Królestwo Paganu startujemy.



sobota 21 września,

Śniadanie w naszym hotelu serwowane jest między 7.00 a 9.00 rano. 
Ma to niewątpliwie swój puls w postaci dłuższego dnia, ale też minus w pobudce dla nas zbyt wcześnie.
Nigdy nie byłam porannym ptaszkiem, czy jak to inaczej nazywają tę przypadłość braku sympatii do dłuższego spania.  


Na dachu naszego hotelu byliśmy o 8:30 lekko niewyspani, ale też pełni ciekawości co dzień nam przyniesie. 
Najpierw przyniósł mega śniadanie w postaci bufetu.
Do wyboru był ryż, makaron, frytki(!), jajka w postaci każdej, naleśniki i przekąski birmańskie! One ucieszyły me podniebienie najmocniej.
Kawa, herbata, imitacja soku pomarańczowego i różne owoce. 

Żartowaliśmy, że może zwiedzanie rozpoczniemy od jutra, a dziś zostaniemy na dachu i oddamy się dokładnej i powolnej degustacji.
Niestety nie było to możliwe.


Teren archeologiczny zwiedzać możecie:
  • piechotą - ale zajmie Wam to wieczność,
  • wynajętym tuk tukiem,
  • dorożką - czego nie polecam mocno,
  • rowerem - co może być delikatnie ujmując walką o życie,
  • skuterem elektrycznym - innych nie wypożyczycie,
My zdecydowaliśmy się oczywiście na opcję skuterową i mimo obaw o zasięg kilometrowy, decyzja ta była bardzo dobra.
Pierwsze co nas uderzyło to brak dźwięków.
Śmiesznie jedzie się ulicą na skuterze, kiedy nie słyszy się, że się jedzie!
Zasięg jaki nasz birmański motyl - tak go nazwaliśmy - miał to 60 km, ale zapewniono nas, że to w zupełności wystarczy.
Ilość przejechanych kilometrów kontrolować możecie na zegarze, zatem w razie uzasadnionych obaw, można zawracać.

Teren, który zwiedzamy jest ogromny. Obejmuje obszar 13 km na 8 km i objechanie go w jeden dzień wątpię aby się komuś udało, no chyba, że od świtu do nocy z prywatnym kierowcą, ale to i tak będzie tylko i dosłownie objechanie. 

Od 1044 roku do 1287 miasto to było stolicą Pierwszego Imperium Birmańskiego - Królestwa Paganu. 

Na terenie tym znajduje się ponad 500 buddyjskich pagód, 900 świątyń, 400 klasztorów i 380 innych obiektów! Jesteście to sobie w stanie wyobrazić???? 
Teren ten dzieli się na cztery strefy :

  • Nyaug U - tu mieszkamy
  • Wetkyi-in
  • Pugan Dyoyaung  czyli Old Bagan
  • New Bagan


Ruszamy w stronę Starego Baganu po drodze zatrzymując się przy pierwszych mijanych zabytkach. 

Pierwsze co nas uderza to birmański atak zakupowy.
Panie, kup Pan coś. Cokolwiek my friend...


- A skąd jesteś? A chodź pokażę Ci mój sklep... i tak w kółko. 

Nie lubimy tego i nie lubimy jeszcze bardziej, kiedy grzecznie uśmiechając się odmawiasz, a z drugiej strony dostajesz ... focha! Już nie jesteś friend i już nie ważne skąd jesteś i jak długo w Birmie zostajesz.  


Same budowle mocno intrygują. Zachowane są w bardzo dobrym stanie, a do niektórych z nich możemy wejść do środka. 

