąg.
| sala w muzeum, gdzie można odpocząć z widokiem na most |
Film z mostu na rzece Kwai możecie obejrzeć TU.
Piechotką też wróciliśmy do domu, zahaczając jeszcze o obiad i nadal pytając, czy ktoś wydrukuje nam wizy.
Znaleźliśmy fotografa. W zasadzie to takie - jak wszystkie tu - połączenia domów i zakładów pracy.
Na środku pokoju bawiące się dzieci. Po prawej siedzą trzy kobiety i jedzą zupę, a pan Taj po lewej drukuje nasze wizy. Lekkie skrępowanie z naszej strony.
Skasował nas konkret, bo 10 THB za kartkę czyli 60 bathów całość. No nieźle.
Mimo to się ucieszyliśmy, bez wizy w ręku nie przepuszczą nas przez granicę, zatem kolejny element do odbycia dalszej podróży załatwiony.
| świnka w sosie pieczeniowym i zupka - 50 THB |
| szaszłyczek - 10 THB |
| cripsy makaron czyli chrupiący, z warzywami, tofu i orzeszkami - 40 THB |
środa 11 września,
Budzik zadzwonił o 6:00.
Po wczorajszym 16 kilometrowym spacerze plus nieprzyjaciołach dzielących ze mną łóżko, lekkie niewyspanie mi doskwiera.
Za to ugryzienia na mojej nodze są już mocno blado różowe, nie swędzi mnie nic kompletnie i nic nowego też nie doszło. Wygląda na to, że pierwszy życiowy kontakt pluskwowy uznaje za nieinwazyjny i niegroźny. Dobrze.
Schodząc na dół i kierując się do wyjścia, poznaliśmy w końcu naszą gospodynię. Przesympatyczna, dobrze mówiąca po angielsku Tajka.
Przywitała się z nami i od razu zaczęła wypytywać o pokój.
Zatem od razu pokazałam jej moją nogę.
Jej tajska twarz nie wykazała zadowolenia. A ponieważ dochodziła już 8:00 przeprosiliśmy, że nie możemy dłużej toczyć rozmowy i poszliśmy na dworzec.
Autobus już czekał.
Miły pan pokazał gdzie zakupić bilet - 50 THB czyli 6,5 zł w jedną stronę za osobę - i można było wsiadać.
Fajny ten autobus. Mimo lat na liczniku, wyglądał naprawdę spoko. No i drewniana podłoga 💗
Oprócz nas jechali też inni turyści i nasi Francuzi.
Własnie, bo ja chyba o nich zapomniałam wspomnieć.
Razem czekaliśmy na pociąg na dworcu Thonburi, a potem nim jechaliśmy. Zamieniliśmy parę słów i wymieniliśmy niezliczone uśmiechy.
Załapali się nawet na fotkę ze mną, jest ona w poprzednim wpisie dokładnie TU.
Wczoraj mijaliśmy się jak my szliśmy na most, a oni właśnie z niego wracali, no i dziś spotkaliśmy się ponownie w autobusie.
Do Erawan Parku, miejsca słynącego z podobno przepięknych 7 wodospadów, jechaliśmy 1,5 godziny i podróż ta była dość przyjemna.
Najpierw szeroka droga szybkiego ruchu, a potem w otoczeniu zieleni i coraz to ładniejszych widoków.
Pierwszy postój przy szlabanie, Pani strażniczka Parku weszła do autobusu i skasowała nas po 300 THB, czyli 39 zł za osobę za wjazd. Dostaliśmy bilety i ruszyliśmy dalej.
Następnie autobus wysadził wszystkich na parkingu przy głównym wejściu.
Park czynny jest codziennie przez cały rok od 8:00 do 16:30.
Od 15:30 obsługa Parku zaczyna sprzątać zaczynając od najwyższego poziomu, zatem osoby tam pozostające proszone są o schodzenie na niższe partie.
