Witamy w Mandalay!
środa, 25 września
Jest 8:46 i właśnie opuściliśmy Bagan.
Kolejny przystanek: Mandalay. Powinniśmy tam być na 14:00.
Lekkie niewyspanie i mimo wczesnej pory już zmęczenie. Budzik dziś zadzwonił o 5:50.
W zasadzie to był ustawiony na 6:20, ale cały czas mam nieprzestawioną godzinę po wyjeździe z Tajlandii - dzięki czemu wstajemy codziennie pół godziny wcześniej 😄
Lekkie śniadanie, zapakowanie przekąsek na wynos i punktualnie od 8:00 czekaliśmy pod hotelem na transport. Podjechał z lekkim opóźnieniem większy biały tuk tuk, obsługa hotelu wrzuciła tam nasze plecaki, pożegnaliśmy się wymieniając uśmiechami, życzeniami zdrowia i dobrego życia i wskoczyliśmy na pokryte brązową tapicerką siedzenia.
Na dworcu oddalonym o 7 km przesiedliśmy się w taki sam mały zielony autobus jakim tu przyjechaliśmy. Miły kierowca ubrany w tradycyjny strój birmański czyli Longyi, nadgorliwa klimatyzacja, czyli standard transportu birmańskiego.
Koszt 9000 MMK za osobę - 26 zł i butelka zimnej wody w cenie.
Dobrze, że wzięłam przed jazdą aviomarin zakupiony jeszcze w Polsce - nie wiem do czego porównać podróż takim autobusem - jazdą na koniu po trampolinie?
Już wiem też dlaczego te autobusy mają tak wysoki standard, a nie są tak proste jak te na Sri Lance. Liczba odszkodowań za połamania, otarcia i obdarcia doprowadziłaby ten kraj do bankructwa.
Myślę, że firmy transportowe podobnie jak wszystkie hotele i hostele są tu państwowe.
Dlatego z noclegami jest problem, jeżeli nocować byście chcieli w kwaterach prywatnych lub w świątyniach.
Czytałam na bardzo wielu blogach i to również wpisy z tego roku, że nawet jeżeli mniszki się zgodzą - a zgadzają prawie zawsze - to przychodzi smutny pan w mundurze i mówi, że turysta może spać tylko w wyznaczonym dla niego miejscu. Nawet mogą Was do tego miejsca podwieźć. 😀
Wyznaczone miejsca to oficjalne hotele będącą pod czujnym okiem władzy, gdzie zawsze podać musicie skąd przyjechaliście i dokąd zmierzacie dalej.
Generalnie Birma, mimo że otwarta już na turystów - chociaż dopiero od niedawna, bo od 2012 roku - zaskoczy Was wciąż obecnością wojska czy policji na ulicach - szczerze to ich zbytnio nie odróżniam...
Jadąc przez miasto, z miasta do miasta, czy na obrzeżach miasta widzimy punkty kontrolne i szlabany. Nas nie zatrzymują, nie sprawdzają, odpowiadają tylko Mingalarbar czyli dzień dobry, uśmiechają się i pokazują, aby jechać dalej.
Miejscowi są sprawdzani non stop. Dlaczego? Nie wiem. I w sumie trochę żałuję, że nie zapytałam naszej Pani z hostelu w Hpa-An kiedy miałam ku temu okazję. Z drugiej strony wiem, że o polityce otwarcie rozmawia się tu dopiero od niedawna.
Nowa pani premier, laureatka Pokojowej Nagrody Nobla Aung San Suu Kyi - zresztą pozostająca nie bez kontrowersji, mam tu na myśli przeprowadzane przez rządowe wojska ludobójstwo mniejszości muzułmańskich Rohingja - od 2016 roku wprowadza zmiany mające dać odwilż i wprowadzić demokrację w tym pięknym kraju. Wojsko kiedy władzę oddawało, zrobiło to na własnych warunkach, tworząc swoją konstytucję. Zatem niby mamy demokrację, a w kraju zachodzą zmiany, ale wiele decyzji i kontrola wojska nad wieloma sprawami i aspektami życia nadal ma miejsce. W dalszym ciągu trzymają łapę nad znaczącymi urzędami, a w dalekich zakątkach słowo demokracja wciąż oznacza niewiele.