Na ścianach widać rzeźbienia, a gdzieniegdzie stoją stare posągi. 
Czuć ducha czasu.
Spotkacie tam ludzi sprzedających obrazki. Później okaże się, że są one - obrazki te - wszędzie. W każdej pagodzie siedzi jakiś mężczyzna i mniej lub bardziej natrętnie będzie próbować Wam je wcisnąć. Powiem szczerze, że podobały nam się bardzo, ale forma przekonania nas do zakupu już mniej. Zatem uciekliśmy czym prędzej.  
Teren w koło nas jest dość pusty, poza roślinnością i pełnym słońcem za wiele się nie dzieje. 
Obchodzimy je w koło mijając małe stragany z pamiątkami, owocami i napojami. 
Jedziemy dalej. 











Co jakiś czas zatrzymujemy się w polu przy pagodach wyglądających na zapomniane, jest w koło nich pusto i cicho. Jedynie jakieś świsty owadów i szurania jaszczurek odwracają nasze głowy. Kręcimy się w koło. Towarzyszy nam tylko zbyt hojne dziś słońce. 


Kolejne komercyjne miejsce to Świątynia Htilominlo.
Z daleka już widać autokary, tłumy turystów i jeszcze więcej straganów.  Zorganizowane grupy w takich samych koszulkach lub z takimi samymi parasolami mieszają się z lokalnymi mieszkańcami i pielgrzymami przybyłymi tu, aby oddać się modlitwom. 

Stragany znajdujące się w koło mocno zaburzają naszą koncentrację . Natręctwo sprzedających tu Pań nie jest miłe.  
Mam w sobie takie rozdarcie. Brak umiejętności ułożenia w sobie tego mistycyzmu i komercji. Konflikt czasu dotarł i tu. 

Świątynia jest duża. Można wejść do środka i korytarzami obejść ją w koło mijając cztery posągi Buddy. Każdy zwrócony w inną stronę świata.  Przed nim modlą się buddyści. 
Wysokie sufity, łuki i zdobienia na nich, robią super wrażenie. Widać też, że miejsce to dotknięte zostało - jak wiele innych w Pagan - trzęsieniem ziemi w 2016 roku.  Została zniszczona wtedy kopuła, która nadal jest w remoncie, oraz ściany i znajdujące się na nich malowidła.       







Kolejny zjazd i zanim dobrze przyjrzymy się gdzie zaparkować naszego motylka oblegają nas sprzedawcy wszystkiego.

Jak tak ma wyglądać parodniowe zwiedzanie tego miejsca to trochę odbiega to od tego co sobie wyobrażaliśmy. 
Temperatura nie wspiera cierpliwości i nasze grzeczne dziękuję zaczyna być trochę nie miłe. 
Natarczywość sprzedawców też rośnie, kobiety z dziećmi, one osiągają szczyty. 
Widok dzieci, tu na tym placu, zamiast w szkole budzi w nas mieszane uczucia. 8-10 latki powinny uczyć się, a nie natarczywie zaczepiać turystów i łamanym angielskim wciskać nam chińskie pamiątki. To ważne, aby nic od nich nie kupować. 
Edukacja dla dzieciaków w tych rejonach świata jest jedyną szansą osiągnięcia czegokolwiek, zdobycia jakkolwiek lepszej pracy niż sprzedawanie magnesów czy napojów na ulicy. Wyrwania się z okropnej biedy i życia w niskich standardach. 
Pamiętajcie o tym, jest to coś na co mamy realny wpływ!
Nie wspierać. Nawet jeżeli idą za wami i ich słodkie oczy łamią wasze serca, a jeden dolar w tym momencie to nic. Twarda miłość musi tu zagrać pierwsze skrzypce. 


Kolejne pagody, świątynie, posągi. Dziewięćset letnie budynki przeplatają się ze współczesnym obrazem Birmy,  straganami i całym jarmarkiem w koło. 
Kawałek dalej dostrzegamy dorożki. Serce nam pęka. Smutne, przegrzane konie wożące pozbawionych empatii turystów. 
Coś czego nigdy nie pojmę w żadnym kraju i w żadnych warunkach. Wykorzystywanie zwierząt na potrzeby turystyki, zarobku i zysku 😭
Najobrzydliwszy obraz człowieka. 