Level najniższy zamykany jest o 17:00.
O tej porze odjeżdża z Parku też ostatni autobus.
Zanim kierowaliśmy się wyznaczoną ścieżką do pierwszego wodospadu, obadaliśmy tablice informacyjne.
Dowiedzieliśmy się z nich, że należy zachować odpowiedni ubiór, czyli strój kąpielowy i kąpielówki odpadają, nie należy śmiecić, a od wodospadu numer dwa wzwyż nie wolno wnosić jedzenia ani picia. Pod karą tysiąca bathów.
Dozwolone są ewentualnie tylko napoje i to po uprzednim opłaceniu kaucji za butelkę 20 bathów, kiedy pokażemy pustą w drodze powrotnej kaucja zostanie nam zwrócona.
Podoba mi się. Znaczy smutne, że tak należy nas uczyć dbania o środowisko, bo pewne zachowania nie są oczywiste, ale cóż.
Może jest to sposób na wyuczenie dobrych nawyków.
Następnie poznaliśmy wszystkie wodospady, ich nazwy oraz jaka dzieli nas do każdego z nich odległość.
No to ruszamy.
Po krótkim spacerku wśród zieleni i bujnej roślinności dochodzimy do pierwszego cuda czyli "Hlai Khuen Rung".
No powiem szczerze, że widziałam te wodospady wcześniej w internecie, ale nie sądziłam, że ta woda naprawdę jest taka błękitna i czysta.
No mega wrażenie. Pięknie! A zimna....... okrutnie!
Idziemy dalej.
Do wodospadu numer dwa "Wang Macha" liczącego 600 m szliśmy chwilę pod górkę.
Mijaliśmy też smoking area, czyli miejsce gdzie na legalu można dymka jeszcze na koniec pociągnąć i skorzystać z toalety. Wyżej nie ma już takiej możliwości.
Tu też znajduje się punkt gdzie możemy oddać pełne butelki lub opłacić kaucję za zabranie ich ze sobą.
Za biurkiem siedziały dwie panie, przywitaliśmy się, uśmiechnęliśmy do siebie, a ponieważ nic od nas nie chciały poszliśmy dalej.
Wodospad zachwycił. Piękny!
I można się w nim kapać, co zaczynali czynić już pierwsi turyści.
Obok mamy panów ratowników oraz lekko antyczne kilkukrotnie odmalowane już koło ratunkowe 😀
Ruszamy pod górę.
Zaczęło się robić coraz bardziej wymagająco. Strome schody, do tego wilgotność, droga pod górkę. Pot się leje.
Dochodzimy do wodospadu numer 3 "Pha Nam Tok".
Tablica informuje nas, że ma on status bezpieczny do kąpieli i głębokość 2,5 m.
Tu również siedzi osoba pilnująca turystów. Widoki cudowne. Aż chce się usiąść i kontemplować.
Czas iść dalej.
Idziemy wśród zieleni, po drewnianym mostku, schodkach, które co kawałek robią się węższe.
Nabyliśmy też prywatnego czworonożnego przewodnika, dzielnie na nas czeka kiedy robimy zdjęcia i kręcimy film, następnie rusza przed nami, jakby chciał nam coś pokazać.
Ciekawostką są tu ubrania, które mijamy praktycznie na całym szlaku. Obwiązane drzewa sukienkami, szalami, obok stoją buty, torebki. Według wierzeń miejscowych to dla duchów zamieszkujących ten teren.
Wodospad czwarty zaliczony - "Oke Nang Peesau".
Krystian już ma ochotę wskoczyć do wody. Pot leje się po nas prawie jak ta woda z wodospadu.
Postanawiamy ruszyć dalej.
Przy piątym siadamy odpocząć i zamoczyć nogi - zimna woda!!! A jakie widoki 😍
Cudnie tu. "Buea Mai Long". Przepiękny!
Ruch na szlaku robi się coraz gęściejszy.
