Ulicami Mandalay. W drodze do Mahamuni Buddha Temple.
czwartek, 26 września
Śniadania w formie bufetu są zdecydowanie najlepszą formą serwowania tego posiłku. Oczywiście, jeżeli obsługa czujnym okiem obserwuje ustawione na stole podgrzewacze, kontrolując ich zawartość. Przecież nie może być tak, że schodząc na śniadanie o 9:30 zostają okruszki 😉
Dzisiejszego poranka do wyboru mieliśmy ryż z warzywami, jajka sadzone, okropny chleb tostowy, równie okropną margarynę, dżemik, słodkie małe pączki, kawę, herbatę i podróbę soku pomarańczowego. Wystarczająco, aby napełnić żołądki i naładować się energią na pierwszą część dnia.
Dziś w planie mamy szwendanie się. Czyli to co lubimy najbardziej i to co daje mi osobiście największą frajdę, i najbardziej zbliża do miejsca gdzie jestem. Obserwacja codzienności, rytmu dnia, jak chodzą ubrani tutejsi mieszkańcy, gdzie pracują, jak pracują, co jedzą, co robią w czasie wolnym, jak się przemieszczają. Niby proste, nudne i banalne, ale dla mnie najbardziej interesujące.
Wyszliśmy z naszego hotelu i kierowaliśmy się docelowo do oddalonej o 7 km Mahamuni Buddha Temple, po drodze zapoznając się z nowym miejscem.
Ulice Mandalay nie są może super komfortowe do pieszych wędrówek, kiedy jest się przyzwyczajonym do równych i harmonijnych chodników i ogólnie pojętej europejskiej pieszej struktury transportowej. Często brakuje tu wyznaczonego miejsca dla pieszego, w którym ma on pewność, że nie zostanie rozjechanym. Brakuje też wyznaczonych miejsc do przejścia na drugą stronę ulicy, czy po prostu kultury na drodze. Na szczęście zaprawieni już w takie wędrówki nie zwracamy na to zbytnio uwagi.
Po drodze mijamy restauracje, sklepiki, kramy z przekąskami i lemoniadą. Handel uliczny kwitnie. Z jednej strony pan sprzedający czerwone od chilli mango, obok pani przygotowuje paczuszki z betelem, pan smaży samosy w głębokim oleju, pies leży i płytko oddycha.
Na środku szerokopasmowej ulicy stoi pan policjant i kieruje ruchem. Wygląda jak mała mróweczka w samym środku wielkiego pieprznika. W koło niego z każdej strony świata na sygnał gwizdka czekają długie tasiemce aut, skuterów i autobusów. Wszyscy na włączonych silnikach kopcą niemiłosierne ilości spalin, smogu i czarno-siwej powłoki, która zakrywa niebo nad Mandalay. Przez ten syf w powietrzu dopiero dziś zorientowałam się, że jednak świeci tu słońce.
Na naszej drodze pojawia się Ein Daw Yar Pagoda, wchodzimy.
Przed wejściem zostawiamy buty i zagłębiamy się w teren. Początkowo mijamy kramy z przekąskami, przyprawami i pierdółkami. Kawałek dalej, na środku dumnie prezentuje się wielka pozłacana pagoda, a w koło niej, różne zabudowania, pomieszczenia i posągi. Z jednej ze stron dobiega muzyka i gwar ludzi. Podchodzimy bliżej.
Okazuje się, że odbywa się tu akurat mecz w chinlone. Jest to tradycyjny birmański sport, który łączy w sobie elementy sztuki walki oraz tańca. Polega na odbijaniu między zawodnikami małej piłki wyglądem przypominającej koszyk, wykonanej w rattanu czyli liści palm rotangowych. W trakcie takiej gry zawodnicy chodzą w kółko, nie ma wygranych czy przegranych. Jest natomiast super show i zabawa. Nasze pierwsze skojarzenie to gra w zośkę!