Jedziemy dalej. 
Nieopodal parkujemy przy Świątyni Minochantha
Nie ma tu nikogo. Chwila spokoju. 
Wchodzimy po schodach. Na samej górze możemy podziwiać widok na okolicę, nie jest zbyt wysoko, ale to zawsze coś więcej niż poziom zero.
Od kiedy jest zakaz wchodzenia na pagody, ciężko upolować fajny widok na całe Królestwo Pagan. 

Otaczają nas białe stupy, w połączeniu z biała podłogą i palącym słońcem może zakręcić się w głowie. Pod daszkiem Pan sprzedaje obrazy. 
Chwilę odpoczywamy, napajamy się spokojem i kontynuujemy podróż.




Po drodze robiąc zdjęcie pod jedną ze świątyń podeszła do nas Pani mająca swoją małą drewnianą budkę zaraz obok i namawiała mnie, abym z nią poszła, a zrobi mi thanake czyli tradycyjny birmański makijaż. Początkowo podziękowałam, ale pani mocno nalegała, od razu tłumacząc, że robi to za darmo, że nic nie muszę płacić. Uśmiechała się, była bardzo miła. 

Ok, dałam się namówić. 
Weszłam do środka, usiadłam, mogłam obserwować całą procedurę, czyli pocieranie kawałka drewna z drzewa murraya o kamienną płytę, z niewielkim dodatkiem wody, aż zrobi się błotnista papka. Papkę tą, pani rozsmarowała mi na twarzy. Wykonała listkiem wzorki na policzkach, po czym spojrzała na mnie i kazała coś od siebie kupić.  Ech... ja głupia. 
Po Lucky Budda i omodleniu nas mlekiem powinnam wiedzieć, że nie ma tu nic za darmo i aby nie wierzyć i nie ufać w to co mówią. 
Wstałam, podziękowałam i powiedziałam, że zgodziłam się, ponieważ zapewniła mnie, że thanaka jest za darmo, a ja nie potrzebuję całego zestawu do jej robienia. Jesteśmy w długiej podróży i nie mogę pozwolić sobie na zbędny bagaż. 
Pani wstała, obróciła się na pięcie i wyszła.
Zostałam w małej drewnianej budce sama. Jedyne co mi towarzyszyło to konsternacja i poczucie niesprawiedliwości. 


Kolejna za naszej drodze znajdowała się chyba najpiękniejsza świątynia spośród wszystkich tu czyli Ananda

Nazwa jej pochodzi z sanskrytu i oznacza "doskonałe szczęście".
Najpierw mijamy ryneczek na którym intensywnie odbywa się handel i po przejściu długiego holu ze straganami wchodzimy do środka. To, co może jeszcze przykuwać zaraz po wejściu do środka uwagę, to ilość szklanych skrzyń na datki. Dość hojnie zapełnionych.        
Świątynia ta zbudowana została na przełomie XI i XII wieku na planie krzyża greckiego. Ma cztery długie hole wejściowe, a w samym centrum znajduje się złota wieża wysoka na 52 metry. 
W każdym z korytarzy we wnęce znajduje się wysoki na 9,5 m drewniany pozłacany posąg Buddy. Symbolizuje cztery strony świata. 

Oprócz tego możemy oglądać rzeźbienia, posągi, a także poznać historię życia Buddy i ważne wydarzenia z jego życia.
Pięknie tu 💗

Znajdują się tu też tarasy na których można usiąść i podziwiać tą piękną budowlę z zewnątrz.












Kawałek dalej zatrzymaliśmy się przy Thatbyinnyu Temple, ale oznaki z nieba pokazywały nam, że chyba lepiej zawrócić. 
Zrobiło się pochmurno. 
Niezbyt dokładnie przyglądamy się jej i wolimy jechać dalej.

