Azja. Tajlandia. Bangkok. Czas start!



Dokładnie 38 godzin zajęło nam dostanie się z mieszkania w Słupsku do mieszkania w Bangkoku. 
Najpierw autobus ze Słupska do Warszawy - koszt 74 zł za osobę i jest to nasze, a w zasadzie to będę uczciwa i wezmę to na klatę - moje gapiostwo, gdyż kiedy była promocja bilet za złotówkę, a drugi za 47 złotych, wykazałam cechę typowo kobiecą - brak zdecydowania 😉 Tydzień później już promocji nie było.  

W  stolicy byliśmy z lekkim opóźnieniem około 2.40 w nocy. Wysiedliśmy na dworcu PKS Warszawa Zachodnia.
Stąd wzięliśmy Ubera, który za dokładnie 19,76 zł dowiózł nas na lotnisko Chopina. 

Dlaczego tak wcześnie? Mogliśmy jechać autobusem późniejszym i być w Warszawie 6:40, ale perspektywa oglądania startującego samolotu w razie opóźnienia/wypadku/korku/kolumny prezydenckiej przez niedomyte okno autobusu nie była zachęcająca. Woleliśmy zatem być wcześniej  i odczekać swoje, ale mieć pewność wejścia na pokład linii tureckich. 

Start samolotu do Stambułu, gdzie mieliśmy transfer - 3h - był z 10 minutowym opóźnieniem i rozpoczął się o 10.35. 

Trzy godziny później spacerowaliśmy już po nowiutkim lotnisku w jednym z największych miast świata, leżącym i w Europie, i Azji jednocześnie.
 

Bilety kosztowały nas dokładnie  3809,99 zł za dwie osoby w dwie strony. Od razu powiem - da się taniej. 3600 a nawet 3200.
Na pokładzie dostaliśmy śniadanko i kawkę. 




Wróćmy jeszcze jednak do lotniska.
Otwarte w kwietniu tego roku i wybudowanie za 8 miliardów dolarów robi bardzo przyjemne wrażenie. 

Duże, przestronne, nowiutkie, lśniące wręcz i bardzo proste w obsłudze.
Dużo sklepów znanych marek, sieciówki z jedzeniem i ogrom ekranów z reklamami rzucających się w oczy z bardzo daleka.
Są też sklepy z pamiątkami, szalami, dywanami i tak piękną ceramiką, że serce boli, że nie można kupić i zabrać w dalszą drogę.  

Nowe lotnisko znajduje się nad Morzem Czarnym 35 km od Stambułu. 
Ciekawostką jest to, że przeprowadzka z lotniska Ataturka - które do tej pory obsługiwało podróżnych -  nastąpiła niespełna w dobę! Tak: 24h.  Szacun! 
Obecnie obsługiwać ma ono 90 milionów pasażerów rocznie, a docelowo ma być to nawet 200 milionów. Zdecydowanie jeden z największych portów lotniczych na świecie.  
Lotnisko to od razu też zwraca swą uwagę różnorodnością kulturową. Mix totalny. 
Mało europejsko na pierwszy rzut oka, za to azjatycko i mocno afrykańsko. 
Bardzo podobają mi się Murzynki. Śliczne kobiety, często z bujnymi fryzurami w kolorowych sukienkach. Niestety zdjęcia żadnej z nich nie zrobiłam, myślę, że byłoby to mocno nie na miejscu. 





zmieniające się tło na ścianie sklepu! 


Samolot do Bangkoku zaskoczył nas ułożeniem foteli w konfiguracji 2-4-2 oraz licznymi gratisami w postaci kosmetyczki z pastą do zębów i szczoteczką, skarpetkami, kapciami oraz opaską do spania na oczy. Dostaliśmy też do wypełnienia kartę imigracyjną co znacznie przyspiesza odprawę paszportową po przylocie. 
Zdecydowanie rozczarował natomiast małą ilością miejsca na nogi. O ile ja dawałam radę przy moim wzroście, to Krystianowi było już dość ciasno. 
Na wyposażeniu każdego siedzenia były oczywiście słuchawki, poduszka i kocyk - mocno nas korciło aby rozpoczął on dalszą podróż z nami - oraz ekran z wyborem filmów, seriali, muzyki, gier i innych rozrywek. 
W trakcie lotu na ekranie można było cały czas kontrolować czas jaki pozostał do lądowania, aktualne położenie, godzinę jaka jest w Bangkoku czy wysokość i prędkość z jaką lecimy.
Samolot miał też zainstalowane kamery z przodu i na dole, co też było widać na naszych ekranach.

