Zatrucie Krystiana i miłość od pierwszej tekowej deski na U Bein Bridge.
niedziela, 29 września
Kolejne dni nie przebiegły jak zostały zaplanowane.
W Mandalay mieliśmy zarezerwowane 5 noclegów. Zapewne w tej chwili niektórzy pomyśleli "ile?", ano pięć. Poznanie miasta, nowego miejsca w dobę czy dwie jest totalnie nie w naszym stylu i zdecydowanie polecam Wam zobaczyć mniej, a wnikliwie, niż dużo, a byle jak.
Niestety 2 dni spędziliśmy unieruchomieni w pokoju - Krystian się zatruł!
W planach naszych było wypożyczenie skutera i odwiedzenie oddalonego o 12 km na południe od centrum miasta U Bein Bridge, oraz w dokładnie przeciwnym kierunku - 7 km na północ, Wzgórza Mandalay, po drodze zahaczając o Kyauktawgyi i Kuthodaw Pagoda. Niestety nie było opcji, aby udało ruszyć się z pokoju.
Nie wiemy czym dokładnie spowodowana była choroba mego towarzysza podróży. Jedliśmy w tych samych miejscach, owszem ja wybierałam opcje wegetariańskie, zatem czyżby dobra karma wzięła mnie w swoje ramiona? ;)
Ponadto myślę, że chroni mnie obsesyjne wręcz dezynfekowanie rąk - w Polsce stało się to modne i powszechne jak zapukał do naszych drzwi złowieszczy Covid 19 - możemy zatem powiedzieć, że robiliśmy to, zanim było to modne ;P
Po każdym kontakcie z obcą powierzchnią od razu skraplam dłonie żelem dezynfekującym, a w mojej wyobraźni wszystkie zarazki odchodzą w nicość. Przed jedzeniem, po jedzeniu, po opuszczeniu sklepu, tuk tuka, toalety, dotykaniu barierek, klamek, a nawet do dezynfekcji stołu czy szafki w pokoju hotelowym, gdzie kładę cokolwiek związanego z żywnością.
Można rzec mania! Ale ja wierzę, że to ona właśnie w czasie spędzonych w zeszłym roku ponad 7 miesięcy w Azji uchroniła mnie przed taką pauzą.
Krystiana leczyliśmy tabletkami na zatrucie i bakteryjne i wirusowe, niestety nazwy nie pamiętam, a także węglem i ogromną ilością elektrolitów, które pił po każdym odwiedzeniu toalety. Polecam również pić wodę z kokosa.
Po dwóch dniach udało nam się zrobić krótki spacer, ale nie było mowy o dalszej eksploracji miasta.
| widok z mostu po lewej |
| widok z tego samego mostu po prawej |
| kino |
| sesja ślubna |
Trzeciego dnia Krystian poczuł się lepiej, a był to dzień kiedy nocnym autobusem opuszczaliśmy Mandalay i kierowaliśmy się do oddalonego na południe o 630 km Rangunu, zatem nie było wyjścia - musieliśmy skorzystać z prywatnego kierowcy, który tuk tukiem zawiózł nas we wszystkie te miejsca.
Przyjemność taka o dziwo kosztowała porównywalnie, a nawet ciut mniej niż wynajęcie skutera! A do tego nie ukrywam, przyjemnie i wygodnie kiedy ktoś Was wozi z miejsca na miejsce, a i coś jeszcze przy okazji opowie.
Wynajęcie skutera w naszym hotelu kosztowało 20 tys MMK, czyli 57 zł! To kwota bardzo wysoka, a porównując do Bagan czy Hpa-An niemal 3 razy wyższa! Podejrzewamy, że wynika to z tego, że turyści mają wynajmować lokalnych tuk tukarzy, a nie jeździć wszędzie samemu.
Za pięciogodzinną jazdę z super sympatycznym kierowcą zapłaciliśmy 30 tys MMK czyli 85 zł i w tym wliczone były wszystkie opłaty za wstępy oraz parkingi.
Punkt 12:00 wymeldowaliśmy się z pokoju, a parę minut po 13:00 siedzieliśmy już w białym tuk tuku i z wiatrem we włosach gnaliśmy ulicami Mandalay na południe do mostu U Bein, który absolutnie i totalnie mnie zachwycił.
Jest to najdłuższy i najstarszy na świecie most tekowy znajdujący się nad jeziorem Taungthaman obok miasta Amarapura, będącego niegdyś stolicą Birmy. Liczy on 1,2 km długości i wybudowany został między 1849, a 1851 rokiem.
Droga do mostu jak łatwo się domyśleć prowadzi między rozstawionymi z dwóch stron straganami ze wszystkim. Pośrodku znajduje się świątynia, a śpiewy z niej słyszeliśmy już opuszczając naszego tuk tuka.