Mijamy Nat Hlaung Kyaung.
Dźwięk kilkudziesięciu malutkich dzwoneczków, rozwieszonych w koło, lekkie podmuchy wiatru i zachmurzone niebo mówią nam, że zbliża się burza. 
Krystian zostaje, a ja po namowie przez w średnim wieku Birmankę wchodzę do środka, aby zobaczyć podobno jedyną tu lub jedną z niewielu świątyń hinduistycznych. 
Kobieta oprowadza mnie, jest bardzo miła, uśmiechnięta, pokazuje posągi Siwy, Wisznu, opowiada historię, pokazuje gdzie zrobić zdjęcie, bo jest dobry kadr. Spędzam z nią jakieś 10-15 minut, bardzo miłe minuty. 
Kiedy wychodzimy na zewnątrz dość stanowczo każe mi iść do swojego sklepu i coś zakupić. Kiedy grzecznie odmawiam i dziękuję za poświęcony mi czas robi się niemiła. 
Uśmiech znika z jej twarzy, a ton głosu robi się wyraźnie mocniejszy i podniesiony. 
Stanowczo odmawiam i idę w stronę Krystiana. 
Już wiem, że nie mogę tu nikomu ufać w kwestii  bezinteresownej rozmowy czy pomocy. Wszystko ma swoją cenę.
Nie jest to Hpa-an. Bagan został już przemieniony i one dolar zmienił go bezpowrotnie. Niestety.  









Pogoda nas skutecznie wystraszyła i decydujemy się zawracać.
Wrócimy tu jutro.
Perspektywa ulewy - azjatyckiej w szczególności - nie zachęca do zwiedzania. 


Po jakiś 10 minutach drogi lunęło. 
Na szczęście mijaliśmy wiatę, pod którą stali już trzej młodzi Birmańczycy, zatem zaparkowaliśmy, zapytaliśmy czy możemy dołączyć i schroniliśmy się obok. 
Deszcz z minuty na minutę był coraz intensywniejszy i cięższy. Lało jak na końcówkę pory deszczowej przystało. Srogo! 
Po jakimś czasie dołączyły pioruny, a pod nasze zadaszenie para z małą dziewczynką. 
3 skutery, 7 osób i nie dający rady przyjmować więcej wody dach, z którego zaczynało bokiem wlewać się do środka.
Obraz rozciągający się przed nami z jednej strony, czyli pola w oddali z pięknymi świątyniami był całkowicie szary i zaciemniony, po drugiej stronie ulicy tzw. tu restauracja, czyli stoliki i polowa kuchnia pod namiotem zaczynały tonąć.
Mimo paru mężczyzn w obsłudze sytuację starała ratować się kobieta.  

Kiedy deszcz lekko zelżał chłopcy zakładając foliowe płaszcze pojechali dalej, my jednak i para z dzieckiem zostaliśmy czując, że to nie koniec uzewnętrzniania się Matki Ziemi. 
Po paru minutach przyszła druga fala, a pioruny i błyski były tak mocne, że zaczęliśmy się obawiać czy schronienie nasze na pewno jest bezpieczne. 
Trzaskało i waliło dobre kilkanaście minut. 





Po godzinie udało się jechać dalej. 

Przed powrotem do hotelu zajechaliśmy do wegetariańskiej knajpki na lunch -  Restatu Moe Pyae San Vegetarian
Miejsce mocno lokalne w wystroju, obsłudze i cenniku.
Ceny bardzo nas zadowoliły 😀
Zamówiliśmy sweet & sour vegetable, coconut rice i potato salad. 

Całość kosztowała nas 3200 MMK czyli 9,20.
Jak widzicie ceny w lokalnych knajpach dla niskobudżetowych podróżników są idealne, a porcje wystarczające na dwie osoby.   




1000 Kiatów to 2,8 😊



W planie mieliśmy dziś jeszcze zachód słońca, co paradoksalnie nie jest już w Bagan takie proste. 