W trakcie lotu dostaliśmy dwa posiłki.
Kolacja moja wegetariańska to makaron w sosie pomidorowym z oliwkami i parmezanem, mus czekoladowy (przepyszny!!!), bułeczka i napoje. Smacznie.

Krystian miał ryż z kurczakiem w sosie z bakłażana, cukinii i papryki; fasolkę w sosie pomidorowym na zimno,  oraz jeżynowe mascarpone (też pyszne!!!).
Do wyboru były też różnej maści alkohole. 

W tle wschodzącego słońca nad Rangunem podano nam śniadanie. 
Jajecznica oraz w moim zestawie omlet, bułeczkę oraz po plasterku dwóch rodzajów sera, pomidora i oliwce do tego do wyboru kawa/herbata/soki. Takie samo śniadanie podano nam w locie wcześniejszym Warszawa-Stambuł.
Lot z racji nieciekawej pogody w połowie drogi trochę był niepokojący i momentami kojarzył nam się z jazdą pociągiem, ale na szczęście bezpiecznie dotarliśmy do celu.











Bangkok zaraz lądujemy

Zaraz po wylądowaniu odstaliśmy swoje w kolejce do odprawy i bezproblemowo z uśmiechem na twarzy wbito nam darmowy, bezwizowy 30 dniowy pobyt w Tajlandii.
W międzyczasie poznaliśmy Martynę z Białegostoku, która przyjechała odwiedzić przyjaciółkę, zatem w gronie trzyosobowym ruszyliśmy na podbój kantoru, karty sim i pociągu z lotniska do centrum.

Kantor za namową opinii internetowych wybraliśmy o nazwie SuperRich i potwierdziło się - był on z najlepszym kursem spośród wszystkich innych ofert w koło.
Karty do internetu nie kupiliśmy,  gdyż ceny były dla nas zdecydowanie nieproporcjonalne do tego co oczekiwaliśmy.
Dostępne na lotnisku karty Sim były typowo turystyczne z internetem od 3GB do 6GB i w opcji na 15 dni kosztowały w granicach 55-66 zł. Bez przesady! 

Mamy plan zakupić zwykłą kartę sim i doładować ją samemu, powinna być to opcja zdecydowanie tańsza i co ważne limit czasu nie wynosi 15 czy 30 dni a parę miesięcy. 

Pociąg z lotniska do centrum jeździ dość często, a zakup biletu na stację końcową Phaya Thai do której musieliśmy się dostać kosztuje 45 THB za osobę czyli dokładnie 5,85 zł. 
Następnie pożegnaliśmy się z naszą rodaczką i przesiedliśmy na linie BTS - naziemna kolej miejska - która zawiozła nas do stacji Siam gdzie przeskoczyliśmy na kolejny pociąg do stacji Krung Thonburi. Koszt biletu kolejką wyniósł nas również 45 THB za osobę. 
Pozostały odcinek 1,4 km przeszliśmy piechotą.
  
Pokój z łazienką, balkonem i klimą wynajęliśmy za pośrednictwem serwisu Airbnb za 468 zł za 8 nocy.
Znajduje się on w wysokim budynku mieszkalnym w dzielnicy Khlong San na 6 piętrze. Nie jest to turystyczne miejsce, mieszkamy w typowo tajskim miejscu, w koło sami lokalsi i bardzo nam się to podoba.
Aby tu dojść pokonać musieliśmy parę zakrętów i zakamarków obserwując codzienne życie mieszkańców. 

