Xin Chao z Hanoi! Mega intensywna, żywa i kolorowa stolica Wietnamu.

 




5 października, sobota 


Plan na Wietnam był w zasadzie jego brakiem. Oprócz tego, że wylądujemy w Hanoi, a po paru dniach pojedziemy do Sapy i do Hanoi wrócimy zagłosować, nie miałam nic zaplanowane. To był już zresztą ten moment w którym planowanie sensu nie miało. O ile przylot i pierwszy nocleg plus kolejny punkt, gdzie się zatrzymacie można sobie wyobrazić, o tyle im dalej w las tym mniej wiemy co nas spotka. 

I tak też było tu. Nic nie kombinowaliśmy, czekaliśmy co los przyniesie. 

W Hanoi spędziliśmy trzy dni. Trzy dni bez planu i bez konkretnych miejsc, które musimy odwiedzić. Jedyne co było w rubryce "musimy" to zakup biletów do Sapy. Miasteczka w górach niedaleko granicy z Chinami, którego nie potrafiłam pominąć będąc już tak blisko. 

Zanim wyruszyliśmy eksplorować stolicę, załatwiliśmy wszelkie formalności z mamą Thai.  Wymieniliśmy uprzejmości, chwilę pogadaliśmy, a ja poprosiłam o nauczenie mnie zamawiania jedzenia wegetariańskiego, co od razu bezmięsnym zwiedzaczom świata przekazuję - an chay czytamy ań ciaaaj, an czaaaj w zależności od regionu, gdzie będziecie. Działa! Sprawdzone. 

Pierwsze, co było naszym porannym planem to kawa! Podobno najlepsza na świecie oraz bagietka. Po ponad miesiącu jedzenia ryżu i makaronu chrupiąca bagietka była w sferze najskrytszych marzeń. 


Dzielnica nasza znajduje się w bliskim sąsiedztwie Old Quarter, ale nie w jego obrębie. Przez to jest tu dość lokalnie. Turystów brak. Od rana ulica zamienia się w jedno wielkie handlowo-usługowe targowisko. Po obu stronach same knajpki, kawiarnie, bagieciarnie, warsztaty samochodowe, chociaż w przypadku tego kraju bardziej pasuje określenie skuterowe, kokosarnie, piekarnie i sklepy z serii misz masz. Kupicie w nich totalnie wszystko. Określenie wielobranżowe nie wyczerpuje możliwości z jak wielu dziedzin produkty tu znajdziecie. 
Mijają nas panie z charakterystycznymi wietnamskimi kapeluszami non la, idące z wielkimi koszami owoców, warzyw. I mija nas niekończąca się seria trąbiących i jadących w każdą stronę skuterów. Momentami mamy wrażenie, że wyskakują spod ziemi.   

Dochodzimy do rogu ulicy i miejsce to wydaje się idealne na poranna kawę. Siadamy, zamawiamy dwie czarne i czekamy obserwując ten rój dziejący się na ulicy.   
Pani Wietnamka parzy dla nas kawę, a jej dziecko z zaciekawieniem nam się przygląda. Po chwili nasze pojęcie o kawie zostało diametralnie zmienione i wywróciło życie do góry nogami. To było jak olśnienie, jak byście pierwszy raz w życiu próbowali najlepszego napoju świata.
Mocna, czarna, czekoladowa, gorzka, kremowa, intensywna - wspaniała! Wiedzieliśmy już, że będzie trzeba tak przemiksować budżet, aby oddawać się tej chwili, temu zatrzymaniu w czasie, przynajmniej dwa razy dziennie, albo zorganizować coś, aby móc parzyć ją samemu! Za dwie kawy zapłaciliśmy 40 tysięcy dongów czyli 6,30. 

Kawałek dalej spróbowaliśmy szczęścia w zamawianiu bagietek. Dwie panie - zapewne matka i nieprzestająca uśmiechać się do nas córka - prowadziły mały lokal z super tanimi bagietkami i innymi daniami szybkiej obsługi. Tu nastąpiły pierwsze testy wymawiania an chay i po chwili delektowałam się białą bułką z jajkiem, kolendrą, świeżym ogórkiem, polaną słodkim sosem chilli. 
Bagietki są tu bardzo popularne, co jest zasługą Francuzów. Okazuje się, że kolonializm miał jednak jakiś plus ;) Te najbardziej popularne są oczywiście z mięsem: wołowiną, wieprzowiną czy pasztetem.   