Wspinamy się dalej.
No tu już wesoło nie jest. Droga coraz trudniejsza, jeszcze bardziej wymagająca, a schodki przypominają konary drzew bardziej niż zbudowaną przez człowieka konstrukcję.
Do tego momentami wąsko i błotniście.
Jest! Po wodzie, udało się dotrzeć do "Dong Prucksa" wodospadu numer 6.
Tu już robimy przerwę, a Krystian wskakuje do lodowatej wody.
Pierwsze co to nie krzyk, bo zimno, ale krzyk bo ....ryby mnie gryzą 😄
Tak, wodospady te zamieszkują rybki, małe, ale też wielkie okazy, które znamy z fish spa.
Tu macie to w cenie biletu do Parku 😉
Jak zapytałam Krystiana jakie to uczucie kiedy dochodzi do spotkania pierwszego stopnia z tymi rybkami, odpowiedział "amazing!".
Lekko szczypie, ale gilgocze, przeszkadza, ale może się podobać. I jemu się podobało.
Ma on też teorię, że rybki te dlatego nie dają Ci spokoju i po sekundzie od wejścia do wody Cię atakują, aby nikt nie sikał do wodospadów 😁 Stoją na straży czystości wody.
No... coś w tym może być 😉
Po odpoczynku ruszyliśmy na finał.
Droga do celu to było coś!
Najpierw schody, potem kładka nad wodą, w zasadzie to stawając na nią byłam pewna na milion procent, że pęknie. Nie pękła.
Dalej błotem, kolejnymi schodkami, tym razem wykonanymi z mieszanki korzeni drzew i skał -jakby woda wyrzeźbiła je własnymi siłami.
Jeszcze więcej błota i jeszcze więcej korzeni, aż dotarliśmy na sam szczyt.
Tu od razu ostrzegam jest ślisko! Wysoka ostrożność wskazana.
"Phu Pha Erwana" liczy 1,5 m głębokości. Opisany jako bezpieczny do pływania, zatem Krystiana długo namawiać nie trzeba było.
Wodospad przepiękny. Z jednej strony mamy jakby mały basen z możliwością wpłynięcia pod skały, a zaraz obok drugi większy z charakterystyczną wysoką ścianą lejącej się wody.
No cudnie 😍
Spotkaliśmy tu też kąpiących się naszych Francuzów.
Namówili mnie abym weszła dalej, bo jest jeszcze piękniej, no i mieli rację.
Spędziliśmy tu trochę czasu.
Ciesząc oczy, a Krystian obniżając temperaturę ciała.
Miejsce dość oblegane, w pewnym momencie zrobiło się dość ciasno. Zatem pora zawracać.
Zejście w dół było już znacznie prostsze i łatwiejsze, a najbardziej nas chyba zdziwiło, że pokonanie w jedną stronę całej odległości to zaledwie 2000 m. Czuliśmy się jakbyśmy przeszli z dwa razy tyle.
Zdecydowanie wycieczkę do Parku Wam polecam. Super widoki, przygoda, doświadczenie i piękno Matki Natury - coś niezapomnianego.
Polecam też godzinę poranną. Wracaliśmy z Parku o 14:00. Czyli spędziliśmy w nim 4,5 godziny, robiąc całą trasę plus dwa postoje na kąpiele, które nie były jakoś spektakularnie długie.
Myślę, że przyjazd autobusem kolejnym, byłby przy naszym tempie i trybie zwiedzania na styk z wyproszeniem nas z górnych partii, które zaczynają być wcześniej sprzątane.
W Parku można podobno spotkać zwierzątka. Niestety nam się nie udało nic zobaczyć, poza motylkami, ptakami, maleńkimi jaszczurkami, rybkami pilnującymi czystości wody no i czworonożnym przewodnikiem.
Po wczorajszym 16 kilometrowym spacerze plus nieprzyjaciołach dzielących ze mną łóżko, lekkie niewyspanie mi doskwiera.
