Posty

Świątynia Świtu, straszne muzeum medyczne i food court w centrum handlowym.

Obraz
Wtorek 3 września, Zastanawiałam się dziś, czy Bangkok mnie już do siebie przekonał i w dalszym ciągu nie wiem.  Tyle czytałam o tej stolicy, tyle miałam wyobrażeń, a to co chyba najmocniej póki co zwraca moją uwagę, to dość zamknięci w sobie, słabo mówiący po angielsku Tajowie i problem z wege jedzeniem na ulicy.  Tak, moi mili. Życie wegetarianki, czyli moje życie kulinarne na zewnątrz, czyli w miejscu innym niż domowe gotowanie, zawsze było ciężkie i wymagało dużo poszukiwań i dużo cierpliwości.  Natomiast w Bangkoku osiągam szczyty. Nie wiem, może akurat trafiam w pechowe miejsca, może źle pytam, ale generalnie wesoło nie jest.  Oczywiście możecie udać się do restauracji i tam bez problemu zjeść zapewne wszystko co Wam akurat kubki smakowe szepną, ale budżetowe to nie będzie, a taka forma żywieniowa mnie nie interesuje, no a poza tym street food jest tu serio mega duży, więc po co przepłacać?  Szarpnęliśmy się wczoraj wieczorem na kolację...

Wielki Pałac Królewski i Wat Pho

Obraz
Poniedziałek 2 września.  Jet lag sprawia wrażenie nieobecnego. Bez problemu udało nam się oddać w objęcia Morfeusza i obudzić idealnie o 8 rano.  Możliwe, że to zasługa długiej podróży i wyczerpanych prawie do zera baterii. Dziś postanowiliśmy, że śladem wszystkich turystów przyjeżdżających do Bangkoku udamy się do Wielkiego Pałacu Królewskiego.  Z przystani nieopodal naszego tymczasowego domu, przedostaliśmy się na na drugi brzeg do stacji Rajchawongse i tam łapaliśmy prom płynący do stacji Tha Chang.  Kosztowało nas to 20 THB od osoby. Czyli jakieś 2,6 zł.   Podoba mi się ten rodzaj transportu.  Jest szybki, ciekawy wizualnie - płynąc podziwiamy Bangkok od zupełnie innej strony niż ruchliwa ulica.  Do tego ludzie. Miejscowi z zakupami, turyści z aparatami i kamerami, często zagubieni i nerwowo sprawdzający na telefonie aktualne położenie, a najlepsza jest obsługa.  Krzycząca rozciągając piskliwie każde słowo informując tym jaka...