Zasilamy zatem publiczność i obserwujemy.
Od razu zostajemy zauważeni. W naszą stronę kierują się oczy wszystkich, a zaraz za spojrzeniami uśmiechy. Po kilkunastu minutach ruszamy dalej. Obchodzimy teren podziwiając wielkie posagi, dzwony, miejsca modlitwy, za nami podążają birmańskie dźwięki. Bardzo klimatycznie.
Po opuszczeniu pagody, przemierzając ulice mijamy rynek. Życie tu toczy się intensywnie i pracowicie. Jedni sprzedają, drudzy kupują. Jest potwornie gorąco, a zapach spalin skutecznie zniechęca do zakupu czegokolwiek.
Kawałek dalej skręcając w boczną spokojną uliczkę natrafiamy na mały kramik gdzie przesympatyczna Birmanka sprzedaje spring rollsy. Są dość duże, długie i świeżutkie. Bez zastanowienia kupujemy parę sztuk i ruszamy w dalszą drogę.
Na jednej z ulic podchodzi do nas dzieciak na oko może ośmioletni z drugim małym na rękach. Chłopiec, którego trzyma w ramionach ma może dwa lata. Nie mówi nic, wyciąga tylko rękę i patrzy smutnymi, ciemnymi oczami. Z jego twarzy trudno cokolwiek wyczytać. Jest pozbawiona emocji, czarna od brudu i zrezygnowana. Obydwoje mają na sobie sprane, stare, brudne ubrania i rozwalone klapki.
W pierwszej chwili mnie zmraża i to dosłownie. Nie wiem co zrobić, jak się zachować. Wiem, jak ważne jest nie dawanie dzieciom na ulicy pieniędzy. Jest to często przyczyna niechodzenia przez nie do szkoły. Zarabiają na ulicy i nie chcą się edukować, lub są do tego zmuszane przez dorosłych. Odruchowo oddaje im cały mój prowiant, łącznie ze słodkimi orzechami jakie mam w plecaku. Dzieciak bez wahania bierze nasze zapasy i oddala się. Ja lekko skołowana, nie do końca chyba zdająca sobie sprawę, że było to moje pierwsze tak bliskie doświadczenie z bezdomnymi dziećmi, biegam oczami w poszukiwaniu Krystiana. Widzę go w sklepie po drugiej stronie ulicy. Mówię mu o spotkanych właśnie brzdącach, moim szoku i że musimy kupić im coś do jedzenia, kiedy jednak wychodzimy na zewnątrz nie ma po nich śladu.
Smutne to i mocno trzeźwiące doświadczenie.Pamiętam jako dziecko, że można było spotkać na polskich ulicach romskie dzieci, ale nigdy nie widziałam tak zaniedbanych i brudnych. Tak samotnych i zrezygnowanych.
Idąc mniej lub bardziej bocznymi drogami, z daleka już widzimy, że zbliżamy się do dworca kolejowego. Opuszczone wagony na bocznicy, gdzie ktoś znalazł dach nad głową, w koło prowizoryczne domy, domeczki, chatki, baraki, pełno śmieci, bezdomne psy, biegające małe dzieci, kobiety gotujące coś w małych garnuszkach pomiędzy tym wszystkim. To jest to czego nie widać od frontu, od głównej ulicy.
Wchodzimy do budynku od tyłu mijając parking, koczujących tu bezdomnych, biednych, chorych. Ktoś bez nogi, inny krzyczy, ten obok dziwnie się zachowuje. Wewnątrz im bliżej kas, peronu, podróżnych tym robi się spokojniej. Na dolnym najniższym piętrze znajdują się perony, na pierwszym poczekalnia, a na drugim kasy biletowe. Miejsce to z pewnością, można nazwać dziwnym.