Płacimy 27 tysięcy dongów czyli 4,30 i ruszamy do Old Quater.
 

do kawy często podaje się "cieńką" herbatę

To co uderzyło nas już z daleka to gwar, hałas - dobiegające ze wszystkich stron dźwięki - i tablice informujące o zbliżających się 65 - tych obchodach wyzwolenia stolicy.

10 października wypadały główne obchody upamiętniające wkroczenie oddziałów Viet Minhu do Hanoi po wycofaniu się z niego wojsk francuskich.

Ta historyczna dzielnica Hanoi od pierwszych chwil totalnie nas zauracza. Architekturą kolonialną, intensywnością, zgrabnością, uporządkowaniem, zielenią, a do tego gwarem i harmidrem wynikającym ze zbliżających się uroczystości. W wielu miejscach dostrzegamy rozstawione sceny oraz występy grajków, tańczącej młodzieży. Jest tu tyle życia i energii, że prawdę mówiąc, nie wiemy, gdzie iść najpierw ;) 
Obchody przyczyniły się do zamknięcia paru ulic dla zmotoryzowanych, co dało oddech i pozwoliło bez napięcia kroczyć chodnikiem i rozglądać się w koło. Otaczające nas budynki przypominają bardzo wyraźnie o obecności Francuzów, bagietki sprzedawane na każdym rogu również ;) Naszą uwagę przyciągają też falujące na wietrze flagi Wietnamu oraz komunistyczne flagi z sierpem i młotem. 

Nieopodal mijamy jezioro Ho Hoam Kiem, nazywane niegdyś Ho Luc Thuy czyli Green Water Lake, co kiedy podchodzimy bliżej daje nam odpowiedź dlaczego. Woda jest w nim dosłownie zielona. 
Obecna nazwa jeziora w tłumaczeniu oznacza Jezioro Zwróconego Miecza, a wiąże się to z legendą o Le Loim - żyjącym na przełomie XIV i XV wieku przywódcą wietnamskich rebeliantów.
Magicznym mieczem, który pochodził z głębin jeziora odparł on atak chińskiej dynastii Ming i został królem. Założył dynastę Le i stał się największym bohaterem w historii Wietnamu. Kiedy pewnego dnia płynął łódką po jeziorze, wynurzył się z niego żółw, który kazał zwrócić miecz zamieszkującemu jezioro Królowi Smoków, który użyczył tylko miecza dla odparcia ataku Chińczyków. Tak też Le Loim uczynił. Wtedy też zmienił on nazwę jeziora na Jezioro Odwróconego Miecza, aby upamiętnić to wydarzenie. 
Jak nietrudno się domyśleć legenda ta przyczyniła się tez do traktowania w sposób wręcz czcigodny żółwi zamieszkujących jezioro. Niestety ostatni żyjący osobnik zmarł w 2016 roku i podobno miał na liczniku ponad 100 lat! Na jeziorze znajduje się Turtle Tower wybudowana w XV w. 

Z kolei w północnej części jeziora, zbudowano Świątynię Ngoc Son - Świątynia Jadeitowej Góry - na cześć filozofów, konfucjonistów i taoistów w tym narodowego bohatera Tran Hung Dao. Dostać się do niej można czerwonym mostkiem Cau The Huc, czyli dosłownie tłumacząc Powitanie Porannego Słońca, Most witający Poranne Słońce. 

Tłumy turystów na moście próbujących dostać się do świątyni skutecznie nas zniechęcają podjęcia się tej samej próby. Po pokręceniu się w koło jeziora idziemy dalej. 


jezioro Ho Hoam Kiem

Turtle Tower

Most witający Poranne Słońce


Mijamy wypasione centrum handlowe z topowymi, najdroższymi markami świata, a nad wszystkim powiewa komunistyczna flaga. Czyż to nie ironia? Za chwilę dostrzegamy kolejną - dzieciaki jeżdżące w zabawkowych czołgach czy McDonald's z wiszącą nad nim flagą Wietnamu. Może określenie chichot historii bardziej tu pasuje. 