Za to ugryzienia na mojej nodze są już mocno blado różowe, nie swędzi mnie nic kompletnie i nic nowego też nie doszło. Wygląda na to, że pierwszy życiowy kontakt pluskwowy uznaje za nieinwazyjny i niegroźny. Dobrze.
Schodząc na dół i kierując się do wyjścia, poznaliśmy w końcu naszą gospodynię. Przesympatyczna, dobrze mówiąca po angielsku Tajka.
Przywitała się z nami i od razu zaczęła wypytywać o pokój.
Zatem od razu pokazałam jej moją nogę.
Jej tajska twarz nie wykazała zadowolenia. A ponieważ dochodziła już 8:00 przeprosiliśmy, że nie możemy dłużej toczyć rozmowy i poszliśmy na dworzec.
Autobus już czekał.
Miły pan pokazał gdzie zakupić bilet - 50 THB czyli 6,5 zł w jedną stronę za osobę - i można było wsiadać.
Fajny ten autobus. Mimo lat na liczniku, wyglądał naprawdę spoko. No i drewniana podłoga 💗
Oprócz nas jechali też inni turyści i nasi Francuzi.
Własnie, bo ja chyba o nich zapomniałam wspomnieć.
Razem czekaliśmy na pociąg na dworcu Thonburi, a potem nim jechaliśmy. Zamieniliśmy parę słów i wymieniliśmy niezliczone uśmiechy.
Załapali się nawet na fotkę ze mną, jest ona w poprzednim wpisie dokładnie TU.
Wczoraj mijaliśmy się jak my szliśmy na most, a oni właśnie z niego wracali, no i dziś spotkaliśmy się ponownie w autobusie.
Do Erawan Parku, miejsca słynącego z podobno przepięknych 7 wodospadów, jechaliśmy 1,5 godziny i podróż ta była dość przyjemna.
Najpierw szeroka droga szybkiego ruchu, a potem w otoczeniu zieleni i coraz to ładniejszych widoków.
Pierwszy postój przy szlabanie, Pani strażniczka Parku weszła do autobusu i skasowała nas po 300 THB, czyli 39 zł za osobę za wjazd. Dostaliśmy bilety i ruszyliśmy dalej.
Następnie autobus wysadził wszystkich na parkingu przy głównym wejściu.
Park czynny jest codziennie przez cały rok od 8:00 do 16:30.
Od 15:30 obsługa Parku zaczyna sprzątać zaczynając od najwyższego poziomu, zatem osoby tam pozostające proszone są o schodzenie na niższe partie.
Level najniższy zamykany jest o 17:00.
O tej porze odjeżdża z Parku też ostatni autobus.
Dowiedzieliśmy się z nich, że należy zachować odpowiedni ubiór, czyli strój kąpielowy i kąpielówki odpadają, nie należy śmiecić, a od wodospadu numer dwa wzwyż nie wolno wnosić jedzenia ani picia. Pod karą tysiąca bathów.
Dozwolone są ewentualnie tylko napoje i to po uprzednim opłaceniu kaucji za butelkę 20 bathów, kiedy pokażemy pustą w drodze powrotnej kaucja zostanie nam zwrócona.
Podoba mi się. Znaczy smutne, że tak należy nas uczyć dbania o środowisko, bo pewne zachowania nie są oczywiste, ale cóż.
Może jest to sposób na wyuczenie dobrych nawyków.
Następnie poznaliśmy wszystkie wodospady, ich nazwy oraz jaka dzieli nas do każdego z nich odległość.
No to ruszamy.
Po krótkim spacerku wśród zieleni i bujnej roślinności dochodzimy do pierwszego cuda czyli "Hlai Khuen Rung".
No powiem szczerze, że widziałam te wodospady wcześniej w internecie, ale nie sądziłam, że ta woda naprawdę jest taka błękitna i czysta.