Czytałam o terenach niedostępnych dla turystów - północ kraju, tereny przygraniczne, że podobno tam właśnie wojsko nadal sprawuje swoje zachcianki. Istnieją tam wciąż - o ile to prawda w ogóle - obozy pracy i więzienia dla przeciwników politycznych.
Fakt, wciąż jest tam też sporo niewybuchów i to jest jeden z powodów nie dopuszczania w te rejony obcych, a dwa wciąż dochodzi tam do wielu sporów i walk o podłożu etnicznym.
Do Mandalay wbrew obawom dotarliśmy nie oglądając dworca z Mad Maxa - na którym mieliśmy przesiadkę jadąc do Bagan. Wysiedliśmy za to nieopodal, na ulicy, na której czekał już na nas duży tuk tuk. Pokazaliśmy panu gdzie chcemy jechać, kiwnął głową i kazał wsiadać. Oprócz nas wsiedli też inni pasażerowie z autobusu. Kierowca wszystkich zawiózł do celu, a nas jako ostatnich pod sam hotel. Nawet zatrąbił podjeżdżając, a chłopaki wybiegli i wzięli nasze graty.
Royal Yadanarbon Hotel na pierwszy rzut oka wyglądał "wow".
Wielkie drewniane meble, balustrady, lada, wszystko to wyglądało bardzo ekskluzywnie.
Powitano nas szklanką soku pomarańczowego - w rzeczywistości był to sztuczny pomarańczowy napój 😉- oraz uśmiechami i miłą rozmową.
Po raz kolejny meldując się w hotelu musieliśmy podać skąd jedziemy i gdzie wybieramy się w dalszą podróż. Nasze odpowiedzi zostały dokładnie zanotowane.
Pokój dwuosobowy z łazienką który dostaliśmy kosztował nas 42,92 $ za cztery noce wraz ze śniadaniami, czyli 10,73$ za noc. Idealnie.
Do pokoju zostaliśmy zaprowadzeni przez ślicznego młodego człowieka, bardzo dobrze mówiącego po angielsku. Generalnie cała obsługa hotelu była w dość młodym wieku, więcej niż 16-17 lat niektórym jej członkom bym nie dała. Wszyscy oni też potrafili porozumieć się w języku obcym.
Pokój nasz na pierwszy rzut oka wydał się w porządku, jednak po chwili kiedy uważniej się przyjrzeliśmy, okazało się, że może i dzieciaki z obsługi mówią po angielsku, są mili i uprzejmi, ale ze sprzątaniem już tak różowo u nich nie jest.
Zeszłam zatem do recepcji i poprosiłam o zmianę pokoju, argumentując, że ten jest dość brudny, zakurzony, a z klimatyzacji, która ledwo co daje radę, wydobywa się dość nieprzyjemny zapach.
Po chwili uroczy młody mężczyzna, ten sam który zaprowadził nas do pokoju, pokazał kolejne trzy do wyboru.
Jeden z nich znajdował się na 5 piętrze. Był tu super taras z miejscem do odpoczynku i widok na całe miasto. Była tam też galeria z obrazami 😍 Super!
Niestety kolejne pokoje nie były wcale w dużo lepszej kondycji higienicznej, zatem wybraliśmy ten, który wydawał się najbardziej komfortowy i akceptowalny. Na wyposażeniu była lodówka, czajnik, telewizor i prywatna łazienka.
Link do hotelu KLIK.
Po dosprzątaniu i rozpakowaniu się ruszyliśmy na obchód.
Mandalay nie było tak straszne jak pisali. Spodziewaliśmy się miasta dużego, zakopconego, zaniedbanego i głośnego. Owszem mogliby mniej klaksonić i zredukować liczbę pojazdów na drodze - maseczka na pierwszy spacer obowiązkowa - oraz zainwestować w chodniki, ale ogólne wrażenie na plus.
To co od razu rzuciło się w oczy to powrót dobrej energii od Birmańczyków. Powróciły bezinteresowne uśmiechy i powitania. Czuliśmy się znowu miło widziani i nie postrzegani przez pryzmat dolara.
Z racji pory późno popołudniowej nie zapuszczaliśmy się zbyt daleko w miasto. Doszliśmy do Pałacu Królewskiego otoczonego fosą i murami pałacowymi, pokręciliśmy się w koło, podziwiając piękną, niestety zaniedbaną architekturę kolonialną, zaszliśmy do Kościoła Świętego Serca mijanego po drodze i na mocno lokalny ryneczek.