W markecie kupujemy Ca Phe produkcji Coca-Coli połączenie kawy z colą! Dosłownie. Genialnie smakuje, aczkolwiek dla mnie wroga cukru za słodkie. Natomiast sam pomysł wypuszczenia takiego napoju świetny, pokazuje nam to też, jak istotnym napitkiem jest tu kawa :)  

Przemierzamy ulice Hanoi. Jest mega ruchliwie, tłoczno, kolorowo, stragany z kwiatami, owocami, uliczne kuchnie, galerie z rękodziełem, drzewa, ogrom wielkich starych drzew i ...... skutery. Przy tych drzewach bym się chętnie zatrzymała. Pomimo skondensowania tysięcy pojazdów na tych małych, wąskich uliczkach, ton spalin i niemożnego klaksonienia one dają poczucie równowagi. Podnoszą estetykę i odświeżają ulice w stopniu niwelującym dyskomfort tych dwukołowych maszyn. Stare, potężne, piękne drzewa. Myślę, że pamiętają więcej historii tego kraju, niż niejeden żyjący Wietnamczyk. 

To co rzuca nam się też w oczy to czystość ulic. Są one zadbane, czyste, mijamy kosze na śmieci, a także służby porządkujące przestrzeń miejską. Dbające o parki, których jest tu sporo, sprzątające trawniki i pielęgnujące je. Momentami mamy poczucie miksu francusko-azjatyckiego. Do tego te wszystkie kawowe uliczki. Kawiarnie, kafejki, mini stoliczki z mini krzesełkami otaczają nas niemalże z każdej ze storn. Zapach kawy muska nas co chwila. 

Dochodzimy do Cytadeli Cesarskiej, będącej siedzibą władców od XI do XVIII wieku.
W 2010 wpisana została na listę dziedzictwa UNESCO. Zbudowana w VIII w przez Chińczyków, była wówczas siedzibą chińskiego gubernatora. 

Nieopodal Cytadeli mijamy kobiety, które w skupieniu i ze starannością układają z żółtych i czerwonych kwiatów wielki napis, zapewne będzie on informował o zbliżającym się wydarzeniu, a dzieje się to dosłownie pod pomnikiem .... Lenina! Tak! Zaraz po czerwonych flagach, jednej partii rządzącej jest to kolejny charakterystyczny symbol komunizmu w tym kraju. Gospodarka Wietnamu jest co prawda wolnorynkowa, ale wszystko pozostałe nadal osadzone jest w tym czerwonym systemie.
Lenin był wzorem i inspiracją dla chyba najważniejszej postaci w Wietnamie, wręcz czczonym tu, nazywanym wujkiem Ho czyli Ho Chi Minhem, do którego mauzoleum udajemy się następnie. 





wszystkie mijane przez nas skrzynki były tak super pomalowane w różne kolory i kwiaty














Cytadela Cesarska


Znajduje się ono na placu Ba Dinh, gdzie 2 września 1945 roku została odczytana przez niego Deklaracja Niepodległości Wietnamu. Budowę miejsca spoczynku wielkiego przywódcy rozpoczęto w 1973 roku i trwała ona do 1975.  

Pod mauzoleum tłumy, dosłownie tłumy turystów. Kiedy zbliżamy się do głównego wejścia mija nas sznurek rządowych aut pod eskortą na sygnale. Cała ulica staje w bezruchu i bacznie obserwuje.

Wstęp na ogromny teren pełen betonu, a w tym słońcu dający nam poczucie bycia skwarkami jest bezpłatny. Niestety do mauzoleum wejść nie można, jest ono zamknięte, zatem nie dane nam jest zobaczenie zabalsamowanego ciała przywódcy. Możliwe, że przebywa aktualnie w Moskwie, gdzie co roku ciało jego trafia na balsamowanie. 
Mauzoleum to zostało zbudowane na wzór Mauzoleum Lenina w Moskwie. Chociaż Ho Chi Minh chciał, aby jego ciało po śmierci zostało spalone, a zwłoki rozsypane, partia postanowiła inaczej. Na terenie ogromnego kompleksu znajduje się również ogród z 250 gatunkami roślin i kwiatów oraz Muzeum i miejsce, gdzie Ho Chi Minh mieszkał. 
A co można w skrócie o tym Panu powiedzieć?  