No mega wrażenie. Pięknie! A zimna....... okrutnie!
Idziemy dalej.
Do wodospadu numer dwa "Wang Macha" liczącego 600 m szliśmy chwilę pod górkę.
Mijaliśmy też smoking area, czyli miejsce gdzie na legalu można dymka jeszcze na koniec pociągnąć i skorzystać z toalety. Wyżej nie ma już takiej możliwości.
Tu też znajduje się punkt gdzie możemy oddać pełne butelki lub opłacić kaucję za zabranie ich ze sobą.
Za biurkiem siedziały dwie panie, przywitaliśmy się, uśmiechnęliśmy do siebie, a ponieważ nic od nas nie chciały poszliśmy dalej.
Wodospad zachwycił. Piękny!
I można się w nim kapać, co zaczynali czynić już pierwsi turyści.
Obok mamy panów ratowników oraz lekko antyczne kilkukrotnie odmalowane już koło ratunkowe 😀
Ruszamy pod górę.
Zaczęło się robić coraz bardziej wymagająco. Strome schody, do tego wilgotność, droga pod górkę. Pot się leje.
Dochodzimy do wodospadu numer 3 "Pha Nam Tok".
Tablica informuje nas, że ma on status bezpieczny do kąpieli i głębokość 2,5 m.
Tu również siedzi osoba pilnująca turystów. Widoki cudowne. Aż chce się usiąść i kontemplować.
Czas iść dalej.
Idziemy wśród zieleni, po drewnianym mostku, schodkach, które co kawałek robią się węższe.
Nabyliśmy też prywatnego czworonożnego przewodnika, dzielnie na nas czeka kiedy robimy zdjęcia i kręcimy film, następnie rusza przed nami, jakby chciał nam coś pokazać.
Ciekawostką są tu ubrania, które mijamy praktycznie na całym szlaku. Obwiązane drzewa sukienkami, szalami, obok stoją buty, torebki. Według wierzeń miejscowych to dla duchów zamieszkujących ten teren.
Wodospad czwarty zaliczony - "Oke Nang Peesau".
Krystian już ma ochotę wskoczyć do wody. Pot leje się po nas prawie jak ta woda z wodospadu.
Postanawiamy ruszyć dalej.
Przy piątym siadamy odpocząć i zamoczyć nogi - zimna woda!!! A jakie widoki 😍
Cudnie tu. "Buea Mai Long". Przepiękny!
Ruch na szlaku robi się coraz gęściejszy.
Wspinamy się dalej.
No tu już wesoło nie jest. Droga coraz trudniejsza, jeszcze bardziej wymagająca, a schodki przypominają konary drzew bardziej niż zbudowaną przez człowieka konstrukcję.
Do tego momentami wąsko i błotniście.
Jest! Po wodzie, udało się dotrzeć do "Dong Prucksa" wodospadu numer 6.
Tu już robimy przerwę, a Krystian wskakuje do lodowatej wody.
Pierwsze co to nie krzyk, bo zimno, ale krzyk bo ....ryby mnie gryzą 😄
Tak, wodospady te zamieszkują rybki, małe, ale też wielkie okazy, które znamy z fish spa.
Tu macie to w cenie biletu do Parku 😉
Jak zapytałam Krystiana jakie to uczucie kiedy dochodzi do spotkania pierwszego stopnia z tymi rybkami, odpowiedział "amazing!".
Lekko szczypie, ale gilgocze, przeszkadza, ale może się podobać. I jemu się podobało.
Ma on też teorię, że rybki te dlatego nie dają Ci spokoju i po sekundzie od wejścia do wody Cię atakują, aby nikt nie sikał do wodospadów 😁 Stoją na straży czystości wody.
No... coś w tym może być 😉
Po odpoczynku ruszyliśmy na finał.
Droga do celu to było coś!