Kiedyś można było wspinać się na świątynie i pagody i oddawać chwili, obserwując jak ten wielki obiekt trzymający nas przy życiu idzie spać, ale od początku tego roku jest to niemożliwe. 
Zakazy zostały wprowadzone po wypadkach mających tu miejsce i jak dodamy do tego trzęsienie Ziemi w 2016 roku plus ulewne deszcze i znaczne pogorszenie stanu wielu budowli, w zasadzie mnie to nie dziwi. Smuci, owszem, gdyż znalezienie miejsca na zachód do łatwych obecnie nie zależy. 
Sposoby są różne. 
Można jeździć i szukać i próbować wejść niezauważenie. 
Można zapłacić 10 dolców, a miejscowi zaprowadzą was do miejsca gdzie możecie się wdrapać i wschód bądź zachód oglądać. 
My postanowiliśmy znaleźć punkt widokowy oficjalny i legalny i zbytnio nie kombinować. 
Krystian z pomocą maps.me - polecałam Wam już tą aplikację wcześniej, sprawdza się świetnie, szczególnie kiedy jesteście offline - znalazł takie miejsce i postanowiliśmy po krótkim odpoczynku, wysuszeniu i przebraniu się pojechać to sprawdzić. 
Skuter nasz niestety nie miał wystarczającej mocy na kolejną wycieczkę, ale nie był to problem. Dostaliśmy nowy w ramach uiszczonej porannej zapłaty. 

Do naszego celu mieliśmy jakieś 9 km. 
Droga początkowa asfaltowa pod koniec zamieniła się w błotnisto-dziurawą. 
Już w oddali widzieliśmy, że zbliżamy się do dobrego miejsca. Autokary pełne turystów, tuk tuki, motory i tłum ludzi. 
Zaparkowaliśmy i udaliśmy się w miejsce z którego już roztaczał się piękny widok. 
Przy wejściu należało okazać bilety wstępu, które zakupiliśmy przy wjeździe do miasta. Zatem pamiętajcie, aby mieć je zawsze ze sobą kiedy wypuszczacie się w rejony archeologiczne. 

To co zaraz po licznych jednostkach ludzkich wraz aparatami i kamerami rzucało się w oczy to ważki! 
Latały ich tu niepoliczalne dla oka ilości. Inwazja wręcz.
Zresztą już jadąc skuterem czuliśmy jak odbijają nam się od kasków! 


Zachód piękny! Na tle pagód, świątyń i innych zabytków wyglądał jak z obrazka.
Niestety nie dane nam jest oglądanie go w akompaniamencie balonów, gdyż pojawiają się one dopiero po zakończeniu pory deszczowej, od połowy października. Wtedy to już będziemy w Wietnamie. 











Do domu wracaliśmy praktycznie w ciemnościach. Jest to częsty obrazek w Azji. Kiedy robi się ciemno, robi się dosłownie czarno. Latarnie nie są tu częstym ozdobnikiem przestrzeni drogowej, prędzej drogę oświetli wam żarówka z restauracji czy mijanych sklepów.
To co jeszcze rzucało się nam w oczy to brak używania świateł przez współtowarzyszy drogi. 
Niektóre skutery zauważaliśmy dopiero jak prawie w nie wjechaliśmy! 
O rowerzystach czy pieszych nie wspomnę, bo to wręcz proszenie się o wypadek. 

Kolację zjedliśmy, a jakże w Perfect Caffee! Co Wam szczerze polecam. 
Dostaliśmy nawet gratis w postaci sałatki z pomidorków 😊




Jutro, o ile pogoda nam umożliwi kontynuujemy zwiedzanie Starego Bagan i odwiedzimy nowy Bagan.

Poniżej nasza dzisiejsza trasa oraz wersja do obejrzenia na YT:

droga na zachód słońca 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Sa Pa miasteczko w górach niedaleko granicy z Chinami

Jedziemy do Chin!

Świątynia Świtu, straszne muzeum medyczne i food court w centrum handlowym.