Kolejne autentyczne doznanie.
Targ odbywał się niemal na ulicy, między skuterami i tuk tukami mijaliśmy kolorowe warzywa i owoce. Sprzedawcy pełni skupienia, ale nie zapominający o uśmiechu, obsługiwali klientów, kupujących nie opuszczając swoich jednośladów. Gdzieś w tym całym zamieszaniu mignęła mi kobieta akurat zmieniająca dziecku pieluchę, inna kończąca może jedyny dziś posiłek - oczywiście rękoma, mężczyzna pchający wielki wózek z workami cebuli.
Piękne te dary ziemi, ale całe w kurzu, muchach i otulone kilogramem spalin. Aż się chciało coś kupić, tym bardziej, że mamy w pokoju lodówkę, jednakże są zasady, których w temacie gastronomicznym łamać nie możemy, zatem odpuszczamy.
W drodze powrotnej zachodzimy do lokalnej knajpki blisko naszego hotelu na kolację.
Podobnie jak na ryneczku, jest tu mocno lokalnie. Nawet się zastanawiam przez sekundę czy to dobry pomysł tu jeść....
Powitani przez młodą Birmankę siadamy do wolnego stolika, czujemy na sobie wszystkie oczy znajdujące się w lokalu, po czym okazuje się, że dziewczyna nic nie rozumie po angielsku.
Już mamy wychodzić, kiedy podchodzi do nas starsza kobieta i pyta co chcemy jeść.
Ja mówię, że cokolwiek wegetariańskie, a Krystian, że kurczak.
Po chwili dostajemy po wielkim talerzu z ryżem i miseczki, w jednej warzywa curry w drugiej w tym samym sosie kurczak, obok soczewica, chilli i jakieś inne w ostrym wydaniu przysmaki.
Płacimy za całość 1700 MMK czyli 5 zł!
Do hotelu wracamy w ciemnościach, mimo że to miasto, uliczne oświetlenie nie jest zbyt gęste. Drogę głównie oświetlają nam przejeżdżające pojazdy i restauracje. O ile tak umownie możemy nazywać te garażowe gastronomie.
Odcinek z Mandalay -> TUTAJ
Powitano nas szklanką soku pomarańczowego - w rzeczywistości był to sztuczny pomarańczowy napój 😉- oraz uśmiechami i miłą rozmową.
Po raz kolejny meldując się w hotelu musieliśmy podać skąd jedziemy i gdzie wybieramy się w dalszą podróż. Nasze odpowiedzi zostały dokładnie zanotowane.
Pokój dwuosobowy z łazienką który dostaliśmy kosztował nas 42,92 $ za cztery noce wraz ze śniadaniami, czyli 10,73$ za noc. Idealnie.
| nasz hotel |
| widok z tarasu |
Do pokoju zostaliśmy zaprowadzeni przez ślicznego młodego człowieka, bardzo dobrze mówiącego po angielsku. Generalnie cała obsługa hotelu była w dość młodym wieku, więcej niż 16-17 lat niektórym jej członkom bym nie dała. Wszyscy oni też potrafili porozumieć się w języku obcym.
Pokój nasz na pierwszy rzut oka wydał się w porządku, jednak po chwili kiedy uważniej się przyjrzeliśmy, okazało się, że może i dzieciaki z obsługi mówią po angielsku, są mili i uprzejmi, ale ze sprzątaniem już tak różowo u nich nie jest.
Zeszłam zatem do recepcji i poprosiłam o zmianę pokoju, argumentując, że ten jest dość brudny, zakurzony, a z klimatyzacji, która ledwo co daje radę, wydobywa się dość nieprzyjemny zapach.
Po chwili uroczy młody mężczyzna, ten sam który zaprowadził nas do pokoju, pokazał kolejne trzy do wyboru.
Jeden z nich znajdował się na 5 piętrze. Był tu super taras z miejscem do odpoczynku i widok na całe miasto. Była tam też galeria z obrazami 😍 Super!
Niestety kolejne pokoje nie były wcale w dużo lepszej kondycji higienicznej, zatem wybraliśmy ten, który wydawał się najbardziej komfortowy i akceptowalny. Na wyposażeniu była lodówka, czajnik, telewizor i prywatna łazienka.
Link do hotelu KLIK.