Most i jego klimat od pierwszego wejrzenia trafia w moje serce! Ta energia, otoczenie, mijani ludzie - wspaniale!
Ze względu na końcówkę pory deszczowej w koło nas utrzymuje się jeszcze woda - w porze suchej, zapewne przeszlibyśmy pod nim suchą nogą - a na niej obserwujemy łódki z mężczyznami łowiącymi ryby, wielkie rozrzucone sieci, fotografów robiących sesje zakochanym. Na moście mijają nas uśmiechnięci Birmańczycy w kolorowych strojach z thanaką na policzkach, od których bije tyle sympatii, że już żałuję, że nie mogę jej zabrać ze sobą do domu.
Na moście znajdują się zadaszone miejsca z ławeczkami, można tam odpocząć, oddać się chwili, zjeść przekąskę, którą nieopodal ktoś sprzedaje, albo schronić przed deszczem.
W połowie drogi podchodzi do nas dwóch mniszków i pytają czy mogą sobie zrobić z nami zdjęcie, chwilę rozmawiamy jednak to co rzuca nam się w oczy, a raczej w nos to wyraźny zapach alkoholu! W końcu jak widać mnich też człowiek ;)
Dochodzimy do końca mostu, gdzie odpoczywamy, upajamy się wszystkim w koło i szybszym krokiem wracamy, gdyż chmury, które od wczesnych godzin wprowadzały niepokój, zaczynają wyglądać coraz groźniej.
Nie możecie pominąć tego miejsca będąc w Birmie, a w szczególności w Mandalay. Miejsce to jest podobno hitem na zachody słońca, jednak my się zbieramy i jedziemy dalej, co jest też chyba dobrym pomysłem, bo ludzi na moście zaczyna przybywać.
| nasz kierowca |
| nasz tuk tuk |
| droga do U Bein Bridge |
| złapane do klatki ptaki, za niewielką opłatą można uwolnić. Często na koniec dnia są już martwe :( |
We wspaniałych nastrojach, co od razu dostrzega w nas nasz kierowca, wsiadamy do tuk tuka i jedziemy dalej. Kierunek to Mandalay Hill.
Po drodze zatrzymujemy się na wielkiej ruchliwej ulicy, gdzie na poboczu kupujemy przekąski. Uwielbiam te birmańskie samosy i inne pikantne snaki. Jeden woreczek dla nas, drugi dla zaskoczonego tym gestem naszego dzisiejszego towarzysza dnia. Atmosfera się mocno wyluzowała, co kierowca nasz podkreślił włączeniem dość głośno muzyki. Przy hitach Shakiry pokonywaliśmy kolejne kilometry.
Zanim dotarliśmy na Wzgórze Mandalay, zatrzymaliśmy się przy Kuthodaw Pagoda, zwanej także Świątynią Książką. Nazwę swą zawdzięcza małym tabliczkom z wyrytymi naukami Buddy, które znajdują się w mini pagodach ulokowanych na jej terenie. Wrażenie robi to niesamowite. Labirynty małych pagód, a w nich buddyjskie mądrości.
Nie zostajemy jednak długo. Słońce powoli chyli się ku snu, zatem po kilkunastu minutach zawracamy i podążamy na sam szczyt Mandalay.
Wzgórze, dzięki któremu miasto zawdzięcza swą nazwę, znajduje się na 236 m.n.p.m. My wjeżdżamy, ale bardzo popularną formą dostania się na górę jest spacer lub jogging, co widzimy mocno hałasując naszym tuk tukiem. Jest to też miejsce popularne wśród sportowców. Na wielu zakrętach zauważamy ławeczki do ćwiczeń i inne zainstalowane urządzenia, z których Birmańczycy chętnie korzystają.
Oprócz tego, że jest to ważne miejsce kultu i pielgrzymek, legenda głosi, że na wzgórzu tym wraz ze swym uczniem Anandą przebywał Budda, który przez kilka tygodni głosił tu swoje nauki.
Na samym szczycie znajduje się Su Taung Pyei Phaya Pagoda, do której dostajemy się za pomocą ruchomych schodów. Oprócz nas wjeżdżają zbyt głośni chińscy turyści. Może to podekscytowanie, emocje, a może standardowy styl zachowania i kultury, z którym coraz częściej w wykonaniu tej narodowości mamy styczność.
Po wyjściu na taras od razu naszym oczom ukazuje się okazała pozłacana budowla mieniąca się w zachodzącym właśnie słońcu. Jest też spory tłok, ale dochodząc do barierek kompletnie nas to nie dziwi - widok jest spektakularny. Mamy przed sobą całe miasto, aż po horyzont. Pagody, Świątynie, domy, pola golfowe, rzekę Irawadi, pola ryżowe. Coś wspaniałego, a do tego to zachodzące słońce! Jest pięknie!
