Rangun 6 rano. Niewyspanie, zły adres mieszkania, co dalej?

 


poniedziałek, 30 września


Wraz ze wschodem słońca tuż przed 6 rano wjechaliśmy do Rangunu. A precyzyjniej to na jego obrzeża.
To pomarańczo-czerwone kółko ma taką niesamowitą moc sprawczą, że nagle zaczyna się chcieć. Energia życia wzrasta, a słabo przespana noc przestaje mieć znacznie. 

Wysiedliśmy na ogromnym dworcu. Ilość stanowisk z odjeżdżającymi i przyjeżdzającymi autokarami z różnych stron kraju była ogromna. Zamieszanie, chaos i jedno w kółko padające w naszą stronę pytanie "taxi?". 

Z racji wczesnej pory temperatura pozostawała łaskawa, dlatego postanowiliśmy wziąć sprawy w swoje ręce, a w zasadzie to nogi i poszukać przystanku do centrum miasta, który na wszystkie możliwe kombinacje z użyciem wzorów fizycznych musiał się gdzieś tu znajdować. Za naszą motywację przemawiał też aspekt finansowy. Kiedy sprawdziłam w aplikacji Grab transport do centrum pokazała mi się kwota oscylująca w granicach 8 tyś MMK czyli jakieś 23-24 zł. Transport miejski nie może kosztować więcej niż 2-3 zł. 

Zaczepiający nas taksówkarze nie byli super chętni do pomocy w tym temacie, ale kierowcy palący fajki przed startem swoich autobusów miejskich linii już bardziej.
Wskazali nam, że musimy iść dalej prosto i po drugiej stronie ulicy łapać transport do centrum. 

Zatem szliśmy. Wzdłuż szerokiej ruchliwej ulicy, mijając wielkie autokary różnych kolorów i marek, mniejsze miejskie autobusy jedno i wielocyfrowe, wypatrywaliśmy przystanku.  
W pewnym momencie zauważyliśmy miejsce, gdzie stało sporo ludzi i co chwila podjeżdżał autobus do którego dosłownie oni wskakiwali. Radość z jednej strony, że udało znaleźć się miejsce, z którego potencjalnie dojedziemy do centrum, ale sposób dostania się do środka pojazdu, zdecydowanie mnie zaniepokoił. Nie było mowy abyśmy wskoczyli z naszymi plecakami do środka, zatem wyszłam lekko na drogę i machałam kapeluszem oczekując, że ktoś się po prostu zatrzyma. 
Po dosłownie chwili wprost na przeciw mojej twarzy otworzyły się przednie drzwi dobrze już zatłoczonego autobusu nr 37, a kierowca krzyczał do nas coś, co w tamtej chwili mogło oznaczać tylko jedno "wsiadać"! I tak też zrobiliśmy. Wgramoliliśmy się z naszymi plecakami do środka, szybko łapiąc poręczy, ponieważ autobus niezwłocznie z impetem ruszył. Niezdarnie ulokowaliśmy się między zaspanymi jeszcze Birmańczykami jadącymi do pracy i w pośpiechu szukaliśmy drobnych, aby zapłacić za bilety. Wrzucało się je do stojącej przy kierowcy wielkiej metalowej skarbonki. Bilet kosztował nas 200 kiatów czyli 0,59 groszy! Widzicie teraz sami, że różnica w stosunku to taksówek jest znacząca. I mimo, że nie są to sumy wielkie, bo poruszając się np. po Słupsku zapłacimy tyle samo pokonując znacznie mniejszą odległość, ale po co mamy to robić, skoro przy odrobinie wysiłku możemy dostać się do celu za dosłownie gorsze? Właśnie tak, udaje się odbywać podróże na niskim budżecie. 

Droga jaką mieliśmy do pokonania wynosiła 20 km. Zerkając na mapę w telefonie widzieliśmy, gdzie jesteśmy, a wiedząc gdzie musimy wysiąść, w spokoju i bez nerwów obserwowaliśmy wszystko co działo się w koło nas. 