W drugiej połowie XIX w Wietnam zostaje włączony do Indochin Francuskich. W 1858 roku pod pretekstem ochrony swoich misjonarzy Francuzi wkraczają do Sajgonu w rezultacie czego na przestrzeni kolejnych 20 lat przejmują cały Wietnam, a do końca XIX w pod ich panowanie wchodzi Kambodża oraz Laos. Podczas II wojny światowej Wietnam zostaje zajęty przez Japończyków, którzy pozostawili francuską administrację.   
Na początku lat 40 XX wieku Ho Chi Minh zakłada organizację Viet Minh, która walczy przeciwko Japończykom. W 45' zostaje szefem Tymczasowego Rządu Rewolucyjnego i staje na czele powstania antyjapońskiego. I wtedy to właśnie na placu Ba Dinh wygłasza wzorowaną na Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych, Deklarację Niepodległości Wietnamu. W 1946 roku Północny Wietnam uznany zostaje za wolny. Ma własny rząd, wojsko lecz jest częścią Indochińskiej Unii Francuskiej. Był to kompromis jaki Ho musiał zawrzeć z powodu wkroczenia miesiąc wcześniej wojsk chińskich na teren Wietnamu. Francuzi zgodzili się pomóc Ho w ich zwalczeniu, ale w zamian miał on pozwolić na ograniczenie niepodległości. 
W 46' doszło jednak do incydentu między wojskiem francuskim a wietnamskim, w wyniku którego Francja zażądała od Wietnamu portu. Wskutek braku odpowiedzi na te żądania Francja zaatakowała port, zabijając kilka tysięcy Wietnamczyków, obaliła rząd Ho Chi Minha, a pomagali im w tym wszystkim Amerykanie, na których wsparcie mogli liczyć przy bombardowaniu pozycji Viet Minhu. Tak też rozpoczęła się I wojna indochińska. Mimo, że przez pierwszy okres jej trwania przewaga była po stronie wojsk francuskich, od 1953 roku zaczęli ponosić oni znaczne straty, aż w 1954' na skutek przegranej bitwy pod Dien Bien Phu poddały się i wycofały z północnego Wietnamu. Właśnie obchody z tej okazji niebawem rozpoczną się w stolicy. 
Wtedy w 54' Wietnam został podzielony na północy i południowy.
Na północy powstała komunistyczna Demokratyczna Republika Wietnamu z Ho Chi Minhem na czele, a na południu Republika Wietnamu pod rządami cesarza Bao Daia. Ho Chi Minh zostaje prezydentem od 55 roku, aż do swojej śmierci wskutek zawału serca w 69'.
Niestety nie doczekał on złączenia dwóch części kraju w jedno państwo o co mocno zabiegał i do czego dążył. Na północy był otoczony wręcz kultem, jako przywódca doskonały, osoba która doprowadziła do niepodległości i odparcia wojsk kolonialnych, jednakże południe nie widziało w nim tego samego.   

W 1956 roku miały odbyć się wybory, które w obawie o przegraną z Ho Chi Minhem stojący na czele Wietnamu Południowego Bao Daia odwołał. Wspierając się Amerykanami proklamował powstanie Republiki Wietnamu. 
W 57' partyzantka z Hanoi dopuszcza się pierwszych działań przeciwko rządowi w Sajgonie. Ale nie odnoszą one super skutków, co więcej nie podobają się przywódcy Ho. 
Jednakże mimo niezadowolenia i sprzeciwu przywódcy, komuniści wysyłają partyzantkę na południe budując tym samym szlak Ho Chi Minha. Miał on służyć do przerzutu żołnierzy, wszelkiego zaopatrzenia, a zahaczał także o tereny Laosu i Kambodży, co okazało się później dla tych państw katastrofalne w skutkach.
W 60 roku powstaje Wietkong czyli Narodowy Front Wyzwolenia Wietnamu Południowego, który walczy początkowo z regularnym wojskiem Wietnamu Południowego wspieranym przez siły amerykańskie. Na fali zimnej wojny i walki ze światowym komunizmem Stany Zjednoczone angażowały się w konflikt coraz bardziej, aż w końcu przejęły na siebie cały ciężar wojny początkowo domowej. Jednak pod naciskiem amerykańskiej opinii publicznej i strat w ludziach, w 1972 rząd USA podjął decyzję o wycofaniu się z Wietnamu, pozostawiając na miejscu sprzęt i słabo wyszkolone oddziały południowowietnamskie. 