To co jeszcze zwraca naszą uwagę to mniszki i uczniowie z pobliskich szkół zaczepiający turystów i praktykujący z nimi język angielski :) Słyszymy w koło wciąż te same zapytania, "skąd jesteś", "ile masz lat", "czy podoba ci się Birma". Do stojącej obok nas w średnim wieku pary Niemców podchodzą 4 dziewczyny i zasypują ich lawiną pytań.
Obchodzimy Pagodę w koło, z jednej ze stron dostrzegamy charakterystyczny mostek, a na jego końcu windę, którą można zjechać na dół.
Wraz z pojawiającą się ciemnością zostają zapalone światełka, które nadają temu miejscu jeszcze fajniejszego klimatu. Niestety zegarek nam podpowiada, że czas na nas. Niebawem musimy być na dworcu skąd mamy nocny autobus do Rangunu.
| jeżeli zdecydujecie się na pieszą wędrówkę, wejście otaczają dwa marmurowe lwy |
Jest już ciemno, zatem pierwsze co rzuca nam się w oczy to światełka oświetlające jej wnętrze jak na choince. Birma kocha świecidełka, a każda świątynia, pagoda, ołtarzyk, figura obojętnie gdzie byśmy jej nie mijali ma swój komplet lampek choinkowych.
Zdejmujemy buty i idziemy do środka, gdzie znajduje się ogromny wyrzeźbiony z marmuru siedzący Budda. Kręcimy się zaglądając w dostępne zakamarki. Z racji późnej pory, nie ma tu zbyt wielu ludzi, poza miejscowymi, którzy w zadumie oddają pokłony i ostatnie kiaty oraz bezdomnymi psami, nikogo nie widać.
Teren jest dość spory, przechodzimy po wypolerowanej podłodze, między pomieszczeniami obok wielkich posągów i kolumn z owiniętymi na nich zielonymi lampkami. Na zewnętrznym dziedzińcu mijamy świecące drzewa, wielki buddyjski gong, sekretarzyk przy którym można zrobić makijaż z thanaki i odpocząć.
Zmęczeni dzisiejszymi kilometrami udajemy się do tuk tuka i wracamy do naszego hotelu zabrać plecaki.
| tu można zrobić thanakę |
W hotelu proponują nam darmowy prysznic w ramach odświeżenia się i zwiększenia komfortu dalszej drogi. Zdecydowanie możliwość skorzystania z łazienki wywołuje w nas zadowolenie.
Odświeżeni i przebrani prosimy naszego kierowcę o ostatni dziś przystanek - dworzec niczym z Mad Maxa - Chan Mya Shwe Pyi. Przed nami jakieś 10 kilometrów. Mam lekkie obawy co do tego dworca, jego wspomnienie kiedy jechaliśmy do Bagan i mieliśmy tu przesiadkę wciąż wzbudza we mnie dreszcz grozy.
Kierowca wysadził nas pod samą poczekalnią firmy z której autokarem jedziemy. Bilety parę dni wcześniej zakupiliśmy w hotelu wybierając opcję najtańszą z możliwych - 13 tyś MMK czyli 38 zł za osobę.
Żegnamy się wymieniając podziękowaniami, uśmiechami, życzeniami miłego i dobrego życia. Do umówionych 30 tysięcy kiatów dorzucam super uprzejmemu Birmańczykowi jeszcze 5000.
Podchodzimy do stanowiska zakupu biletów, aby zameldować się i potwierdzić naszą obecność. Pani odhacza nas na liście i każe czekać. Mamy około godziny do odjazdu, zatem wykorzystujemy ten czas na zjedzenie kolacji.
W "garażu" obok znajduje się knajpa. Miejscowi oglądają mecz, jedzą ryż i głośno rozmawiają.
Dobrze mówiący po angielsku uśmiechnięty chłopak wita nas od pierwszych metrów, wskazuje gdzie możemy usiąść i proponuje jedzenie. Krystian prosi go o zupę. Na co słyszy, że nie ma problemu, zrobi dla niego zupę, ja nie jestem oryginalna i mówię, że zadowolę się czymkolwiek wegetariańskim.
Po niedługim czasie otrzymujemy nasze zamówienie. Wszystko jest mega tanie, mój ryż z super pysznymi warzywami i wodnistą zupą z soczewicy kosztuje 800 kiatów czyli 2,30!!! Niewiarygodny szok!
Za dwa dania i dwa napoje zapłaciliśmy 1500 MMK - 4,40!
| poczekalnia |
| "restauracja" na dworcu |
Autobus - jak zawsze Scania - idealnie wpasował się w czasoprzestrzeń i parę minut po naszej kolacji podjechał na wskazane przez panią w obsłudze klientów stanowisko.
W odgłosach modlitwy buddyjskiej opuszczaliśmy Mandalay. Przed nami ostatni przystanek na mapie Birmy - Rangun.
Film z naszego zwiedzania Mandalay poniżej:
Komentarze
Prześlij komentarz