Dworzec z pewnością niegdyś lśnił i zachwycał architekturą, dziś wymaga renowacji i odświeżenia. Wewnątrz jest mocno zaniedbany i można rzec creepy. Z zewnątrz trochę nadgania, a wręcz może intrygować ciekawą architekturą. Co ciekawe znajduje się tu również hotel o jakże wzbudzającej zaciekawienie nazwie "Marvel".
Dworce mają w sobie to coś. Lubimy i zawsze, gdzie jesteśmy odwiedzamy perony i przyglądamy się ludziom będącym w podróży. Te w Birmie i ogólnie krajach Azji gdzie byliśmy, mają w sobie specyficzny klimat, a często kolonialna architektura podkreśla i dodaje im charakteru.
Z dworca wychodzimy na główną, szeroką i ruchliwą ulicę. Jest potwornie gorąco. Słońce szaleje. Idziemy prosto, co doprowadza nas do jednej z głównych ulic handlowych. Jest tu pełno ładnych, schludnych sklepów i restauracji. Zdecydowana odmiana po wcześniejszych zakamarkach. Dostrzegamy samoobsługowy sklep spożywczy. Zimne picie i chwila ochłodzenia zdecydowanie nam się przyda. Na wejściu zauważamy jednak, że coś jest nie tak. Ochroniarz pośpiesznie wstaje i zapala światło, po chwili włącza klimatyzację. Chyba jesteśmy pierwszymi klientami. Obsługa sklepu jest mocno poruszona naszą obecnością i nie odstępuje nas na krok. Chodzą za nami jak cienie między regałami. Drugie, co zwraca naszą uwagę to niemal puste półki. Stoją na nich produkty, ale każdego jest po sztuce lub dwie. Dziwne uczucie, jak kiedyś w Polsce.
Udaje się kupić 100 Plus - izotonik dobrze znany nam już z Malezji, a Krystian upolował napój Code - gazowaną kawę!
Odpoczywamy i ruszamy dalej.
Ulica, którą idziemy jest mocno ruchliwa. Wzdłuż niej rozciągają się prawie same sklepy. Od tych ze sprzętem komputerowym z wielkim logo Apple na froncie, po butiki z ubraniami, japonkami, walizkami, sklepy zabawkowe czy papiernicze. Zagłębie do robienia zakupów.
To co jeszcze zwraca moją uwagę to architektura kolonialna, tak piękna, a jednocześnie mocno zaniedbana.
Po jakimś czasie dochodzimy do Diamond Plaza - pierwszego spotkane przez nas centrum handlowego w Birmie! Radość nasza, a moja w szczególności była ogromna. Schłodzenie się to raz, ale toaleta! Zawsze jak szwendamy się po mieście oko me wypatruje centrum handlowego, aby móc skorzystać z cywilizowanej toalety. Nie będę owijać w bawełnę, w tych miejscach są one najbardziej higieniczne, a zamiast dziury w ziemi do której wciąż przywyknąć mi ciężko, jest sedes jak w domu 😉
Galeria w środku niczym nie odbiegała od naszych wielkopowierzchniowych sklepów, może z tą różnicą, że było w niej dość pusto. Po takich miejscach widać najlepiej, że Birma jest to kraj biedny, gdzie asortyment dostępny w takich miejscach i ceny są tylko dla wybranych.
Kiedy już wychodziliśmy, na dolnym piętrze dostrzegliśmy cukiernio-piekarnię, a w niej bagietki! O rety zwykła biała bagietka, której normalnie bym kijem nie dotknęła smakowała jak nigdy. Od wyjechania z Polski, czyli 31 sierpnia to moje pierwsze pieczywo.
| Ein Daw Yar Pagoda |
| Ein Daw Yar Pagoda |
| Ein Daw Yar Pagoda |
| gra w chinlone |
| ryneczek |
| kasy na dworcu |
| dworzec kolejowy |
| centrum handlowe! |
Do Mahamuni Buddha Temple zostały nam 3 kilometry.
