Rangun, miasto kontrastów.

 



wtorek,  1 października


Własne mieszkanie dało nam na chwilę poczucie domu. Jajecznica przy kuchennym stole, zapach świeżo parzonej kawy i trochę prywatności.  
Na zwiedzanie Rangunu mamy 3 dni, dokładnie 4 października wylatujemy do Hanoi stolicy Wietnamu.
To 7 milionowe miasto będące do 2006 roku stolicą Birmy mocno nas zaskakuje, ale i też momentami szokuje. 

Dzielnica, w której mieszkamy jest dość spokojna. Od samego rana po obu stronach ulicy rozstawiają się handlarze z owocami i warzywami. Kolory świeżych produktów zachęcają do zakupów, a uśmiechy Birmanek spod chroniących je przed słońcem kolorowych parasolek zachętę tą jeszcze potęgują. 

Skusiliśmy się raz na arbuzy. W Polsce nigdy nie smakowały tak soczyście, słodko i świeżo. Te, nie dość, że są pyszniejsze, to do tego jeszcze znacznie tańsze.  
Wieczorami jest tu bezpiecznie, cicho i spokojnie. Świecące latarnie uliczne - co nie zawsze w Azji jest oczywistością - oraz mijani przechodnie budują poczucie pewności i uciszają wszelki niepokój. 

Pierwsze co w procesie zwiedzania miasta nas miło zaskoczyło to komunikacja miejsca. Jest ona tu super dobrze rozwinięta i bardzo łatwo z niej korzystać. Bilet kosztuje 200 MMK czyli 0,58 gr.  
Przystanki autobusowe w większości miejsc wyglądają dokładnie jak u nas, a i nierzadko można spotkać rozkład jazdy. 

Przy pomocy mapy Google sprawdziliśmy gdzie znajduje się najbliższy przystanek i zaraz po śniadaniu ruszyliśmy w jego poszukiwaniu. 

Od samego rana słońce było mocno natarczywe. Było bardzo gorąco. Przeszliśmy uliczkami mijając różnej maści sklepiki, uliczne restauracyjki, aż przy dużym rondzie na przejściu dla pieszych podszedł do nas starszy pan pytając czy potrzebujemy pomocy i gdzie jedziemy. Potwierdził obrany przez nas kierunek drogi jako prawidłowy i życzył miłego dnia. Cała Birma :) 

Przystanek bez problemu było widać już z daleka. Tłum ludzi. Jak się później okazało, nie tylko nam ten środek transportu przypasował, bardzo wielu Birmańczyków z niego korzysta. Jest tani, a przede wszystkim autobusy jeżdżą bardzo często i co warto podkreślić, są klimatyzowane!
Wsiedliśmy w znany nam już 37 i po ok. 6 km wysiedliśmy na Sule Square.  

Centrum było bardzo przyjemne. Brak skuterów i ich trąbienia dawał oddech. Okazało się, że obowiązuje tu zakaz ich używania. 
Ulice zaskoczyły nas czystością, schludnością i jak na standardy azjatyckie - organizacją. Pamiętam jak czytałam o Rangunie zanim zdecydowałam się iludniowy nocleg wybrać, to wszystkie opinie były mocno negatywne. Chyba nie spotkałam się z żadną pozytywną. 
Kierowaliśmy się w stronę Sule Pagody znajdującej się w samym centrum. 
Pierwsze co rzuca się w nasze oczy to architektura kolonialna. Piękna i tu jeszcze dość zadbana. Potężne budynki, od których ciężko oderwać mi wzrok. Idziemy prosto do końca ulicy, mijając most, pięciopasmową ruchliwą ulicę i dochodzimy do celu. 
W bliskim jej sąsiedztwie znajduje się meczet Bengali Sunni Jameh, na przeciw przepiękny w stylu synkretycznej architektury Birmańskiej ratusz miejski, kawałek dalej widzimy Kościół Baptystów, w sąsiedztwie Sądu Najwyższego. Budynek sądu wygląda nieziemsko! Kiedy podejdziemy bliżej okaże się, że jak większość budynków wymaga remontu, jednakże architektonicznie zachwyca. W koło tych charakterystycznych punktów znajduje się Maha Bandula Park, gdzie postanawiamy na chwilę usiąść. Miejsce to zawdzięcza swą nazwę generałowi Maha Banduli, który walczył z Brytyjczykami w pierwszej wojnie birmańskiej w latach 20 XIX wieku. Na środku Parku znajduje się obelisk symbolizujący odzyskanie w 1948 roku niepodległości od Brytyjczyków właśnie. Teren parku jest bardzo zadbany, króciutko przycięta trawa, ładne małe drzewka. Niestety słonce jest tak natrętne, że zbyt długo nie wytrzymujemy. Chłodzimy się zimnymi napojami zakupionymi nieopodal w sklepie i idziemy dalej. Przy bramie do parku Birmanka sprzedaje samosy. Waham się przez chwilę, są to moje ulubione przekąski, a tu w Birmie są super tanie, jednakże rozsądek bierze górę. Nie wiem ile leżą już na tym słońcu i ile much zdążyło sobie z nich podjeść. 