Studio to jest bardzo czyste,  jest tu spokojnie i cicho.
Na korytarzu znajduje się lodówka i kuchenka mikrofalowa. Jest też pralka i za 30 THB do 9 kg można zrobić pranie.
Na dole przed wejściem do budynku w strefie powiedzmy gospodarczej, mamy do dyspozycji mini kuchnię.
Jest tu kuchenka z jednym palnikiem, przybory kuchenne i różne azjatyckie przyprawy.
Dobry motyw dla backpackersów jak my 😉 Zawsze to opcja na oszczędność paru bahtów. 

Do głównych atrakcji Bangkoku albo łapiemy autobus, albo płyniemy na drugą stronę rzeki i za 3,5 bahta jesteśmy np. w Chinatown i słynnej Yaowarat Road. 

Jeżeli nie macie konta na serwisie Airbnb, zapisując się z tego LINKA dostajecie zniżkę 100 zł na pierwszą rezerwację.

zdjęcie z booking.com

zdjęcie z booking.com

zdjęcie z booking.com

śniadanko

Po wymarzonym i dającym ulgę jak nigdy jeszcze prysznicu i krótkiej drzemce ruszyliśmy obadać okolicę. 
Na pierwszy rzut oka i kubków smakowych poszła dzielnica Chinatown.
Aby się tam dostać musieliśmy przepłynąć promem na drugi brzeg rzeki Menam. Transport taki kosztuje 3,5 BHT od głowy czyli około 0,50 gr i trwa jakieś 2-3 minuty.




Yaowarat, bo o tej ulicy mowa, znajduje się jakieś 8-10 minut od przystani.

Oczy dostały to co miały dostać czyli dziesiątki stoisk z ulicznym jedzeniem z każdej strony, plus odgałęzienia w prawo, lewo i kolejne prawo, lewo z jeszcze większą ich liczbą. 

Kubki smakowe mogą wybierać i przebierać ile sił starczy w nogach na obejście wszystkich stoisk.
Ryże, makarony z owocami morza, świnką, wołowiną, kurczakiem, albo mieszane, zupy, desery, owoce, robaki, świeże soki - wszystko czego zapragniecie.

My skusiliśmy się w bocznej alejce na ryż, ja z warzywami i jajkiem z dodatkiem słodkiego chilli i limonki, Krystian z wieprzowiną smażoną w czosnku. Za dwa dania zapłaciliśmy 140 BHT czyli około 18 złotych.     
Na deser, ale już na wynos wzięliśmy Patonggo z pakowanym osobno sosem z pandanu i kokosa. Mały set kosztował 40 BHT czyli 5,15 i były to 4 smażone w głębokim oleju jakby pączki w kształcie nie pączka :D
Obserwowaliśmy jak pan Taj sprawnie wyrabia ciasto, zawija a następnie kroi.
Na szybie widniały 2 plakaty informujące o przyznanych mu dwa lata pod rząd gwiazdkach Michelin za 2018 i 2019 rok.

Filmik o Yaowarat tu.

 







patonggo










Wracaliśmy do naszej przystani już w nocnej scenerii co było mega fajowe. 

Ulica ta, kiedy robi się ciemno zamienia się w kolorowe od bilbordów i reklam świecidełko. Do tego tłumy turystów jedzących i tych wciąż czekających, śmiejących się, robiących zdjęcia.
Można poczuć klimacik.




 

Jutro w planie mamy zwiedzanie Wielkiego Pałacu Królewskiego oraz Wat Pho. Co z tego będzie powie nam jutro pogoda 😀
Dziś popołudniem ulewa była sroga i niedająca żadnych szans aby wyjść na ulicę. Oby było lepiej! 


Filmik z podróży znajdziecie tu.




Komentarze

  1. Świetny opis, jakbym tam była :) Robaczków proszę spróbować i podzielić się wrażeniami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję :)
      Nad spróbowaniem przez Krystiana robaków cały czas pracuję. Wzbrania się jak może, ale mam jeszcze sporo czasu ;)
      Pozdrawiamy!

      Usuń
  2. Super ciekawa relacja jakbym była z wami dzięki😊

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Sa Pa miasteczko w górach niedaleko granicy z Chinami

Jedziemy do Chin!

Świątynia Świtu, straszne muzeum medyczne i food court w centrum handlowym.