Mijamy szerokie ulice, szkoły, domy, opuszczone hotele, które nigdy nie doczekały się swoich gości, sklepy, sklepiki, mini restauracyjki w garażu, mniszki męskie i żeńskie, mniszątka zbierające jałmużnę i dziesiątki birmańskich twarzy.
O bliskości naszego celu podpowiedziały nam sklepy i zakłady, gdzie produkują dewocjonalia.
Wielkie buddyjskie figury, posągi, meble, korale, male, kaszaje, obrazy i wszystko inne.
Wstęp do Mahamuni Buddha Temple dla obcokrajowców wynosi 5 tys MMK czyli 12 zł.
Miejsce to, po Shwedagon Pagoda w Rangunie jest jednym z ważniejszych miejsc kultu.
Obraz znajdujący się w tej świątyni przedstawia Buddę i wg wierzeń jest to jeden z 5 obrazów jaki powstał za jego życia. Jest to ważne miejsce modlitw i wielu pielgrzymek.
Kiedy wchodzimy do środka, najpierw musimy oczywiście zdjąć buty, a następnie minąć cały pasaż handlowy z dewocjonaliami, jedzeniem, zabawkami, ubraniami.
Następnie zapłacić za wstęp, a jak zapomnieliście odpowiedniego stroju to wypożyczyć longyi. Pamiętajcie, że wchodząc do świętych miejsc nie tylko w Birmie, ale na całym świecie należy być odpowiednio ubranym, czyli zasłaniamy kolana, ramiona, nie pokazujemy dekoltu.
Długim pozłacanym korytarzem między łukami i kolumnami doszliśmy do świętego obrazu, odlanego z brązu, który waży 6,5 tony. Wysokość jego to 3,8 m. Znajduje się on w komnacie, do której wstęp mają tylko mężczyźni.
Akurat jesteśmy świadkami obmywania Buddy i doklejania kolejnych złotych listków do jego postaci.
W świętym miejscu spędzamy trochę czasu. Spacerujemy po terenie oglądając wielkie posągi, piękne freski, zwiedzając muzeum, gdzie poznajemy całą historię obrazu i jego etymologię, a następnie wsłuchując się w tradycyjne buddyjskie dźwięki siadamy między pielgrzymami i odpoczywamy.
Mocno relaksujące i oczyszczające doświadczenie.
| wejście do Mahamuni Buddha Temple |
| Mahamuni Buddha Temple |
| Mahamuni Buddha Temple |
| Mahamuni Buddha Temple |
| Mahamuni Buddha Temple |
| Mahamuni Buddha Temple |
| muzeum w Mahamuni Buddha Temple |
| Mahamuni Buddha Temple |
| Mahamuni Buddha Temple |
| Mahamuni Buddha Temple |
Do hotelu mimo spędzenia całego dnia na nogach wracamy pieszo.
Długą, główną ulicą praktycznie cały czas kierując się prosto nie odrywamy oczu od codzienności Mandalay. Tych dziwnych pojazdów własnoręcznie zrobionych, wszechobecnych mnichów z misami do których zbierają jałmużnę, sklepików, straganów z betelem i mieszkańców tego zakurzonego miasta.
| fotel dentystyczny |
| marszrutka - super popularny środek komunikacji miejskiej |
| stoisko z betelem |
| dzisiejsza trasa |
A nasza przygoda z tego dnia do obejrzenia poniżej 😊
Super opowieść, tyle ciekawych detali. Jakbym tam była, tylko bez smrodu i hałasu :)
OdpowiedzUsuńDziękuję bardzo! 🙂
UsuńNiestety w wiele miejsc azjatyckich smród i hałas są wpisane w krajobraz i absolutnie nic z tym nie zrobimy. Można by rzec taki urok 😉
Super opowieść, tyle ciekawych detali. Jakbym tam była, tylko bez smrodu i hałasu :)
OdpowiedzUsuń