Miasto było już mocno obudzone, ruchliwe, jego mieszkańcy w drodze do pracy, szkoły, lekko zaspani spoglądali na nas, zapewne dziwiąc się, co nas podkusiło, aby z tymi tobołkami gnieździć się w miejskim autobusie. 

Adres pod który musieliśmy się dostać to Si Sone Street, No.34. Znajdowało się tam mieszkanie w którym pokój wynajęliśmy za pośrednictwem serwisu Airbnb - jeżeli nie macie tam konta korzystając z tego linku, na pierwszą rezerwację dostaniecie fajny rabat: https://www.airbnb.pl/c/katarzynaw5494?referral_share_id=e5e87f86-507e-4043-b48f-335fe3e4d760. - 

Po znacznie ponad godzinie mapa pokazywała nam, że pora wysiadać.
Od pierwszych minut wrażenie nasze było WOW! Ładne ulice, chodniki, przystanki autobusowe, czyściutko, zielono, no pięknie! Normalnie jak ulice w dużym europejskim mieście. 

Z ogromną przyjemnością i podziwem szliśmy do wyznaczonego na ekranie telefonu punktu. 
Z głównej drogi skręciliśmy w boczną uliczkę. Między straganami owocowo-warzywnymi i rykszami szukaliśmy naszej kamienicy. 
Otaczające nas z dwóch stron jasne budynki mieszkalne były mocno obdrapane i wymagały renowacji, a to co je ozdabiało w ilości zdecydowanie za intensywnej to kable. Gigantyczne ilości pozwijanych kabli.





Po dłuższej chwili dotarliśmy do budynku nr 34 a. Nie było przed nim, ani zanim 34, więc stwierdziliśmy, że dokładnie tu musi znajdować się nasz nowy tymczasowy dom. 
Przed drzwiami znajdowała się krata z zamkniętą kłódką, na szczęście dosłownie po chwili z zakupami wracała do mieszkania starsza Birmanka. Zapytaliśmy ją czy jest to Si Sone 34, potwierdziła, wpuściła nas do klatki, zatem udaliśmy się na V piętro. 
Tam ku naszemu zdziwieniu drzwi i zaniedbana, zakurzona, cała w pajęczynach krata, sugerowały, że mieszkanie jest ewidentnie opuszczone. Pojawił się we mnie dualizm życzeń - chciałam być już w swoim pokoju, móc wziąć prysznic i odpocząć, w końcu byliśmy w drodze od godziny 19:00 dnia poprzedniego, ale z drugiej strony przerażała mnie myśl, że miałabym tu zamieszkać. Odważyliśmy się zapukać, ale nikt nie otworzył.  
Zeszłam więc piętro niżej i zaczęłam stukać po sąsiadach, aby dowiedzieć się czy wiedzą kto tam mieszka, czy mają nr telefonu sąsiada, no i czy są jakkolwiek w stanie nam pomóc. 
Straszy Birmańczyk mimo szczerych na jego twarzy chęci nie zdziałał wiele bez znajomości języka angielskiego, ale młoda kobieta z pokaźną grupką dzieci mieszkająca na przeciw już bardziej. Powiedziała nam, że nikt tam nie mieszka i nic nie wie, aby mieszkanie to miało być wynajmowane dla turystów. Jest ono od dawna opuszczone.  

Totalnie zrezygnowani, w szoku i dezorientacji zeszliśmy na dół i usiedliśmy na ulicy.
Nie mieliśmy internetu w telefonach, czyli nie było opcji aby zalogować się do serwisu i znaleźć numer telefonu do Zawa naszego gospodarza. W naszych głowach zaczęły pojawiać się myśli, że zostaliśmy oszukani, ale z drugiej strony jesteśmy tu już 3 tygodnie i nie możliwym wydawało nam się, aby mogło nam się w tym kraju coś takiego przydarzyć. 