Mijając budynek sądu odważam się zajrzeć na jego teren. Niestety dość szybko zostaję zatrzymana przez panią z obsługi, która groźnym spojrzeniem i tonem informuje mnie, że nie wolno mi tu wchodzić. Po chwili widzimy wielkie opancerzone policyjne auta, oraz strażników - szybko się wycofujemy.

Kierujemy się w kierunku poczty. Uliczki mimo, że trochę zaniedbane robią na nas wrażenie. Architektura wielu budynków przypomina czasy panowania tu Anglików, niestety są one zaniedbane, zapomniane i brudne.   

Budynek poczty też mówi o kolonializmie. Piękny! Wchodzimy do środka aby zakupić kartki. W żadnym wcześniejszym mieście, gdzie byliśmy nie mogliśmy ich znaleźć! W Bagan sprzedawały je dzieci - od których jak pamiętacie nic nie kupujemy - a w Mandalay nie udało się mimo wielu prób i angażowania do pomocy miejscowych. Kiedy wychodzimy naszą uwagę zwracają żelazne, nitowane  schody. 

Z poczty kierujemy się w stronę głównego dworca kolejowego. Na zatłoczonych ulicach mijamy stragany z przekąskami, urządzone na ulicy sklepiki, warsztaty, krawcowe, szewców, stoiska z betelem, kościoły, meczety, świątynie. Pomieszanie z poplątaniem. Ładne budynki mieszają się z zaniedbanymi, historia z nowoczesnością. 
Zaglądamy w zakamarki, poznajemy miasto. Boczne uliczki obnażają jego biedniejszą stronę. Tu zauważmy pierwsze kontrasty i nierówności, jest tu też ciszej i spokojniej. 

w tle Sule Pagoda



meczet - Bengali Sunni Jameh 

Sule Pagoda

ratusz miejski



Kościół Baptystów

budynek sądu
obelisk w Maha Bandula Park









Dworzec wołał do nas już z daleka. Wielki i zapewne niegdyś piękny. Dziś zaniedbany i brudny. 

Został on zaprojektowany przez U Tina, architekta, który zaprojektował ratusz miejski. W takim samym tradycyjnym stylu birmańskim. Jest to największa stacja kolejowa w Birmie. Bardzo mi się podoba.

Żal ogromny, kiedy się na niego patrzy. Gdyby go odnowić byłaby to perła architektoniczna.
Naszym celem oprócz samego dworca była przejażdżka tzw. Circle Train. Pociągiem jadącym na około miasta, zatrzymującym się na podmiejskich stacjach i po zrobieniu pętli 45 km i jakiś 39 przystankach zawracający do punktu początkowego. 
Próba zakupu biletów okazała się być nie lada wyzwaniem! Za każdym razem kiedy otwierałam buzię, aby poprosić o dwa bilety, pojawiające się z obydwu stron ręce wkładane w okienko dekoncentrowały mnie skutecznie. Szybko zorientowałam się, że tak kupuje się tu bilety. Nie, nie czeka się w kolejce aż każdy powie gdzie chce jechać, zagai miłą rozmowę o pogodzie i dzisiejszym samopoczuciu, tylko pcha się, a w zasadzie to wpycha ręce kładąc banknot, a kasjer podaje bilet. Rozepchałam się zatem tak, aby nikt rąk nie wsadził i poprosiłam o dwa bilety. W odpowiedzi usłyszałam tylko "no". Jak to nie? Wtedy z pomocą przyszedł stojący za mną mężczyzna, który powiedział, że przeprowadzana jest modernizacja linii kolejowej, zatem w koło miasta nie pojedziemy, ale możemy zakupić bilet do stacji Mingaladon, tam musimy wysiąść kupić bilet powrotny i po paru chwilach zawrócimy do centrum Rangunu. Dał on sprzedawcy znać, że mimo to chcemy jechać, zapłaciłam 400 kiatów czyli 1.10 zł, a pociąg właśnie wjeżdżał na peron.  