Najpierw schody, potem kładka nad wodą, w zasadzie to stawając na nią byłam pewna na milion procent, że pęknie. Nie pękła.
Dalej błotem, kolejnymi schodkami, tym razem wykonanymi z mieszanki korzeni drzew i skał -jakby woda wyrzeźbiła je własnymi siłami.
Jeszcze więcej błota i jeszcze więcej korzeni, aż dotarliśmy na sam szczyt.
Tu od razu ostrzegam jest ślisko! Wysoka ostrożność wskazana.
"Phu Pha Erwana" liczy 1,5 m głębokości. Opisany jako bezpieczny do pływania, zatem Krystiana długo namawiać nie trzeba było.
Wodospad przepiękny. Z jednej strony mamy jakby mały basen z możliwością wpłynięcia pod skały, a zaraz obok drugi większy z charakterystyczną wysoką ścianą lejącej się wody.
No cudnie 😍
Spotkaliśmy tu też kąpiących się naszych Francuzów.
Namówili mnie abym weszła dalej, bo jest jeszcze piękniej, no i mieli rację.
Spędziliśmy tu trochę czasu.
Ciesząc oczy, a Krystian obniżając temperaturę ciała.
Miejsce dość oblegane, w pewnym momencie zrobiło się dość ciasno. Zatem pora zawracać.
Zejście w dół było już znacznie prostsze i łatwiejsze, a najbardziej nas chyba zdziwiło, że pokonanie w jedną stronę całej odległości to zaledwie 2000 m. Czuliśmy się jakbyśmy przeszli z dwa razy tyle.
| mijany wodospad numer dwa |
| nasi Francuzi |
Zdecydowanie wycieczkę do Parku Wam polecam. Super widoki, przygoda, doświadczenie i piękno Matki Natury - coś niezapomnianego.
Polecam też godzinę poranną. Wracaliśmy z Parku o 14:00. Czyli spędziliśmy w nim 4,5 godziny, robiąc całą trasę plus dwa postoje na kąpiele, które nie były jakoś spektakularnie długie.
Myślę, że przyjazd autobusem kolejnym, byłby przy naszym tempie i trybie zwiedzania na styk z wyproszeniem nas z górnych partii, które zaczynają być wcześniej sprzątane.
Zjedliśmy obiad i leniwie udaliśmy się na odpoczynek do domu.
Pani Tajka już na nas czekała, przepraszając za sytuację z pluskwami i zaprosiła nas do nowego pokoju.
Miło, aczkolwiek próbowałam Jej uświadomić, że problem z pluskwami w jednym pokoju równa się w pokoju każdym.
Oczywiście skorzystaliśmy z jej propozycji.
To co nas dziś jeszcze czeka to pakowanie i wewnętrzne nastawienie się na jutrzejszą podróż.
W zasadzie to nie wiemy czego się spodziewać. Podekscytowanie miesza się ze strachem.
Drogi przed nami dużo, bo najpierw z Kanchanaburi wracamy do Bangkoku, następnie odczekamy swoje na dworcu autobusowym - mam nadzieję, że mają wifi, a jak nie to przynajmniej podłączenie do prądu. Zawsze wykorzystuję takie chwile na pisanie moich relacji i przemyśleń podróżniczych. Takie miejsca sprzyjają myślom.
A o 22:00 wsiadamy w autobus - który też jeździ mi z tyłu głowy, jak będzie wyglądał i czy nie będzie w nim zbyt wielu pasażerów na gapę 😉 W końcu to najtańszy możliwy transport - do Mae Sot.
Tam musimy dostać się do przejścia granicznego, mam nadzieję, że bez problemów przekroczymy je i poszukamy transportu do Hpa-An, gdzie spędzamy pierwsze trzy noce.
Zupełnie nowe doświadczenie i inna forma podróży niż do tej pory miałam okazję doświadczać.
Kolejna relacja już z Birmy.

Komentarze
Prześlij komentarz