Wojna Wietnamska pochłonęła życie 3 milionów ludzi i doprowadziła do katastrofalnych skutków o których napiszę więcej, kiedy będziemy zwiedzać muzeum w Sajgonie. Jak w każdej wojnie ginęli niewinni, cywile. Doszło do wielu masakr i rzezi popełnionych zarówno przez oddziały Wietkongu jak i żołnierzy amerykańskich. Każdy z tych krajów poniósł ogromne konsekwencje zaangażowania w konflikt.  
Zakończona w 1975 roku doprowadziła do zjednoczenia Wietnamu i powstania Socjalistycznej Republiki Wietnamu. Nazwa Sajgon zmieniona została na Ho Chi Minh. 







Wracając z Mauzoleum ponownie mijamy cytadelę, dostrzegamy obok wystawę z okazji odzyskania niepodległości Wietnamu Północnego. Kręcimy się, oglądamy zdjęcia, zapiski biorących udział w wyzwoleniu i czytamy ich wspomnienia. Bardzo wzruszające. 

Obok na placu odbywają się targi książki. Mimo miłości do książek nic nie kupujemy. Wszystko jest w języku wietnamskim, ale dostrzegamy parę znanych nam tytułów jak "Ojciec chrzestny czy "Władca pierścieni". A jak przy książkach jesteśmy, to dość łatwo można dostrzec tu aktywność czytelniczą. Jest sporo księgarni, antykwariatów, podobnie jak w Birmie. Fajnie. 

Naszą ostatnią atrakcją dziś jest pociąg, czyli Train Street. 

Co okazuje się teraz z perspektywy czasu, że mieliśmy dużo szczęścia, ponieważ niedługo po naszym doświadczeniu tego miejsca władze postanowiły atrakcję zamknąć!

Ulica po której przejeżdża pociąg to wąska uliczka między kamienicami. Znajdują się tu kawiarnie, a stoliki stoją niemalże na torach. Cztery razy dziennie w tygodniu i osiem w weekend przejeżdża tędy pociąg. Wydawałoby się co w tym atrakcyjnego, ano to, że mija on stoliki dosłownie o centymetr! Powiew wiatru i energia ciężkiej maszyny daje wrażenie, siły tak potężnej, że tylko pozostanie w bezruchu może nas ocalić. Moment napięcia kiedy obsługa knajpek prosi o uwagę i odsunięcie pod ściany kamienic najbardziej jak to możliwe, po chwili świst lokomotywy i docierające do nas światła ogromnej stalowej maszyny. Wszystko trwa dosłownie chwilę, ale wrażenie pozostawia niesamowite!
Wypijamy wietnamski napój bogów w wersji ice coffee i coconut coffee i idziemy dalej. 








Pora robi się późno popołudniowa. Nasze żołądki dają nam znać, że pora coś zjeść. Krystian korzysta z krzesełka dla lalek i od sprzedającej na ulicy Wietnamki zamawia Pho. Chyba kulinarny symbol tego kraju. Zupa Pho najprościej tłumacząc to coś w stylu polskiego rosołu z kawałkami mięsa i makaronem. 
Ja próbuję szczęścia na naszej dzielnicy, gdzie z powodu problemów komunikacyjnych na stole ląduje wielka, ogromna wręcz miska z tofu, osobna z zieleniną i jeszcze jedna z ryżem. Porcja obliczona na jakąś czteroosobową rodzinę. No cóż, przynajmniej już wiem, że nie muszę rano biegać i szukać śniadania ;)    

Wracamy na Old Quarter w okolicę scen i miejsca obchodów wyzwolenia stolicy. 

Jest bardzo tłoczno, głośno, światełka i dźwięki muzyki dobiegają zewsząd. Most Witający Poranne Słońce świeci się cały na czerwono, a z daleka wygląda jakby był wielkim smokiem. Może to król smoków zamieszkujący otchłanie jeziora, przemienia się i wynurza wieczorami czuwając nad magicznym jeziorem? ;) 

Atmosfera tego miejsca nie pozwala nam wracać do domu. Spacerujemy między uliczkami, grajkami, knajpkami, chłonąc niesamowitą energię Hanoi po zmroku.   





kawiarnie są tu wszędzie, nawet na piętrach kamienic


nie ma co prawda w Wietnamie bezdomnych psów, ale te co są często wyglądają niekonwencjonalnie.....





Pho przy stoliczku dla lalek


Most Witający Poranne Słońce nocą


w przybliżeniu nasza trasa: 

    



 

wersja do oglądania: 





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Sa Pa miasteczko w górach niedaleko granicy z Chinami

Jedziemy do Chin!

Świątynia Świtu, straszne muzeum medyczne i food court w centrum handlowym.