Kolejne autentyczne doznanie. Oprócz nas dostrzegamy rodzinę Chińczyków, wszyscy pozostali to lokalni mieszkańcy i mnisi. Kiedy pociąg rusza zauważamy handlarzy z owocami. Krzyczą na cały wagon zachęcając do zakupów. Jedziemy bardzo wolno obserwując życie wzdłuż torów. Optymizmu tu nie ma. Są za to śmieci, bezdomni ludzie, psy i nieład. Czar zadbanego kolonialnego centrum pryska.  
Co jakiś czas zatrzymujemy się na stacjach, gdzie jedni wsiadają, drudzy z tobołkami wysiadają. Na stacjach kwitnie handel, głównie gastronomiczny. Każdy liczy na zarobek paru kiatów i przetrwanie kolejnego dnia. 
W połowie drogi robi się luźniej. Przysiadamy się do mężczyzny, który pomógł nam zakupić bilety. Rozmowa z nim pokazuje nam inne oblicze Birmy, nasz zachwyt nad tym krajem i ludźmi zostaje ostudzony. Okazuje się on być hindusem, Birmańczykiem, ale nie jak prawie 90% mieszkańców buddystą. Z tego powodu ma duże problemy, aby znaleźć pracę i uzyskać pomoc finansową od państwa. Opowiada nam o dyskryminacji ze względu na wyznanie, która w tym kraju jest czymś powszechnym i każdy kto nie należy do głównego nurtu boryka się z podobnymi problemami. Rozmawia nam się bardzo przyjemnie. Nasz rozmówca bardzo dobrze mówi po angielsku, do niedawna mieszkał w Irlandii, gdzie pracował jako kucharz. Musiał jednak wrócić, aby pomóc rodzinie, a tu niestety nie ma szans na taką pracę. Z początku nie chce nam się do końca we wszystko wierzyć, ale później kiedy zaczerpnę wiedzy na temat historii Birmy z książek, przypomnę sobie tego człowieka, naszą wspólną drogę pociągiem i zrobi mi się smutno. 


dworzec główny  









trasa Circle Train

















Z Dworca kierujemy się do Kandawgyi Park, gdzie na jeziorze znajduje się replika królewskiej barki. 
Jest już pora daleko popołudniowa. Czujemy lekkie zmęczenie. Głównie temperaturą. A nie ma tu zbyt wielu przerywników, aby się chłodzić. Przerywniki to np. klimatyzowane galerie handlowe czy sklepy, gdzie wchodząc na chwilę można odetchnąć.

Wychodzimy w dzielnicy, gdzie po prawej stronie mijamy nowo wybudowane osiedle. Budynki wyglądają jak nowoczesne warszawskie apartamentowce. Wjazd do nich odgrodzony jest bramą. Piękne osiedle, zielone z równymi chodnikami, zadbane. Jakbyśmy byli w Europie. Kiedy przechodzimy obok, akurat podnoszą się rogatki i wyjeżdża wypasiona fura z zaciemnionymi szybami. Po drugiej stronie ulicy siedzą bezdomne dzieci z niemowlakami na rękach. Taki kontrast. 

W Parku można odetchnąć. Jest niemalże pusto. Kładki w koło jeziora Kandawgyi są remontowane, zatem już wiemy, że za daleko nie dojedziemy. Nie mamy też szans, aby je obejść dookoła. Spacerujemy tyle na ile starcza nam podłoża. Elementem charakterystycznym tego miejsca jest replika barki królewskiej zbudowana w 1974 roku, na której znajduje się restauracja. Akurat trwa zachód słońca, którego promienie odbijają się od piersi dwóch smoków, dumnie reprezentujących i strzegących barki. W pobliżu parku znajduje się też ogród zoologiczny i wesołe miasteczko.

Zaczyna się ściemniać zatem obieramy kierunek dom. Krystianowi udaje się namówić mnie na autobus co okazuje się być ogromnym błędem. O ile czekać długo nie musimy i nawet udaje nam się złapać miejsce siedzące, to korek w jaki się pakujemy unieruchamia nas na dobrą godzinę albo i dłużej.
Przy najbliższej okazji wysiadamy i idziemy piechotą z daleka widząc świecącą się Shwedagon Pagoda, która jutro jest naszym celem. 



replika barki królewskiej



zakazy obowiązujące w Parku


kolacja - warzywa w sosie sojowym, zwróćcie uwagę na te finezyjne ptaki z marchewki
kolacja w wersji mięsnej - to coś w panierce to kurczak ;) Do tego ryż i jajo

Gekon - charakterystyczny ziomek w każdej knajpie. Biegają po sufitach, ścianach i polują na komary 



Nasza trasa na mapie: 


A wersja do obejrzenia poniżej 👇



       




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Sa Pa miasteczko w górach niedaleko granicy z Chinami

Jedziemy do Chin!

Świątynia Świtu, straszne muzeum medyczne i food court w centrum handlowym.