Po dosprzątaniu i rozpakowaniu się ruszyliśmy na obchód.
Mandalay nie było tak straszne jak pisali. Spodziewaliśmy się miasta dużego, zakopconego, zaniedbanego i głośnego. Owszem mogliby mniej klaksonić i zredukować liczbę pojazdów na drodze - maseczka na pierwszy spacer obowiązkowa - oraz zainwestować w chodniki, ale ogólne wrażenie na plus.
To co od razu rzuciło się w oczy to powrót dobrej energii od Birmańczyków. Powróciły bezinteresowne uśmiechy i powitania. Czuliśmy się znowu miło widziani i nie postrzegani przez pryzmat dolara.
Z racji pory późno popołudniowej nie zapuszczaliśmy się zbyt daleko w miasto. Doszliśmy do Pałacu Królewskiego otoczonego fosą i murami pałacowymi, pokręciliśmy się w koło, podziwiając piękną, niestety zaniedbaną architekturę kolonialną, zaszliśmy do Kościoła Świętego Serca mijanego po drodze i na mocno lokalny ryneczek.
Kolejne autentyczne doznanie.
Targ odbywał się niemal na ulicy, między skuterami i tuk tukami mijaliśmy kolorowe warzywa i owoce. Sprzedawcy pełni skupienia, ale nie zapominający o uśmiechu, obsługiwali klientów, kupujących nie opuszczając swoich jednośladów. Gdzieś w tym całym zamieszaniu mignęła mi kobieta akurat zmieniająca dziecku pieluchę, inna kończąca może jedyny dziś posiłek - oczywiście rękoma, mężczyzna pchający wielki wózek z workami cebuli.
Piękne te dary ziemi, ale całe w kurzu, muchach i otulone kilogramem spalin. Aż się chciało coś kupić, tym bardziej, że mamy w pokoju lodówkę, jednakże są zasady, których w temacie gastronomicznym łamać nie możemy, zatem odpuszczamy.
W drodze powrotnej zachodzimy do lokalnej knajpki blisko naszego hotelu na kolację.
Podobnie jak na ryneczku, jest tu mocno lokalnie. Nawet się zastanawiam przez sekundę czy to dobry pomysł tu jeść....
Powitani przez młodą Birmankę siadamy do wolnego stolika, czujemy na sobie wszystkie oczy znajdujące się w lokalu, po czym okazuje się, że dziewczyna nic nie rozumie po angielsku.
Już mamy wychodzić, kiedy podchodzi do nas starsza kobieta i pyta co chcemy jeść.
Ja mówię, że cokolwiek wegetariańskie, a Krystian, że kurczak.
Po chwili dostajemy po wielkim talerzu z ryżem i miseczki, w jednej warzywa curry w drugiej w tym samym sosie kurczak, obok soczewica, chilli i jakieś inne w ostrym wydaniu przysmaki.
Płacimy za całość 1700 MMK czyli 5 zł!
Do hotelu wracamy w ciemnościach, mimo że to miasto, uliczne oświetlenie nie jest zbyt gęste. Drogę głównie oświetlają nam przejeżdżające pojazdy i restauracje. O ile tak umownie możemy nazywać te garażowe gastronomie.
Odcinek z Mandalay -> TUTAJ
Mam nadzieję, że w przyszłym roku już bez przeszkód uda mi się tam pojechać. A warunki w porównaniu z tym, gdzie ja czasami spałem w Indiach mieliście komfortowe :-).
OdpowiedzUsuńCześć Marcin!
UsuńW przyszłym roku, myślę, że będzie już bez problemu możliwość przemieszczania się. Birma jest niesamowita i już Ci zazdroszczę! A w Mandalay bezapelacyjnie dla mnie wygrał U Bein Bridge. W kolejnym wpisie już powinnam do niego dojść ;)
Noclegi mieściły nam się w budżecie do 12-13$ za dwójkę plus śniadanie, zatem jak widać warunki były ok.
A Indie na naszą listę wskoczyły na kolejną wyprawę azjatycką :) Czy to oznacza, że noclegi są tam tak drogie w stosunku jakość - cena? Wydaję mi się, że Indie cenowo podobnie jak Birma powinny wypaść. Chociaż po tym okresie co mamy teraz, nie wiadomo jak podróżowanie cenowo się zmieni........
Pozdrawiam i powodzenia!