Krystian zaczął biegać i szukać kafejki internetowej lub miejsca, gdzie kupi kartę do telefonu z internetem. Bez skutecznie. Kiedy nie potrzeba, miejsc tych jest w koło pełno, kiedy w końcu naprawdę był nam potrzebny internet nie było go nigdzie!
I wtedy zorientowaliśmy się, że na ulicy dostępne jest darmowe wi-fi! Uwierzycie??? Co prawda tylko przez 30 minut, ale to nam w zupełności wystarczyło. To właśnie nazywam dobrą karmą!  

Zalogowałam się do Airbnb i co się okazało, tak jak my szukamy Zawa, on szuka też nas. 
Pisał do nas dwukrotnie, gdzie jesteśmy, czy wszystko w porządku, bo czeka na nas i zaczyna się martwić.
Odpisałam, że byliśmy pod adresem z rezerwacji, ale chyba jest on zły i podaliśmy mu naszą dokładną lokalizację. Dosłownie 4 minuty później stał już obok nas.
Okazało się, że adres pod który poszliśmy był zły, a Si Sone 34 znajduje w alejce dosłownie obok! 

Mieszkanie było mega wypasione. Znajdowało się tak jak mieliśmy odnotowane na V piętrze.
Do klatki prowadziły drzwi znajdujące się za kratą, podobnie jak drzwi wejściowe do mieszkania. Mieliśmy do dyspozycji je całe tylko dla siebie! Duży balkon, salon, kuchnia, dwie łazienki, sypialnia i pralka! Wynalazek, który dopiero w Azji został przeze mnie doceniony jak nigdy i gdyby zależało ode mnie, to bezapelacyjnie wynalazcy tego sprzętu przyznałam bym nagrodę Nobla, a nawet dwie! Pozostałe dwa pokoje były zamknięte na klucz, a na piętro do którego prowadziły schody z grzeczności nie zaglądaliśmy. Jak się też okazało byliśmy pierwszymi gośćmi.
Za cztery noce zapłaciliśmy 55$. Niestety nie ma aktualnie możliwości wynajmu tego apartamentu przez co nie mogę wkleić Wam do niego linka, może to kłopot związany z aktualną sytuacją covidową na świecie, zatem wklejam dokładny adres:
Si Sone Street, No.34, 5 th Floor, Yangon, Yangon Region, Myanmar, gospodarz nazywa się Zaw, a poniżej mapka z zaznaczonym adresem. Dzięki temu jak miejsce to wróci na Airbnb będzie Wam zdecydowanie łatwiej je odnaleźć. 

Mieszkanie wróciło na AirBnb zatem wrzucam link: 

https://www.airbnb.pl/trips/v1/c143e85e-5b2f-41df-ba00-67807832a2c3/ro/RESERVATION_USER_CHECKIN/HMAEEMRJC3/g?tab=past






Po pełnym emocji poranku, prysznic i odpoczynek dały błogość jak nigdy. 

Kuchnia z pełnym wyposażeniem spowodowała pojawienie się w nas od razu myśli o ugotowaniu ziemniaków! Wiem, jak to może brzmieć, ale byliśmy tak wytęsknieni stereotypowego polskiego obiadu, że wizyta w markecie i ten właśnie nudny polski obiad, to było pierwsze co zapisaliśmy na liście do zrobienia.
Market znajdował się dosłownie za rogiem ulicy przy której stała nasza kamienica. Zrobiliśmy tego dnia obchód po dzielni i najbliżej okolicy, rozpoznanie w markecie i plany na dwa dni zwiedzania miasta. 

            





 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Sa Pa miasteczko w górach niedaleko granicy z Chinami

Jedziemy do Chin!

Świątynia Świtu, straszne muzeum medyczne i food court w centrum handlowym.